Recenzja: Breaking Benjamin – Dark before dawn

11.09.2015

Bob Marley powiedział kiedyś, że jedną z zalet muzyki jest to, że kiedy uderza, to nie boli. Czy rzeczywiście tak jest? Wielokrotnie zderzyłam się z kompozycjami, które dotykały właśnie tych najbardziej bolących miejsc, cieniutkiego naskórka przeżyć i emocji, który pod wpływem dźwięków gitary, bezsilnego krzyku czy też lekkiego szeptu pękał wyrzucając z wewnątrz obezwładniające pokłady bólu. Jednak nie jest to negatywne odczucie. Ból, z którym przychodzi nam się zmierzyć – być może po raz wtóry – jest kolejną próbą. Zdarte łokcie, pokrwawione kolana, drżące mięśnie, które na przekór wszystkiemu dają nam sił, byśmy nie ustali w drodze do samego siebie. Takim powstaniem jest właśnie album Dark Before Dawn, który samym swoim tytułem ma pobudzać do oddechu w rytmie nadziei.

Breaking Benjamin - Dark Before Dawn - recenzja

Niemal od pierwszych minut tego wydawnictwa Breaking Benjamin wrzuca słuchacza w mocne, pulsujące tempo „Failure”, przyciskając do ściany i nie pozwalając na żaden ruch. Chociaż „Angels Fall” opuszcza słuchacza w szeroką przestrzeń melodyki, której specyficzną delikatność intensywnej struktury buduje także przebijająca się z tła gitara akustyczna, to kolejna porcja dźwięków z „Breaking the Silence” nie daje jednak ukojenia. Wokal na granicy krzyku i bardzo głęboka brzmieniowo aranżacja ponownie szarpie i wprowadza wręcz namacalny, graniczący z buntem gniew, co tylko wzmacnia impresje podczas podróży do świtu. To, co następuje po krzyku w absolutnie świetnych kompozycjach, jakimi są „Hollow” oraz „Close to Heaven”, jest wypełnione mgłą uspokojenia, ale też lekkim niepokojem unoszącym się nad tymi brzmieniami, który bardzo chce otulić się światłem, wręcz wyrywa się czasowi, który każe mu trwać w ciemności. Dźwięki „Bury Me Alive”, choć dość duszne i prezentujące chyba najmroczniejszą stronę głosu Benjamina Burnleya, z impetem wprowadzają słuchacza na szlak wiodący do jaśniejszych brzmień. Są nimi „Never Again”, „The Great Divide” oraz „Ashes of Eden”, z czego ten ostatni utwór jest jak dotyk delikatnej, ciepłej dłoni, która koi ból i uspokaja myśli. Finałem tej emocjonującej muzyczno – mentalnej wędrówki jest bardzo rytmiczny i energetyczny numer „Defeated”, który jest nośnikiem esencji tego albumu, jego doskonałym aranżacyjnym zwieńczeniem, a także dokładnie tym powstaniem, odepchnięciem od siebie słabości i wykrzyczeniem wraz z Benjaminem: No longer defeated. Całość zaś zamyka upragniony „Dawn”, niosący słońce i oddech wyrównujący bicie serca.

Emocjonalność, którą prezentuje na tym wydawnictwie Breaking Benjamin jest jednocześnie bardzo bezpośrednia, ale i subtelna, nie narzuca się słuchaczowi, raczej towarzyszy, płynąc wraz z linią wokalu i pulsującym rytmem życia tych kompozycji. Ciekawe, że akurat przy Dark Before Dawn do współpracy z zespołem Burnley zaprosił Jasena Raucha, dawnego gitarzystę zespołu Red z czasów End of Silence (2006) oraz Innocence & Instinct (2009), który jest współtwórcą utworu „Defeated”. Przy uważniejszym wsłuchaniu się można zauważyć pewne przestrzenie gitarowe, które mogłyby się faktycznie kojarzyć z początkami muzyków z Nashville. To oczywiście działa tylko i wyłącznie na korzyść Breaking Benjamin, ponieważ były to jedne z lepszych wydawnictw ówcześnie na amerykańskim rockowym rynku, podobnie jak dziś prezentuje się Dark Before Dawn. Poziom mocy tego albumu dobija do maksimum, jest fajnie zrównoważony lekkimi emocjami i doprawiony krzykiem. Jestem pewna, że zaspokoi apetyt nawet tych najbardziej wygłodniałych fanów mocnego grania.

4.5/5

Aleksandra Tychmanowicz

YouTube Preview Image

Wykładnia:  
  1.  podstawka pod piwo
  2.  perła przed wieprzem
  3. placebo
  4. blisko
  5. bardzo
 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Recenzja: Breaking Benjamin – Dark before dawn została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.