Recenzja: Agent Fresco – Destrier

22.09.2015

Bywamy dziwni. Kiedy w naszym życiu znienacka pojawia się coś lub ktoś ważny, nie rzadko zachowujemy się irracjonalnie. Jesteśmy ostrożni, zdystansowani, czasem wręcz oschli. Robimy wszystko wbrew temu, co odczuwamy w środku. Zaprzeczamy emocjom zaistniałym w tej sytuacji. Ważność staje się powodem dystansu. Intensywność przyczyną niepewności. Wyczekujemy, obserwujemy, długo nie przyznajemy. Podobnie było z tą płytą.

Recenzja_Agent Fresco -_Destrier

Na początku była okładka. Trafiła od razu. Trafiła bardzo głęboko. To jeden z tych obrazów, który już w pierwszej sekundzie kontaktu ze wzrokiem odbiera ci oddech. To jedna z tych stworzonych przez obcą osobę kreacji, która idealnie oddaje to, co przepływa w twoich własnych myślach. Połączenie delikatności z płomiennością bywa bardzo niebezpieczne. Wziąłem głęboki oddech. To wciąż przecież tylko okładka. Jedna udana grafika. Zdarza się.

Potem zaczęły pojawiać się recenzje. Pierwsza, druga, piąta. Wszystkie ekstatyczne, wniebowzięte, już w sierpniu koronujące „Destrier” na jedną z najlepszych płyt roku. Pomyślałem, że byłoby super, gdyby to było tak dobre, jak o tym piszą, ale chwilę później przymrużyłem oczy w powątpiewaniu. W końcu pismaki mają stałą potrzebę ekscytacji (wtedy się lepiej pisze) i np. w zeszłym roku potrafiły przyznać albumowi Behemotha nagrodę za płytę roku już w czerwcu (!).

Ale kiedy w końcu przyszedł czas na bezpośrednią konfrontację z tym krążkiem, pierwszym stanem emocjonalnym, który mnie ogarnął, była bezradność. Osłabienie. Poddanie się. Wszystkie powątpiewania, ostrożności i mechanizmy obronne opadły i zniknęły, a ja w zauroczeniu pochylając głowę cichym szeptem przyznałem: „tak, jesteś piękna”.

Od epickiego początku w formie ”Let Them See Us” po mroczną podróż w zamykającym album „Mono No Aware”, ta płyta ujmuje i już od pierwszego przesłuchania daje ci rzadkie poczucie, że właśnie obcujesz z czymś wyjątkowym. Bogactwo wartości kompozycyjno-aranżacyjncyh na „Destrier” jest wręcz zdumiewająca, ale są dwa główne czynniki tworzące oryginalność i urok tej płyty: rytmika oraz melodia. Połamana, poprzesuwana, nietypowa rytmika perkusji oraz absolutnie urocze melodie linii wokalnych Arnóra Dana Arnarsona. „Destrier” jest jak połamane krzesło. Roztrzaskany na części przedmiot, którego elementy zostały oplecione i połączone miękką, puchową watą, dając mu nowe życie i zarazem tworząc idealnie spójny kształt. „Dark Waters”, „Pyre”, „See Hell” czy utwór tytułowy – w zwrotkach niby poprzesuwane i popodcinane, a tak naprawdę stopniowo intensyfikujące emocjonalność, by w refrenach mogła ona rozkwitnąć w nieziemsko piękne melodie wokalu. Echo, ten urok ma echo, który w zależności od dnia zmienia swoje źródło/utwór, ale niezmiennie wybrzmiewa w myślach i przyciąga do kolejnego odtworzenia. Kolejnego wspólnego zafalowania na półokrągłościach urzekających dźwięków. No i to powtórzenie refrenu jednej piosenki w środkowej części innego utworu. I ta okładka trzeciego singla…

agent-fresco-wait-for-me-single

Nie czekaj na mnie. Zanurzeni w zatraceniu szybko nie wracają.

5/5

Krzysztof Bienkiewicz

Agent Fresco – Dark Water

Wykładnia:  
  1.  podstawka pod piwo
  2.  perła przed wieprzem
  3. placebo
  4. blisko
  5. bardzo
 
 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Recenzja: Agent Fresco – Destrier została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.