Koncert – Fear Factory

21.05.2011

 

Shock! Takie było pierwsze wrażenie nt. tego koncertu i początkowo niezbyt wiele miało ono wspólnego utworem otwierającym płytę „Obsolete”. Dnia sierpnia ósmego roku 2010 klub Progresja zmienił się w fabrykę. Była to nie tylko fabryka futurystyczno-industrialnej wizji świata wywołanej muzyką i tekstami głównej gwiazdy wieczoru, lecz również zakład produkcji gorąca i zaduchu o wręcz niesamowitej kondensacji. Fatalna decyzja organizatorów o braku możliwości wyjścia na zewnątrz pogarszała jeszcze sytuację i generowała złorzeczenie bardzo licznie przybyłej publiki, jakkolwiek zahartowana metalowa brać ratując się litrami piwa i łykami resztek tlenu z jedynej życiowej oazy znajdującej się toalecie twardo starała się skupić na tym co najważniejsze, czyli na muzyce.

Publikę rozgrzali (jakby to było jeszcze w ogóle potrzebne) grind-metalowcy z Toxic Bonkers. Muzycznie nie był to może idealny wybór, gdyż młócka TB jest momentami dosyć toporna, ale odzew publiki był pozytywny, tak więc rola supportu została spełniona. Rozpalone lica i spocone klaty miały pół godziny na złapanie tlenu i o 21 na scenie pojawili się muzycy FF. Krótkie powitanie Burtona C. Bella i ruszyli z „Mechanize”. Już w numerze otwierającym można było usłyszeć to, co dominowało przez resztę całego koncertu, czyli niestety nie najlepsza jakość dźwięku. Szczególnie gitara Dino Cazaressa pozostawiała wiele do życzenia, miała mało klarownej mocy i głębi. Dodatkowo głos Burtona, który w mocnych fragmentach był bez zarzutu, w jednych z najbardziej charakterystycznych dla zespołu partiach, czyli melodyjnych refrenach, był dziwnie wyciszony. Jak na zespół, który na płytach sam wyznacza sobie bardzo wysokie standardy brzmieniowe spodziewałem się trochę lepszego dźwięku na żywo, z tymże ciężko stwierdzić, czy to była wina technicznych zespołu czy sprzętu dostępnego w klubie. Tak czy siak, nie brzmiało to na tyle źle, żeby ostudzić publikę, która energetycznie i z zaangażowaniem reagowała na każdy utwór. Po numerze otwierającym nastąpił zaskakująco długi set z „Obsolete” w postaci zagranych pod rząd trzech numerów otwierających tę płytę: „Shock”, „Edgecrusher” oraz „Smasher/Devourer”, które zostały bardzo entuzjastycznie przyjęte przez publiczność. Co ciekawe, zespół przyjechał promować swoją najnowszą płytę, ale na koncercie utworów z „Mechanize” było zaledwie kilka, oprócz wspomnianego już „Mechanize” jeszcze tylko „Powershifter” (zabójcza podwójna stopa Hoglana) i „Fear campaign” (zabójczo chwytliwy refren i „rara avis” w twórczości FF – solówka!). Oprócz nowych rzeczy był tez powrót do zapowiedzianego ze sceny „old shit” w postaci “Martyr” i „Scapegoat” z „Soul Of A New Machine”. A propos słów ze sceny, Burton C. Bell był dosyć rozmowny i miał dobry kontakt z publiką kilkakrotnie doceniając okazane wsparcie, dziękując Toxic Bunkers za rozgrzewkę i zapowiadając, że na kolejną wizytę na pewno nie będziemy musieli czekać tak długo (4 lata). Nie omieszkał również sam się odnieść się do piekielnej temperatury sali mówiąc, że „to jedno z najgorętszych miejsc w jakich dotychczas grali” i miałem nieodparte wrażenie, że nie miał na myśli tylko publiczności. Pozostała trójka muzyków wypadła bez zarzutu technicznie, choć na scenie była dosyć statyczna, ale cóż, jeśli chodzi o lekkość raczej im daleko do chińskich gimnastyczek, a że i gęstość powietrza nie była zbyt orzeźwiająca ociężałe ruchy gitarzystów polegające głównie na wymienianiu się miejscami stania na scenie były do pewnego stopnia zrozumiałe. Trzeba jednak stwierdzić, że Dino na żywo potwierdza, że jest świetnym gitarzystą i precyzja z jaką serwuje swoje cięte riffy jest naprawdę imponująca. Kończąc wątek utworów, po wspomnianym „Scapegoat” nastąpiła krótka przerwa, po której pojechali z podobnym zestawem jak w pierwszej części koncertu, czyli ciągiem pierwszych numerów z płyty, tym razem „Demanufacture” (numer tytułowy, Self Bias Resistor, Zero Signal). Kulminacją całości była przez cały koncert wywoływana „Replica”, która w ostatnim zrywie przywołała do sali prawie wszystkich fanów zespołu, nawet tych już na poważnym długu tlenowym.

Podsumowując: dobry, energetyczny koncert, ale bez fajerwerków. Niefajne: za krótki set (tylko 1h15min!), zgrzyty dźwiękowe, stosunek ilości dżuli do kubatury pomieszczenia. Fajne: bardzo dobra frekwencja, energia wokalisty przełożona na energię publiki, dobór setlisty, ciekawie nisko (na wysokości kolana) ustawiony hi-hat Gena Hoglana.

Setlista:

  1. Mechanize
  2. Shock
  3. Edgecrusher
  4. Smasher/Devourer
  5. Acres of Skin
  6. Linchpin
  7. Powershifter
  8. Fear Campaign
  9. Martyr
  10. Scapegoat


Bisy:

11. Demanufacture
12. Self Bias Resistor
13. Zero Signal
14. Replica

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Koncert – Fear Factory została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.