Recenzja: Korn III – Remember Who You Are

03.08.2011

To kolejna recenzja z czasów przed uruchomieniem portalu. Płyta znacząca, gdyż zespół wpływowy, tudzież dużego kalibru. Dziś RockOko ocenia:

To miało być wielkie odrodzenie. To miał być wielki powrót do korzeni. Symboliczna trójka przy nazwie, odnośnik do pamięci w tytule, legendarny Ross Robinson, w końcu stały perkusista, wreszcie wszystkie elementy na miejscu. Rozkręcona kampania promocyjna, rozpalone wyobrażenia, nakręcone oczekiwanie i…… Nie wiem do czego Korn powrócił, ale na pewno nie do tego, co stworzyło ich styl i wysadziło posady świata rocka/metalu na początku lat 90tych. Na pewno nie do tej dzikość, melodyki i brzmienia, na którym wzorowało się potem tysiące kapel podążających nurtem nu-metalu. Dawałem tej płycie kilkakrotnie szansę w nadziei, że może zaskoczy, że może coś jest gdzieś ukryte, że może jednak…Niestety. Wciąż to samo odczucie – ta płyta jest po prostu bardzo słaba. Brakuje jej wszystkiego. Pasji, gniewu, dzikości, mocy – wszystkiego tego, co kiedyś stworzyło wielkość Korna.

Ok, słychać, że próbowali. Jeśli chodzi o elementy składowe na płycie, jest wszystko, co teoretycznie powinno być. Brudne brzmienie, tłusty, klekoczący bas, łamana perkusja, mroczne teksty, cała rozpiętość wokalu Jonathana (jęki, krzyki, dyszenie). Jednak całościowo brakuje w tym wszystkim po prostu czucia i naturalnej, szczerej dzikości z czasów, gdy kładli podwaliny pod swoje niepowtarzalne brzmienie. Perkusja – tak, jest szarpana i tak, Ray Luzier jest świetnym bębniarzem, ale niestety jego partie brzmią jakby były nagrywane na zapleczu Deichmana na stosie pudeł wyrzuconych po wiosennej wyprzedaży. Fieldy – oczywiście jest, bez jego charakterystycznego basu nie byłoby brzmienia Korna, ale zdaje się, że jeśli choć jeszcze o odrobinę obniży swoje strojenie, to struny spadną mu za pięty. Jonathan – wielki głos i frontman, wciąż niesamowity potencjał, co słychać w kilku refrenach (Fear Is A Place to Live, Pop A Pill), ale i jego dopadł syndrom zapętlonej powtarzalności. Próby innowacji kończą się tragicznie. Najmocniejszy przykład – hekatomba wokalna w pre-chorusie „Lead The Parade” (”..I want to make a decision..”).  Na Odyna, co to jest?! Dieter Bohlen na kwasie w amoku rodem z „Egzorcysty”?? Gdyby Beavis i Butt-Heda jeszcze istnieli, już widzę, jak bezpardonową parodią masakrują ten numer..

Mam jedno nieodparte wrażenie, że Korn od czasów „Issues” czy „Untouchables” sam sobie nie potrafi odpowiedzieć na jedno podstawowe pytanie: ile można grać to samo? Irytująco przewidywalny i na siłę powtarzany schemat utworów drażnił już na poprzednich albumach, ale na tej osiągnął swoje apogeum. Zwrotka, refren, zwrotka, refren, zwolnienie lub wypuszczenie, szepty/jęki/trzaski/zgrzyty (do wyboru), podbicie, przyspieszenie wrzask/refren itd. Oczywiście, to jest ich styl, to ich wyniosło na szczyty rockowej sławy, jakkolwiek są zespoły, które potrafią ewoluować nawet w obrębie własnej stylistyki. Korn najwyraźniej nie, a i z powrotem do korzeni jest raczej kiepsko. Jeśli na pierwszych trzech, czterech płytach ów muzyczny model miał jeszcze prawdziwą siłę, chwytliwe melodie i energię, tak teraz nie widzę/słyszę już nic innego jak systematyczne i coraz gorsze w formie pożeranie własnego ogona.

No i teksty. Wciąż ta sama trauma, demony, bóle, nierozumienie, „fake ass people”, „stupid fucks” „go away, run away”. Muzyka powinna uwalniać emocje i autor ma prawo do wyboru wypowiedzi, ale przyznam, że mnie to już męczy. Minęło ponad 15 lat, a Jonathan wciąż płacze tym samym spazmatycznym szlochem. Kiedyś to poruszało, teraz to po prostu spływa obojętnością.

Spróbujmy jednak znaleźć choćby ślady czegoś pozytywnego. Wskazałbym trzy. „Pop A Pill” – chyba najlepszy numer na płycie i chyba najbardziej bezpośrednie odniesienie do „jedynki” Korna, gdy zwolnienie wyraźnie nawiązuje do podobnego motywu w „Fake”. Potem jeszcze tylko jeden moment: „Never Around” (przejście po drugiem refrenie) i ostatni „Holding All These Lines” (wprawdzie krótka, ale jest tu p r a w d z i w a solówka!)

Podsumowując – Korn się pogubił. Pogubił się totalnie. Jonathan w singlowym „Olidale…” cierpiętniczo wykrzykuje, by go zostawić w spokoju. Po kilkukrotnych męczarniach przebrnięcia przez tą płytę niniejszym czynię to z nieskrywaną ulgą.

Autor: Krzysztof Bienkiewicz

Ocena: 1.5/5

Korn – Oildale (Leave Me Alone)

YouTube Preview Image

Zespół Korn
Kraj USA
Płyta Korn III – Remember Who You Are
Rok wydania 2010
Producent Ross Robinson
Wytwórnia Roadrunner Records
Lista utworów 1. Uber-Time
2. Oildale (Leave Me Alone)
3. Pop A Pill
4. Fear Is a Place to Live
5. Move On
6. Lead the Parade
7. Let The Guilt Go
8. The Past
9. Never Around
10. Are You Ready to Live?
11.Holding All These Lines

Media:

www


official tube

 

space

 

face

 

twitt

 

Wykładnia:
1.  podstawka pod piwo
2.  perła przed wieprzem
3. placebo
4. blisko
5. bardzo
 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Recenzja: Korn III – Remember Who You Are została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.