Raport ze studia: Tides From Nebula – Safehaven (gitary cz.2 z 2)

29.03.2016

Pierwsza część raportu ze studia – „Perkusja i bas” jest dostępna tutaj. Druga część raportu – „Gitary cz.1″ jest dostępna tutaj.

10 luty (środa)

Południe. Docieram do studia. Wszyscy już na stanowiskach. Od ostatniej wizyty minęło 3 dni. Jak stoicie z gitarami?

Adam: „Jesteśmy w połowie czwartego numeru, więc jak dziś skończymy, to będziemy mieli pół płyty”.

W studio są wszyscy gitarzyści, ale nie widzę Stołka.

Przemek: „Stołek od niedzieli edytuje w domu bębny i wyrównuje sekcję rytmiczną, żeby nie było zbyt dużo flamów, czyli minimalnych nierówności nałożonych na siebie dźwięków”.

Chłopaki nagrywają gitary na poprawionych przez Stołka ścieżkach. Dzień przed nagraniem gitar do danego numeru jest on wyrównany i w ten sposób codziennie następuje przesuwanie się o jeden utwór, gdyż nagranie gitar na każdą piosenkę zajmuje cały dzień i tyle nocy, ile potrzeba, by zakończyć proces przed wejściem w kolejny dzień i utwór. Studio znajduje się na tym samym podwórku co dom Stołka, więc poprawionych ścieżek kurierem wysyłać nie trzeba.

Do nagrania zostały 4 numery, do terminu wysłania ścieżek do miksu zostały 4 dni. Czasu jest w sam raz.

Chłopaki puszczają mi numer nagrany wczoraj. Utwór, który Adam poprzedniego wieczora zapowiedział mi w smsie: „Żałuj, że Cię nie ma. Właśnie stało się coś takiego, że się masowo zesraliśmy.”

Bardzo intrygujące, choć staram się ograniczyć wizualną warstwę fizycznej strony rzeczonej ekscytacji. Przemek mówi, że „All the Steps I’ve Made”, bo to o nim mowa, to dla niego obecnie najlepszy numer w historii TFN. Słuchamy. Zamyślam się i zanurzam. Do tego stopnia, że nie zauważam końca numeru. Główna myśl: to jest dobry zespół przez głębię. Nie tylko produkcyjną, ale przede wszystkim kompozycyjną.

A pod jaką nazwą roboczą funkcjonują „wszystkie kroki”?

Stołka nie ma, więc wyjaśnia Przemek: „Nilsik. W czasie, kiedy powstał ten numer dużo słuchaliśmy Nilsa Frahma”.

Cenna inspiracja. Kto nie zna niech sprawdzi wielki talent tego Berlińczyka.

Wracamy do nagrywania. Znów decyzje na jakiej gitarze.

Maciek: Chyba SG, co sadzicie?.
Adam: Ja bym to nagrał na telecasterze, Maciek.

Następuje odszukanie odpowiednich dźwięków na gitarze, gdyż nie wszystko z demówki pamięta się cały czas. Potem następuje próba zagrania ze ścieżką bębnów, ustawienie brzmienia i jedziemy. Tym razem do rejestru wchodzi mocny fragment z długą, atakującą partią tremolo. Jedno podejście, druga próba, pokój wypełnia się energetyczną porcją dźwięków, która udziela się wszystkim obecnym w studio. Maciek rozcina powietrze skomasowaną ścianą dźwięków, a chłopaki przekrzykują hałas motywując kolegę i dodając mu animuszu do wyciśnięcia wszystkiego co możliwe z instrumentu. Jest. Gryf rozgrzany, nadgarstek czerwony, ale siadło super.

Kolejny fragment, kolejny wzmacniacz, kolejna gitara i oczywiście nowe ustawienia. Maciek wraca do komputera i kontroli nad dźwiękiem. Lubię obserwować jego skrupulatność. Skupia się na każdym dźwięku, przesunięciu, detalu, nierówności. Nawet jak sam nagrywa, a komputer obsługuje Adam, kiedy coś nie wyjdzie i Adam wydaje komendę ponownego nagrania, Maciek dopytuje co poszło nie tak, chce wiedzieć o wszystkim co się dzieje z każdym dźwiękiem. Maciek szuka brzmienia, a reszta zespołu czeka. Zaglądają w telefony, zamyślają się patrząc w ścianę, ziewają. Przysłuchując i przypatrując się nagraniom płyty, która może narobić zamieszania, zdaję sobie sprawę, że tak to właśnie działa. „Płyta życia” powstaje pośród niespodziewanych momentów magii, ale również ziewnięć, podrapywania się po brodzie i dawania prztyczka w nos znajomemu w komentarzu pod „gupim” postem na fejsie. Dni są wypełnione ciekawym balansowanie pomiędzy zawieszeniem w czynnościach, a stale utrzymywaną koncentracją. Jakbyś biegł w finale olimpijskim na 100 metrów, w którym co metr musisz na nowo ustawiać się i ruszać z bloków startowych.

