Koncert – A Day To Remember

29.05.2011

 

Dzień 5 lutego 2011 miał być dniem pamiętnym. Wiekopomność owego dnia w wymiarze poznawczym polegała na mej pierwszej wizycie w legendarnej londyńskiej Brixton Academy, w której to świątyni rocka zapragnąłem być od momentu, gdy na NRD-owskim video zobaczyłem koncert Faith No More – Live at Brixton, a w szczególności Mike Pattona uroczo puszczającego bąki do mikrofonu. Moja wizyta w południowej części Londynu nie miała jednak żadnych podtekstów gastrycznych, lecz stricte muzyczne, gdzie pojawia nam się drugi wymiar historyczności owego zachmurzonego (of course) dnia, jako że na trasę do Europy przyjechał amerykański kwintet… A Day To Remember.

Nie ukrywam, oczekiwania miałem spore. Po przypadkowym natrafieniu na ADTR w sieci w okolicach października zeszłego roku na kilka miesięcy na dobre zawładnęli moim muzycznym światem, porywając mnie swoim, jak sami go nazywają „pop-corem”, jego energią i wyjątkową umiejętnością łączenia chwytliwych melodii z agresywnymi partiami wokali oraz gitar. Dotarłem do ich wszystkich płyt, z których każda ma w sobie coś iskrzącego, dlatego też gdy dowiedziałem się, że w ramach trasy promującej najnowszy album „What separates me and you” przyjadą i na nasz kontynent, wiedziałem, że muszę sprawdzić ich ogień w bezpośredniej konfrontacji.

Sam nie lubię, gdy czytam następujące teraz zdanie w recenzjach koncertów, ale sypię głowę popiołem i przyznaję, że ze względów logistyczno-czasowych nie było mi dane doświadczyć występy supportów, czyli Pierce The Veil oraz Bayside. Zdążyłem tylko na samą końcówkę drugiego rzeczonego zespołu i to co usłyszałem nie było zbytnio przekonywujące. Podobne zdanie podzielała reszta wtedy jeszcze nie wypełnionej sali, która ujmując rzecz delikatnie, zareagowała na występ grupy z klasycznym angielskim dystansem. Z informacji zasłyszanych w kuluarach wynikało, że na Peirce było o tyle ciekawiej, że podczas ich występu na scenie pojawił się wokalista ADTR Jeremy McKinnon, który gościnie wystąpił w utworze „Caraphenalia”. Po występach rozgrzewaczy i załadowaniu w gardła ostatnich haustów pienistego paliwa tłum ruszył na salę, która tego wieczoru była wypełniona po same brzegi. Po niedługim okresie oczekiwania zgasły światła, zespól wybieg zza sceny i zanim publika zdążyła odpowiedzieć na krótkie powitanie, powietrze przecięło mocarne „Fight!” zwiastujące bezlitosny cios – „2nd Sucks”. Wraz z pierwszym taktem nastąpił wybuch armatni, wybuch confetti i wybuch amoku w tłumie. Brixton eksplodowała, dosłownie, masy ludzi przewalały się przez siebie, z góry, na boki, ze wszystkich stron. Widok jak scena z Matrixa z tą różnicą, że zamiast kolorowej wszyscy wzięli pigułkę z wybuchowym wkurwem. Absolutne wejście smoka i tak, stary, ja też nie wiem gdzie są moje zęby. Zawieszone przed zestawem perkusisty dwa wielkie treningowe worki bokserskie idealnie reprezentowały zamiary zespołu na dzisiejszy wieczór – knock-out. Muszę przyznać, że narzędzia do wykonania zadania dobrali idealnie. Setlista tego wieczoru to był prawdziwie wybuchowy zestaw „the best of” nie dający ani na chwilę odetchnąć rozentuzjazmowanemu tłumowi. Zaserwowali wszystkie swoje największe „przeboje” i wszystkie najbardziej najbardziej energetyczne numery. Zaraz po otwarciu poleciał „Danger of starting a fire”, numer z idealnym tytułem dla takiej dawki zawartego w nim ognia. Wybierając najmocniejsze fragmentu koncertu, panie zapiszczały na „hiciora” z poprzedniej płyty „My life for hire”, a po nim panowie ryknęli łącząc się z Larrym w jego problemie z identyfikacją tożsamości („I’m Made Of Wax, Larry, What Are You Made Of?”). Kolejny „All I want”, pierwszy singiel z najnowszej płyty, został chóralnie wyśpiewany przez ok. 5 tys gardeł zebranych tego wieczora w Akademii. Przed następującym po nim „Mr. Highway’s Thinking About The End” Jeremy poprosił tłum o „fuckin’ huge circle pit”, na co sala choć początkowo zmieszana i zawstydzona, ostatecznie w pokorze i ładzie ową, przyznaję – dosyć nietypową prośbę, wykonała (disrespect your surroundings!). Był również jeszcze jeden podbródkowy w postaci „Sticks & Bricks” i potem już nawet bez konieczności zachęty naprawdę potężny młyn przy niesamowitej bombie energetycznej, jaką jest „Why Walk On Water When You Got Boats?”. Swoją drogą – ten tytuł jest po prostu zajebisty. Pierwszą część koncertu skończyli bardzo melodyjnym „You Should’ve Killed Me When You Had The Chance”. Zmasakrowana publika ani myślała, żeby tak łatwo jej odpuścić, tak więc wywoływanie zespołu nie trwało zbyt długo by przynieść oczekiwany efekt. Bisy zaczęły się od czegoś, co jak sam przyznał frontman nie robią zbyt często, czyli wykonania akustycznego „If It Means A Lot To You”. Początkowo w ruch poszły zapalniczki i zrobiło się trochę jarmarcznie, ale pod koniec było już fajnie i każdy miło wyśpiewywał refrenowe „lalala”. Całość koncertu zakończył skoczny „The Plot To Bomb The Panhandle”.

