Recenzja: Fair To Midland – Arrows & Anchors

30.07.2011

Przed wydaniem najnowszej płyty amerykańskiego kwintetu Fair To Midland można było wyczytać zapowiedzi zespołu, że będzie to jak dotąd ich najcięższa, najbardziej mroczna i gniewna płyta. Wokalista Darroh Sudderth tłumaczył też w jednym z wywiadów, że nowy album jest bardzo inny w porównaniu do swojego poprzednika „Fables From A Mayfly; What I Tell You Three Times Is True”, który wydany pod skrzydłami wytwórni Serja Tankiana – wokalisty System Of A Down pozwolił kapeli mocno zaistnieć w świecie alternatywnego rocka. Frontman opowiadał, że m.in. właśnie w celu nabrania dystansu i wydania czegoś całkiem odmiennego, przygotowanie i nagranie płyty zajęło im ponad 4 lata. To ciekawe, ale po przesłuchaniu „Arrows and Anchors” nie można powiedzieć, żeby Teksańczykom udało się wdrożyć którekolwiek ze swoich zamierzeń. Czy to oznacza, że płyta jest słaba? Absolutnie nie.

Album otwiera kościelne, organowe intro, które u każdego ex-ministranta, jak m.in. również autora tej recenzji, podświadomie przywołuje zapach wykrochmalonej komeżki. Celebra trwa tylko kilkadziesiąt sekund i jedziemy z „Whiskey & Ritalin”. Trochę zaskakująco płaski rytm początkowy na szczęście w drugiej części przechodzi w typowe Midlandowe połamańce. Na pierwsze wrażenie ten numer wydawał się słaby, jak na otwarcie płyty, ale z każdym odtworzeniem refren coraz głębiej zapada w pamięć i powraca w podświadomym nuceniu. Natomiast już od pierwszego posłuchania wręcz wdarł się i porwał następujący po nim „Musical Chairs”. Świetny numer z charakterystycznym, epickim wejściem gitar i klawiszy, dziką wstawką wokalną, wirującym basem i bardzo chwytliwym refrenem. Od samego początku zwraca uwagę bardzo dobre brzmienie całości albumu. Szybki rzut okiem na nazwisko wybranego magika od gałek i już wszystko wiadomo – Joe Barresi. Producent płyt m.in. Parkway Drive, Queens Of The Stone Age, Isis, a także inżynier produkcji Toola czy Coheed and Cambria. Gitary suną bardzo fajnie, ale niedobrze, że tym razem panowie trochę za bardzo ściągnęli na tył partie klawiszowe. Słychać, że tak jak i poprzedniej produkcji niosą one interesujące dźwięki i melodie, ale są zbytnio schowane pod/za resztą instrumentów, momentami brakuje im wyrazistości, która na poprzedniej płycie przyozdabiała takie piosenki jak np. „Kyla Cries Cologne”. W „Amarillo Sleeps On My Pillow” zespół nawiązuje do swoich południowych, folkowych korzeni, których nigdy się nie wypierał. Wujek Sam w wypełnionej dźwiękami banjo zwrotce zabiera nas swoim rozklekotanym wozem na przejażdżkę po teksańskich stepach. Prażące słońce, słomianych kapelusz, puste, piaszczyste przestrzenie. W ustach kwitnie szkorbut, a ścieżkę podróży znaczą splunięcia przeżuwanego tytoniu. W refrenie następuje zaś przejście w inny, współczesny wymiar i odpalenie działa sygnowanego jednym z charakterystycznych motywów gry na gitarze Cliffa Cambella, który lubi od czasu do czasu szyć równym, gęstym ścięgnem właśnie takie zapętlone riffy. Ten numer również brzmi coraz lepiej z każdym następnym przesłuchaniem. „A Loophole In Limbo” natomiast nie potrzebuje okresu oswojenia. Od początku urzeka wszędobylską lekkością, świetnymi melodiami wokalnymi i stałym przepływem energii. „Short-Haired Tornado” jest wetknięty pomiędzy trochę niepotrzebne interludia, które niewiele wnoszą do klimatu płyty, ale sam numer dobrze wpisuje się w stylistykę FTM serwując na przemian zwolnienia i mocniejsze partie, zarówno gitar, jak i wokali. Zastanawiając się nad tym czy i na ile naprawdę zmienił się styl zespołu, na delikatną prośbę płynącą z początku „Rikki Rikki Tavi” (listen to me… listen to me…) pochylam się w stronę odtwarzacza a tu nagle, jak przystało na zespół pochodzący z miejscowości o uroczej nazwie Sulphur Springs (Siarkowe Źródła), jak nie wystrzeli siarczysty kop prosto w podbródek. „Aaaargh! Heeey!” Co za wejście! Nareszcie jest gniew. Wprawdzie refren rozmywa się trochę biesiadną bujanką, ale siła riffów i wykrętasów wokalnych Darroha naprawdę wyróżniają ten numer. Rozochocony szukam więcej złości, ale jakoś nie mogę odnaleźć. Wprawdzie „Golden Parachutes” cały jest wypełniony soczystym, zakręconym akordem, ale to jednak nie jest wzburzenie. Utwór bardzo dobrze, przestrzennie płynie, ale nie wstrząsa, jedynie buja przyjemnym podbiciem. Trzeba mu jednak oddać, że gdzieś w pogłosie jest subtelnie przyprószony uroczym, kosmicznym pyłem. Wspomniane wcześniej trochę wstydliwe partie instrumentów klawiszowych wysuwają się na przód sceny w Bright Bulbs & Sharp Tools” generując w refrenie śliczne migotanie kolorowych nutek. Z kolei płaski rytm otwierający płytę powraca pod jej koniec w „Coppertank Island”, ale tym razem nie ma w nim żadnego początkowo zgrzytliwego zaskoczenia, gdyż całość ciągną wibrujące pasma gitary i klawiszy oraz melodii w refrenach. Bardzo dobry numer na koncert, miejmy nadzieję, że znajdzie się w zestawie na właśnie ogłoszoną jesienną trasę europejską, gdzie będą grali zarówno jako główna gwiazda, jak i support Evanescence (rozkład trasy TU).