Obiad. Rozmawiamy o dotychczasowej sesji, o tej potrzebie stałej koncentracji, o męczącym module operowania, w którym na przemian włączasz się i wyłączasz. Pytam jak będzie z partiami klawiszy, których słyszę, że na płycie będzie sporo.

Maciek: „Większość zaimportujemy z demo, ponieważ to już jest dobrze nagrane, a to, co będzie gorzej brzmiało, dogramy na koniec w studio”.

Wracamy do reżyserki. Adam nagrywa mocną partię riffu pojawiającego się pod koniec “The Lifter”, która weszła od razu. Potem dogrywane są flażolety z początku utworu, najpierw zagranie normalnie, a potem kombinowane na rewersie, czyli odwróceniu. Przemek: „Super, mam ciary”. Kombinacje z tym utworem zaczynają się spontanicznie rozrastać. Jedna ścieżka idzie normalnie, druga jest odwrócona, trzecia również, ale jest użyta ta z demo. Nowe dyskusje – jak je wszystkie poukładać, co dać w którym kanale, którą część na co nałożyć, co gdzie powinno się spotkać. Wszyscy zebrali się przy kompie, odsłuchują i podekscytowanymi głosami dyskutują. Zmiany, zapis, odtworzenie. Zgodna ocena: jest cios.

Maciek: „Przez te zmiany dorobiliśmy sobie ze dwie godziny dodatkowego siedzenia. Teraz ja muszę na nowo nagrać moją partię, bo przy tym nowym motywie obecna słabo brzmi, ale było warto. Jestem zjebany, mam już dość, ale to właśnie ten moment, kiedy jeszcze trzeba przysiąść”.

Oto zdanie, które powinno wisieć w salce prób każdego chcącego coś osiągnąć zespołu. Jest 20:40. Muszę już wracać. Chłopaki zostają, a ja jadę przez otulone wieczorem miasto myśląc o niewidzialnej determinacji, która doprowadza do osiągania celów w życiu.

12657808_10153571858706032_2751608506038095781_o

fot. Kara Rokita

11 luty (czwartek)

Poranek. Dostaje wiadomość od Adama. „Poszliśmy na rekord. Wszyscy spaliśmy u Stołka. Skończyliśmy o 01:30”.

Przyjeżdżam o 11:00, wchodzę do studia. Spodziewam się podkrążonych oczu i klapniętych nosów, ale nic z tego. Wszyscy są pobudzeni i za chwilę okazuje się dlaczego. Puszczają mi skończony wczoraj “The Lifter”. Jedno słowo: kosa. Bardzo dużo się w tym utworze dzieje, ale wszystko jest też bardzo spójne. Całość kompozycji świetnie narasta, nastrój się intensyfikuje, wręcz kumuluje jak burzowa chmura rozświetlana przenikającym ją słońcem. To ciekawe, że inaczej słuchasz piosenki kiedy wiesz, które pasmo jest jakim instrumentem. Ludzie często podświadomie skupiają się głównie na najbardziej słyszalnych gitarach, a przecież pod nimi często dzieje się wiele równie wartościowego.

Maciek: „Kurde powiem wam, że posłuchałbym jeszcze raz. Czuje się, jak przy nagrywaniu Aury. Wtedy też nie mogliśmy się doczekać, jak ta płyta zabrzmi po wyjściu ze studia”.

Adam: „To fakt, ale mam nadzieję że w końcu nasza płyta zabrzmi dokładnie tak, jak tego chcemy. Przy każdej poprzedniej efekt końcowy jednak się trochę różnił od tego, co wyznaczaliśmy przed wejściem do studia. Teraz nie dość że przez 2 lata pracy demo brzmi w sposób zbliżony do płyty, to w studio jeszcze to ulepszamy. I mamy świetnego inżyniera miksu”.

A co jak Forrester nie wyciągnie tego tak, jak chcecie?

Przemek: „Jak on tego dobrze nie ukręci, to już nie wiem z kim powinniśmy nagrać tą płytę”.

Czuć w powietrzu energię. Dodatkowo podbija ją kolejny na liście nagrań “Traversing”, gdyż to chyba najmocniejszy numer na płycie. Maciek z Adamem zmieniają struny. Nagranie. Efekt Whammy. Adama partia wchodzi szybko. Potem Maciek nagrywa to samo, ale na innym efekcie.  Przybrudzone dźwięki wlewają się tworząc zakurzony kosmos.

