Recenzja: Dredg – Chuckles & Mr. Squeezy

30.08.2011

Zagwostka. Jak do tej pory ta płyta to największa muzyczna zagadka A.D. 2011. Już przy zetknięciu się tylko z okładką najnowszej produkcji amerykańskich eksperymentatorów z Dredg powiało zaskoczeniem, a gdy poleciały pierwsze dźwięki albumu, brwi me zadrżały i uniosły się wysoko pod strzechę obrysowanego zdumieniem czoła. To całkiem inna muzyka zespołu, który wcześniej zachwycił mnie np. efemerycznością „El Cielo” czy energią „Catch Without Arms”. W początkowym okresie obcowania z tym albumem każdorazowe jego odtworzenie rozpościerało nad moją głową wielki znak zapytania, który wraz z kolejnymi przepływającymi numerami pęczniał i powiększał się, a gdy dochodziłem do „Down without a fight” ów pytajnik wręcz pulsował i jarzył się na czerwonym rozpaleniem. To jest kosmicznie odmienne od wszystkiego, co nagrali do tej pory. Gdy znak zapytania w końcu rozmył się zaakceptowaniem odmienności, postanowiłem rozwikłać zagadkę tej płyty, rozdzielając kontakt z nią na dwa sposoby podejścia. Założenie numer 1: To jest nowa płyta zespołu Dredg. W tej opcji najmocniejszym wrażeniem wysuwającym się na pierwszy front odbioru jest to, czego brakuje. W odniesieniu do poprzednich albumów nie ma tu gitarowego czadu, ba, gitar w ogóle jest mało. Wyraźnie brakuje też bogactwa aranżacji i wcześniej tak gęsto obecnego, urokliwie zawiłego instrumentarium. W prostocie i skromności najnowszych piosenek opartych głównie na elektronice zniknął talent gitarzysty Marka Engles’a, ulotniła się cała wirtuozeria perkusisty Dino Campanell’ego. Na tej płycie nie ma również tak charakterystycznego dla wcześniejszych dokonań zespołu elementu zaskoczenia wplecionego w konstrukcje utworów. Prostolinijność budowy piosenek na „Chuckles…” wypełniona jest przewidywalnością. Forma, w jakiej zaczyna się dany utwór, w zasadzie określa cały jego przebieg zwrotkowo-refrenowy i tym samym pozbawia niespodziewanych zwrotów akcji. Jednak ze wszystkiego najwięcej i najmocniej brakuje magii i mgły, które były/są najbardziej poruszającymi elementami dotychczasowej twórczości Dredg. Tym razem kwartet wyraźnie przymknął okno wychodzące na skąpany w nocnej poświacie ogród tajemniczego zamglenia. Wprawdzie w „The thought of losing you” jej przepływ delikatnie porusza tiulowe zasłony, ale to tak naprawdę tylko powiew oddechu przeszłości, gdyż motyw przewodni tej piosenki to rozwinięcie końcowego fragmentu utworu „Matroshka (The Ornament)” zamykającego rzeczony wcześniej trzeci album zespołu pt. „Catch without arms”.

Przypuszczalnie w tym momencie zapalony fan Dredg osunął się już pod biurko i drżącą dłonią próbuje sięgnąć po wyłącznik zamykający okno tej recenzji i komputer, tym samym akceptując okrutnie odebraną nadzieję na kolejne mistrzowskie dzieło jednego z najbardziej oryginalnych przedstawicieli alternatywnego rocka. Spróbujmy więc rzucić mu linę ratunkową w postaci założenia numer 2, które brzmi: To nie jest nowa płyta zespołu Dredg. To całkiem inny zespół, który czuje oraz gra zupełnie odmiennie i jakimś tylko dziwnym trafem ma taką sama nazwę oraz identycznie brzmiącego wokalistę. Dla wsparcia tej teorii można wyjąć płytę i włożyć ją do pustego, niepodpisanego pudełka, choć ominięcie charakterystyki głosu Gavina Hayes’a będzie raczej niemożliwe do zrealizowania. Tak czy siak, zapomnij wszystko, co do tej pory wiedziałeś o Dredg. Nie ma mgły, nie ma drżenia, nie ma delikatności. Wykasuj pamięć o wirtuozerii i ognistych podbiciach, wyrzuć wspomnienia skrzypnięć, westchnień i wszystkich innych subtelności. „Co więc jest, co nam pozostało?!” – może w desperacji zakrzyknąć rozdygotany, zroszony potem wielbiciel Kalifornijczyków z Los Gatos. A więc proszę Pani/Pana wbrew pozorom pozostało sporo, albowiem to wciąż wyjątkowy zespół.