Jak to więc w końcu jest z tą płytą? Moim zdaniem nie spełnia ona głównych założeń postawionych przed nagraniem przez sam zespół. Stylistycznie aż tak bardzo nie odbiega od „Fables…” oraz nie przytłacza mrokiem i gniewem, ale tak naprawdę nie ma to znaczenia, a tym samym wpływu na wartość i urok tej płyty. „Arrows & Anchors” serwuje oryginalne konstrukcje utworów, świetne, melodyczne refreny, riffy i smaczki klawiszowe. Ma żywy i energetyczny klimat, który udziela się i zaszczepia się coraz głębiej z każdym kolejnym odsłuchaniem. No i na koniec – brak drastycznej zmiany formatu muzyki akurat w przypadku Fair To Midland jest zaletą, gdyż gwarantuje to podtrzymanie ich oryginalnego stylu, a tym samym obecności elementu wyjątkowości. Może przez grafikę poprzedniej płyty, a może przez całość liryczno-muzyczną, od pierwszego zetknięcia się z muzyką FTM miałem wrażenie, że ich twórczość ma w sobie pewien pierwiastek baśniowy. Tak więc kolejny raz, niczym powieściowy Don Kichot na wychudzonej habecie, piątka południowców z Texasu w szaleńczej erupcji wyobraźni, z wyciągniętymi kopiami atakują kanony obowiązujące w rockowej krainie. W całej ich wyprawie nie chodzi o odniesienie zwycięstwa w walce z urojonymi olbrzymami. Najważniejsza jest sama podróż i na jej szlaku FTM potwierdzają swój status jednego z najbardziej wyjątkowych zespołów prog-alternatywnego grania.

Autor: Krzysztof Bienkiewicz

Ocena: 4.5/5

Fair To Midland – Musical Chairs

YouTube Preview Image

 

Zespół Fair To Midland
Kraj USA
Płyta Arrows And Anchors
Rok wydania 2011
Producent Joe Baressi
Wytwórnia E1 Music
Lista utworów 1. Heavens to Murgatroyd
2. Whiskey & Ritalin
3. Musical Chairs
4. Uh-Oh
5. Amarillo Sleeps on My Pillow
6. A Loophole in Limbo
7. Typhoid Mary Sends Her Best
8. Short-Haired Tornado
9. The Upset at Bailey Bridge
10. Rikki Tikki Tavi
11. Golden Parachutes
12. Bright Bulbs & Sharp Tools
13. Coppertank Island
14. Three Foolproof Ways to Buy the Farm
15. The Greener Grass

Media:


www


official tube

 

space

 

face

 

twitt

 

 

 

 

 

Wykładnia:
1.  podstawka pod piwo
2.  perła przed wieprzem
3. placebo
4. blisko
5. bardzo
 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
  1. Wojciech82

    11.08.2011 o godz. 14:37

    Długo wyczekiwana płyta kolesi z Sulphur Springs. Poprzednia płyta Fables from a Mayfly:……była czymś nowym, czymś niezwykłym tak obecna „Arrows and Anchors” jest kapitalna by nie powiedzieć jest arcydziełem.
    Tą płytą zespół zdecydowanie podnosi poprzeczkę wznosi się na wyższy poziom. Mamy tu aż nadto metalowo – progresywnych zapędów dających w połączeniu z przebojowością i melodyjnością wynik piorunujący. I pomyśleć że do nie dawna jeszcze nikt o nich nie słyszał , pogrywali sobie chłopaki dla lokalnej społeczności w jednej z zapyziałych miejscowości gdzieś w Texasie……

     
  2. peter

    19.09.2011 o godz. 14:07

    Recenzja lepsza od płyty, zwłaszcza informacja o supportowaniu Evanescence, z którymi mi się ta muzyka kojarzy. A że nie lubię Evanescence… Ale nie, nie poddaję się i posłucham FTM jeszcze ze dwa razy i na pewno będzie lepiej. Już jest lepiej w trakcie 3. przesłuchania. Tak to już jest z rockiem progresywnym, trzeba się wsłuchać.. W podsumowaniu, momenty są, niech tylko wejdą na swoją własną drogę, bez Evanescence.

     
 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.