Adam kiwa głową: „Będzie dobra płyta”.

14 luty (niedziela)

01:51 w nocy. Dostaję wiadomość od Adama. „Czemu jest świeżość, choć wychodzimy ze studia tym razem o 2 w nocy? Bo na totalnym zmęczeniu przesłuchaliśmy każdy numer i jesteśmy podjarani jak dzieci. Mamy poczucie, że zrobiliśmy coś wyjątkowego”.

Popołudnie. Przyjeżdżam do studia. Drzwi otwiera mi Adam. Jego oczy są podkrążone, ale iskrzące.

„Dostałeś wiadomość? Siedzieliśmy do późnej nocy, ale mamy poczucie, że powstaje COŚ”.

Wszystkie gitary są już nagrane, został ostatni na płycie „Home”, w którym jest niewiele ścieżek gitar, ale mnóstwo klawiszy, więc pewnie znów posiedzą do późna, ale dziś skończą. Pierwsze dwa numery poszły do Forrestera, “Knees to The Earth” (ponad 90 ścieżek zapisu) i “All The Steps I’ve made” (ponad 60).

Rozpoczyna się szukanie brzmienia klawiszy. Zabawa podobna jak z gitarami: efekt, piec, kręcenie, dopasowywanie, dyskusje. „Przemek weź wyłącz biały, a włącz niebieski. Tutaj fajny zakres łamania. Stołek weź włącz sumę na odsłuchu”.

Z ciekawości pytam, czy już wiedzą, co będą z tej płyty grali na żywo.

Adam: „W zasadzie wszystko. Może oprócz jednego numeru, ale ta płyta jest bardzo koncertowa. Będzie moc”.

Maciek nagrywa klawisze. Przysłuchiwanie się nagraniom ścieżek klawiszy jest interesujące, ponieważ słyszy się już utwory z nagranymi partiami wszystkich instrumentów, więc praktycznie skończone kompozycje.

20160214_185246-1

W tle leci „Home” i przez iskrzące magią dźwięki Adam opowiada mi, jak czuje koncept tego utworu. Dla niego oznacza on ognisko domowe, bezpieczeństwo, nawet jak w danym fragmencie utworu pojawi się mrok, to tak jak w domu czy rodzinie, gdzie czasem jest trudno i bywają sytuacje konfliktowe. Ostatecznie jednak chodzi o ostoję bezpieczeństwa, a ciekawe jest, że każdy z członków zespołu poszczególne utwory czy koncept płyty interpretuje inaczej.

Adam: „Dla mnie ta płyta jest osobista pod względem życia i tego, co się w nim działo przez ostatnie 2 lata, jak dużo się w nim zmieniło. Słychać to w emocjach zawartych w muzyce, jak i można wyczytać w tytułach. One dla mnie się w pewien sposób łączą. Mają wspólny osobisty element”.

Maciek: „Ja z kolei postrzegam tytułową „bezpieczną przystań”, szczególnie w połączeniu z jej okładką, w sposób ironiczny, wręcz cyniczny. Myślę o tym, że świat zmierza w kierunku, który doprowadzi nas, jako istoty społeczne, do braku szczęścia. Otaczamy się czymś, co ma nas chronić i dawać szczęście, a tymczasem jest odwrotnie”.

Przemek: „Dla mnie tytuły zawsze są dodatkiem, czymś co „dopasowujemy” do gotowej muzyki. One tylko ubarwiają muzykę. Tytuł numeru czy płyty, szczególnie w połączeniu z okładką, można interpretować na różne sposoby. Na przykład na tym zdjęciu widać kawał nieba, czyli również kosmosu i z tej perspektywy ten „odhumanizowany” wieżowiec sprawia wrażenie nam bliskiego, bezpiecznego. Z drugiej strony jeśli w kadrze zmieściłaby się natura, lasy itp., wtedy mógłbyś pomyśleć, że ta budowla nie ma zbyt wiele wspólnego z bezpieczeństwem. A już na pewno nie ma zbyt wiele wspólnego z naszymi ludzkimi korzeniami. Ale to tylko mój odbiór i nikt nie powinien się nim sugerować. Dla mnie fajnie jest, kiedy każdy może posłuchać danej piosenki z czystym umysłem, bez jakichkolwiek wskazówek, tym bardziej od artysty”.

Stołek: Mi „Safehaven” kojarzy się z betonową wylewką, bo taki jest tytuł roboczy tej piosenki, gdyż wylewka była robiona dzień przed tworzeniem tego numeru.