Podsumowując, słowa uznania należą się publice, która naprawdę żywiołowo i energetycznie reagowała na wszystko, co się działo na scenie i tłumnie wyśpiewywała dosłownie każdy refren pod samą kopułę Akademii. W końcu zobaczyłem zachodnią publikę, która reaguje tak jak prawdziwy wyznacznik energetycznej interakcji z zespołem, czyli publiczność w Polsce. Oprócz może trochę mało selektywnej perkusji brzmienie było bez zarzutu, tak więc wydawałoby się, że wszystko przebiegło idealnie, jakkolwiek kilka razy zdarzyły się zgrzyty, które miały wpływ na odbiór całości. Confetti, balony, gumowe piłki a nawet rolki papieru toaletowego rozrzucane w tłum jeszcze były ok, a niech się ludzie bawią. Jednak w kilku momentach występu, szczególnie mocnych, gitarowych partiach bez wokali, cały zespół ustawiał się na scenie w jakby wyznaczonych miejscach i robił wspólny „headbanging” w pozach rodem z teledysków wczesnego Saxon. W innych momentach również w formie „wszyscy wraz” gitarzyści robili przejścia pomiędzy frazami numerów robiąc dziwne podskoki przeplatane przebieraniem nogami. Jak na dłoni było widać, że jest to ćwiczone i nawet jeśli w założeniu miało być śmieszne, wyglądało po prostu strasznie. Patrząc na to, wskaźnik ognia z 10 spadał momentalnie do zera, a intensywność odczuwanego kwasu w ustach można porównać tylko do żucia wełnianych skarpet taternika. Te elementy i trochę jednak jakby kontrolowana ekspresja samego zespołu na scenie lekko obniżają wrażenie ogólne, ale może chłopaki za bardzo się starali, żeby wszystko wyszło perfekcyjnie. W końcu, jak sami powiedzieli ze sceny był to ich największy koncert jako headliner w karierze. Na szczęście odczyn kwasowy miał charakter punktowy i cały koncert oraz dzień był udany i jak najbardziej zapamiętany – pozytywnie.

 

Setlista:

1) 2nd Sucks

2) The Danger In Starting A Fire

3) A Shot In The Dark

4) My Life For Hire

5) I’m Made Of Wax, Larry, What Are You Made Of?

6) All I Want

7) Mr. Highway’s Thinking About The End

8) This Is The House That Doubt Built

9) Sticks & Bricks

10) You Already Know What You Are

11) Homesick

12) Why Walk On Water When You Got Boats?

13) Fast Forward to 2012

14) Monument

15) Have Faith In Me

16) You Should’ve Killed Me When You Had The Chance

Bisy:

17) If It Means A Lot To You

18) The Downfall Of Us All

19) The Plot To Bomb The Panhandle

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
  1. Kamila

    05.11.2012 o godz. 18:49

    A Day to remember please come to POLAND !!!!

     
 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.