Recenzja: Hammock – Everything and Nothing

29.04.2016

Nie ukrywam, że przed ukazaniem się tej płyty miałam moment zwątpienia. Bez przekonania odwiedzałam ich profile na Facebooku, zaglądałam na kanał YouTube. Oczekiwałam fragmentów nowej muzyki, wypatrywałam wieści nt.nowego albumu, a tam nic. Czułam, że się odsuwam. Miałam niejasne wrażenie, że po zamazanym i rozlanym albumie „The Sleepover Series” nastąpi wyzuty z uczuć koniec. Jakże wielkie było więc moje zdumienie, gdy po raz pierwszy zobaczyłam radosną okładkę „Everything and Nothing” i otworzyłam się na brzmienie trzech promujących ten album singli. Hammock odżył we mnie w trybie natychmiastowym, na nowo łącząc się ze skomplikowanym systemem emocjonalnych przekaźników. Powrócił uśmiech.

Recenzja - Hammock – Everything and Nothing

Opowieść Byrda i Thompsona zaczyna się typowym dla nich pastelowym brzmieniem „Turn Away and Return”, jednak już z początkiem kolejnego „Clarity” słuchacz doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że to nie będzie po prostu „kolejny” album Hammocka. To coś głębszego, dużo bardziej żywotnego i sprytnie wkradającego się w pęknięcia codzienności. Połączenie motywów ambientowych z shoegaze i elementami elektroniki to nowy, powoli obierany przez duet z Nashville kierunek na ich muzycznej ścieżce. Oprócz zrytmizowania utworów, na nowym albumie jest zadziwiająco dużo wokali. Tym sposobem takie kompozycje jak choćby single „Glassy Blue” i „Dissonance” czy utwór tytułowy stają się pełnowymiarowymi piosenkami. Chyba najbardziej zaskakujące jest jednak brzmienie głosu Marca Byrda w „We Were So Young”, który wydobywa się jakby z samego środka rockowego kotła lat 90. i porywa niczym krzyki Jacoby’ego Shaddixa podczas 16. Przystanku Woodstock.

Nie do końca rozumiem ten mechanizm skojarzeń, ale podczas przesłuchiwania „Everything and Nothing” wciąż wracał do mnie fragment „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta, brzmiący tak: „Prawdziwie odkrywcza podróż, nie polega na odkrywaniu nieznanych lądów, lecz na pozyskaniu nowych oczu, by spojrzeć na wszechświat oczami innego, setką innych, zachwycić się setką wszechświatów i uzmysłowić sobie, że one także patrzą i są”. Silne wrażenie, że twórczość Hammocka jest właśnie tego rodzaju podróżą, podczas której im częściej pozwalam sobie na przymknięcie powiek, tym więcej dostrzegam szczegółów . Tym intensywniej czuję dotyk ciepłych dłoni przestrzeni na moim karku. Lekkość opada na mój umysł jak pierwsze płatki śniegu. Miękkość wtula się w skórę jak para z gorącego kubka kawy o wschodzie słońca na opustoszałej plaży.

Przecież znamy to tak dobrze. Codzienne doznania… z innym spojrzeniem. Rzeczywiste wszystko i nic. W takich chwilach ważność technicznej strony albumu rozmywa się w intensywności czucia. Hammock zawsze był dla mnie wędrówką zapewniającą oddech. „Everything and Nothing” jest zaś lotem. Absolutną zmianą perspektywy. Rozszerzeniem spektrum. Łzami i uśmiechem. Świadomością codziennej drogi. Akumulatorem pełnym nowej siły. Tego roku wiosnę obudziło właśnie to wydawnictwo.

5/5

Aleksandra Tychmanowicz

YouTube Preview Image

Wykładnia:
  1.  podstawka pod piwo
  2.  perła przed wieprzem
  3. placebo
4. blisko
5. bardzo

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Recenzja: Hammock – Everything and Nothing została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.