Przede wszystkim jest świadoma zmiana. Po wydaniu albumu pojawiły się teorie, że nowy, skromniejszy i bardziej elektroniczny styl zespołu jest winą/zasługą związanego bardziej ze sceną muzyki hip-hopowej, niż rockowej, producenta płyty Daniela M. Nakamury, znanego bardziej pod pseudonimem „Dan The Automator”. Ja myślę jednak, że chłopaki są zbyt świadomymi artystami, by wypuścić swoją twórczość na tory niekontrolowanego wpływu. „Automator” to raczej tylko dobrany wykonawca do wcześniej stworzonego nowego konceptu muzyki zespołu. Konceptu, który oferuje całe spektrum ciekawych dźwięków. Otwierający płytę „Another tribe” urzeka przyjemnie bujającym elektronicznym rytmem. Gitarowa chrypka fajnie podrapuje w refrenie „Upon returning”. Jest także parasolka sennie pływająca w chillowo-psychodelicznym drinku zaserwowanym w „The tent”. Są i melodyjne podskoki lekkości w „Somebody is laughing” czy „Kalathat”. Mamy również propozycje totalnie nieklasyfikowalne, jak wspomniany wcześniej rozpalacz pytajnika – „Down without a fight” czy też „Where I’ll end up”. Pierwszy oparty na wręcz dyskotekowym rytmie ze śladowym udziałem gitar po ustąpieniu pierwszego wstrząsu wkręca pozytywnymi wibracjami. Drugi zaś, jakby żywcem inspirowany repertuarem regionalnych, słowiańskich wesel – plumkająca giitara, radosna wokaliza, minimalny rytm w podkładzie i maksymalny róż w refrenach. Sierpień w pełni, śluby w sile, kieliszki się pocą, koszule się prują, kiełbasy lśnią na półmisach. Tego właśnie potrzeba do poczucia i zrozumienia tej płyty – odrobiny dystansu, otwartości i wyobraźni. Oswój się i nastaw, że tego, co było już nie ma. Jest nowe i to jest inne. Tylko niesamowita barwa głosu Gavina pozostaje wciąż niezmieniona. Wciąż tak ciepła, plastyczna i poruszająca. W melodyce i subtelności śpiewu łącząca nowe, skromniejsze aranżacje instrumentów w spójną całość. To wszystko sprawia, że podsumowując „Chuckles & Mr. Squeezy” jednym zdaniem, można powiedzieć, że to po prostu album pełen ładnych, momentami wręcz bardzo ładnych piosenek.

Trzeba oddać zespołowi, że mieli odwagę by wziąć słoik całej swojej dotychczasowej twórczości i wstrząsnąć nim tak, by nasycone i bezpiecznie zakonserwowane owoce przewróciły się do góry nogami i wylądowały tuż pod niezabezpieczonym wieczkiem. Niech każdy oceni czy kompot Dredg z rocznika 2011 mu posmakuje. Ja po opadnięciu uniesionych brwi śmiało sięgam na półkę z ów zacnym zaczynem. Pewny haust i śmiały gest.

– Czy można panią prosić?

– Ale czy wypada?…

– Ależ ba.

– Ależ ja…

(w pąsach w tany poszli)

Autor: Krzysztof Bienkiewicz

Ocena: 4/5

Dredg – The Tent (trailer)

YouTube Preview Image

 

Zespół Dredg Media
Kraj USA
Płyta Chuckles & Mr. Squeezy www
Rok wydania 2011
Producent Dan The Automator official tube
Wytwórnia Superball Music
Lista utworów 1. Another Tribe facebook
2. Upon Returning
3. The Tent myspace
4. Somebody Is Laughing
5. Down Without a Fight twitter
6. The Ornament
7. The Thought of Losing You last.fm
8. Kalathat
9. Sun Goes Down
vimeo
10. Where I’ll End Up
11. Before It Began

 

Wykładnia:

1.  podstawka pod piwo
2.  perła przed wieprzem
3. placebo
4. blisko
5. bardzo
 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
  1. Wojciech82

    31.08.2011 o godz. 12:51

    Az trudno uwierzyć że to ten sam zespół który nagrywał takie płyty jak „Leitmotif” z niesamowitym Lechium czy wyżej wspominany przez Ciebie „El Cielo”. Mam wrażenie że zespół w tych swoich nowinkach i urozmaiceniach zaczyna tak po ludzku nudzić i wywoływać zakłopotanie, bowiem próbuję odpowiedzieć sobie czym tak naprawdę kieruję się zespół w którym do niedawna wstępowała taka eksplozja potencjału. Po ich ostatniej płycie „The Pariah, the……” myślałem że to wypadek przy pracy, okazało się coś zupełnie innego zespół dalej twardo podąża tą ścieżką której wyznacznikiem jest właśnie ta w/w płyta.

    Mam nadzieję że zespół nie powiedział ostatniego słowa i czekam na powrót do korzeni.

    Ps.

     
  2. Wojciech82

    31.08.2011 o godz. 12:54

    Ps. Dzięki serdeczne za obfitą relację Rock In Summer. Jest czego żałować.

     
    • RockOko - Admin

      31.08.2011 o godz. 13:10

      Dzięki za komentarz nt. recenzji Dredg i proszę bardzo odnośnie relacji z RIN, cała przyjemność (uczestnictwa) po naszej stronie (:) Na pewno jeszcze wrócą, szybciej niż za 10 lat.

       
 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.