Koncert – Pro-Pain

28.05.2011

 

Listopadowy wieczór przywiódl w progi Progresji mocny i konkretny zestaw corowo-metalowej mieszanki w postaci kwintetu Pro-Pain [USA] / My City Burning [NL] / Resistance [BE] oraz dwóch rodzimych kapel, Chain Reaction oraz Neuronia. Czas leci, a Pro-Pain konsekwentnie wyrąbuje swoją muzyczną ścieżkę dostarczając w tym roku już swój dwunasty, nomen omen świetny album zatytułowany „Absolute power” w ramach promocji którego ponownie zawitali w szarugę polskiej jesieni. Niefortunny termin występu pokrywający się z grającym tego samego dnia w Warszawie Soulfly sugerował możliwość pojawienia sie ogranicznej ilości publiki, jakkolwiek gdy przez salę przeszła wiadomość, że sprzedało się tylko…80 biletów perspektywa wyglądu koncertu pod względem frekwencyjnym zrobiła się trochę blada. Liczba osób na otwierającej corową fiestę Neuronii potwierdzała ów przygnębiający fakt, choć nie zraziło to samych chłopaków z Warszawy, którzy ochoczo rozpoczęłi swój set. Ich metalowy-corowy mix oraz usilne nakłaniania wokalisty do zabawy niestety jednak nie miały większej siły przebcia. Ogólnie było w porządku, choć fontman mógłby być mniej statyczny. „Lewy” to dobry gitarzysta solowy, a Misiek twarzą i ekspresją na scenie przypomina Phila Demmela z Machine Head. Tyle skojarzeń, po całości było ok.

Jako drugi zespół na scenie pojawiła się ekipa Chain Reaction i od razu zrobiło się żywiej, żwawiej, głośniej. Stało się tak głównie dzięki łatwo udzielającej się dzięki energii frontmana Bartona, który jeszcze bardziej nie przejmował się wciąż marną frekwencją i naturalnie bawił się sam ze swoim zespołem próbując wciagnąć pojedyncze ciała do zabawy. Nośny i skoczny styl kapeli, można by rzec „core’n’roll” był miły w odbiorze i fajnie bujał. Naturalna energia samej muzyki i członków zespołu była przyjemnie zaraźliwa i pozostawiła po sobie bardzo dobre ważenie. Występ podobał się nawet Tomu Klimchuckowi, który przystanął sobie przy kramie z gadżetami i ochoczo kiwał głową w rytm chemicznych dźwięków.

Przyznaję bez bicia, że występ My City Burning mnie ominął, gdyż pod barem natknąłem się na Garego Meskila, rzeczonego wcześniej Toma oraz… wiśniówkę, która to trójca wciągnęła mnie w bardzo interesującą rozmowę na wszelakie muzyczno-polityczno-humorystyczne tematy. Najciekawszy motyw? Gary ujawnił tło powstania jednego z hymnów nowojorskiego hard-cor’e lat 90tych, „Through and Through” Life of Agony. Alan Robert, basista LOA wyznał mu kiedyś, że numer ten jest zainspirowany ….”Rime of the Ancient Mariner” Iron Maiden. Na początku mnie zamurowało, a gdy po chwili przypomniałem sobie w jaki sposób wchodzą partie wokalne w obydwu numerach….rzeczywiście!

Tak więc pobudzeni i rozgrzani sztandarowymi produktami polskiego przemysłu destylarskiego Tom i Gary wrócili do garderoby, by przygotować się do swojego występu, a mnie na scenie zastało ciężkie Resistance. Ich występ przyniósł więcej metalu niż hardcore’a, w czym sporą zasługę miał harcząco-krzyczący wokal Xerusa. Nie pomógł też trochę zlewający się dźwięk, ale na szczęscie publika juz się bardziej zagęściła, wzmocniła, nabrała odwagi i nastapiło przejście ze stypy do zabawy.

W końcu na scenie pojawił się Pro-Pain. Rozpalony wkurwiony i… niepohamowany. „Unrestrained” otwierający najnowszy album momentalnie rzucił granat w sam środek Progresji odrywając wszystkich od ścian i rzucając w wir pogo. Przyznaję w sposób prosty i bezpośredni, że riff w środkowym przejściu tego numeru ma po prostu niesamowitą moc! W trakcie swjego setu chłopaki zrobili przelot przez w zasadzie wszystkie swoje płyty i najwięskze „hity”. „Can you feel it”, „Get real”, „Stand tall”, „Foul taste of freedom”, „Make war not love”. Z obecnie promowanego „Absolute power” nie pojawiło się wiele pozycji, ale zagrali m.in. świetny „Destroy the enemy.” Główna część koncertu zakończyła się chwilowym zniknięciem zespołu ze sceny, ale rozbuchana Progresja nie dała im długo odsapnąć i wywołani przez nienasycony tłum wyszli by dokończyć dzieła zniszczenia numerami „I remain” i „Time will tell”. Krótkie pożegnanie, zapowiedź powrotu w przyszłym roku i wreszcie możliwośc oddechu dla publiki, która przez ponad godzinę była miażdżona zestawem ciosów bez żadnych przerw pomiędzy utworami. Jak na czterdziestoparolatków (przynajmniej Gary i Tom) kondycja godna podziwu. Pro-Pain jest wciąż gniewnym i bezkompromisowym wulkanem energii i w nadziei kolejnego z nim zderzenia z niecierpliwością będę wypatrywał ich zapowiedzianego powrotu do Polski w 2011r.

Doświadczył: Krzysztof Bienkiewicz

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Koncert – Pro-Pain została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.