Stołek. Tajdsi. Ta czwórka. Lubię ich. Są różni. Adam – pełen pasji, świadomości muzycznej i srogiego żartu. Maciek z wielką swobodą muzyczno-instrumentalną, wyczuciem dźwięku i spontanicznością. Przemek – entuzjasta długiego, długiego snu i szczerych, szczerych rozmów opartych na otwartości sięgającej do głębokich emocji. Stołek – ninja, obserwator, party generator, z imponującą wiedzą techniczną i punktowym żartem, który trafia w sedno w sposób uniemożliwiający jakąkolwiek ripostę.

Płyta prawie gotowa, wszystkie numery nazwane, a jak jest z doborem ich kolejności na płycie?

Adam: „Ustalamy ją świadomie na podstawie wyczucia danego numeru w danym miejscu płyty i w interakcji z tym, co go poprzedza i tym, co po nim następuje”.

A setlista na trasie?

Adam: „Zwykle gramy stałą setlistę, ale teraz chcemy ją zmieniać, dobierać z nowej płyty różne numery. Ważne jest, że już umiemy grać tą płytę. Po raz pierwszy od czasów Aury nauczyliśmy się grać całą płytę przed nagraniem, żeby w studio oddać to czucie grania na żywo.

Przemek: „Ja to w ogóle czuję się jak w trasie. Cały czas spędzam tylko z nimi, kontakt z innymi ludźmi mam tylko przez telefon”.

To fakt, od kilku tygodni trwa sytuacja busowo-trasowa. Praktycznie całe doby spędzają razem, codziennie te same twarze, czynności. Jest fizyczne zmęczenie, ogarnia czasem znużenie, ale widzę, że wciąż jednak mają energię, że niesie ich poczucie wartości tego, co tworzą. Pomimo obniżającego koncentrację wysiłku wciąż są skrupulatni, wciąż zwracają uwagę na każdy dźwięk, dobierają wszystko precyzyjnie i świadomie. W tym wszystkim nie brakuje żartu i polewki ze tego, co się nawinie na rzeczywistość danego momentu. Humor sytuacyjny, humor internetowy. Zbigniew Stonoga, Karakany i Kuba Ka. Poszerza się zakres absurdu, pogłębia zakres odkształcania rzeczywistości. Kiedy w jednej z przerw Adam śmiejąc się, zaczyna wydawać dźwięki podobne do psa uwiadamiam sobie, że naprawdę już tu długo siedzą.

A teraz przykład czegoś ważnego:

Adam: Ten motyw z tłumionymi strunami nagrywany czy przenosimy z dema?.
Przemek: To już jest w projekcie. Przenieśliśmy wczoraj, kiedy zasnąłeś na sofie.
Adam: No Maciek, spróbuj.
Maciek: Ale poczekaj, nie włączaj, znajdę tu coś nowego bez słuchania. Zaraz tu ukręcę jakiegoś potwora.
Adam: No jest lepiej.
Maciek: A weź tu daj decybelek lub dwa w górę.
Przemek: Tu by się przydała mgiełka. Taki jeden chuch.
Maciek: Mi się wydaje, że tu musi być jednak klawisz.
Adam: Ale z tym efektem.
Przemek: Ja nie wiem, czy to nie powinno być gładsze.
Adam: No tak, ale to zrobi klawisz.
Maciek: Przewalimy to przez dileja i reverba. Musimy tu zmienić kontekst.

Maciek zmienia kontekst, pokój wypełnia się bajkową przestrzenią.

Adam: „Pytałeś jak robimy motywy – właśnie tak. Każdy dorzuca swój pomysł i powstaje coś nowego, innego, wspólnego. Tak się dzieje nie tylko w studio, ale również na sali prób, bo my komponujemy tylko na sali prób. Nie siedzimy nad muzyką w domu”.

I na koniec dodam, że zobrazowany przykładem fragment ma tylko kilkanaście sekund, a prace nad nim trwały półtorej godziny. Mhm, znowu. Skończyli ten motyw, odtworzyli cały numer, a potem posadzili mnie w miejscu zwanym „sweet spot”, czyli punkcie, gdzie schodzi się dźwięk ze wszystkich kolumn odsłuchowych i puścili całą płytę. Gdybym miał opisać ilość impulsów, dźwięków i wrażeń, które odebrałem podczas odsłuchiwania albumu, to ten tekst musiałby się powiększyć o kolejne 16 stron. Pozwólcie więc, że w tym kończącym relację miejscu powiem tylko, że jeszcze godzinę po odsłuchaniu całej płyty nie do końca mogłem zebrać swoje myśli. Przygotujcie się na poruszającą podróż.

Krzysztof Bienkiewicz

Safehaven

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Raport ze studia: Tides From Nebula – Safehaven (gitary cz.2 z 2) została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.