Recenzja: Korn – The Path Of Totality

26.03.2012

Korn jest pierwszym zespołem, który doczekał się recenzji dwóch płyt na łamach naszego wciąż młodego magazynu. Nie wynika to bynajmniej z naszej szczególnej fascynacji tym zespołem. Wręcz przeciwnie, mając na uwadze muzyczną mizerię ostatniej płyty kapeli i jej co najmniej mało przychylną ocenę na naszej stronie, kolejnego albumu grupy raczej nie wypatrywaliśmy z wypiekami na twarzy. Zapowiedzi tej płyty sugerowały sporą zmianę stylistyki zespołu, a gdy album ostatecznie ukazał się w grudniu 2011, jego zawartość wywołała takie reakcje jak: „rewolucja”, „przełom”, „kontrowersja”. Zamieszanie wokół „The path of totality” było i w zasadzie jest wciąż dosyć spore, tak więc Oko postanowiło przyjrzeć się bliżej temu materiałowi, a tym samym dodać nasz skromny głos do dyskusji nad tym rzekomo rewolucyjnym dziełem.

„The path of totality” nie zdążyła się jeszcze pojawić we wszystkich sklepach, a muzyczne media już oblepiły ją kolejnymi kategoryzującymi sloganami typu dub-metal. Dla autora tej recenzji jakiekolwiek etykiety muzyczne nigdy nie miały większego znaczenia, dlatego też odbierając tę płytę, skupiłem się na tym, co zawsze stanowi esencję, czyli na samej muzyce. Co daje odbiór tego albumu? Na początek przekonanie, że to żadna rewolucja. Próby połączenia rocka i elektroniki wypłynęły na szersze wody już w latach 90-tych, np. na ścieżce dźwiękowej filmu „Spawn”, na której to i podmiot tej recenzji mieszał swoje przestery z bitami autorstwa The Dust Brothers. Minęło kilkanaście lat a Korn, szukając nowych środków wyrazu, postanowił całkowicie zanurzyć się w syntetycznym wywarze. Pamiętajmy, zawsze najważniejsza jest sama muzyka, a jedną z głównych cech charakterystycznych jej rockowego czy też metalowego (tam też ich wkładają) nurtu jest energia, której na „The path of totality” jest po prostu bardzo mało. Jej poważny niedobór jest głównym zarzutem do tego krążka. Kolejnym elementem, który wyparował z kornowych dźwięków, jest jakikolwiek charakter muzyki. Ten album nie jest ani szybki, ani wolny, nie jest mocny, nie ma zęba, nie wgniata niskimi rejestrami, nawet nie wkurza. Jest płaski, bezpłciowy, ciągnie się, smakuje jak guma do żucia zrobiona z rozgotowanych gumiaków. Ta płyta to zbiór linii wokalnych wciąż nietuzinkowego głosu Jonathana Davis’a opartych na elektronicznych bitach i gitarach rozmytych w pasmach syntetycznych zgrzytów. Słuchając uderzeń sztucznego rytmu, drapałem się w rozterce po głowie, albowiem Korn, mając jednego z najlepszych perkusistów w branży, stworzył album, którego przeważająca większość rytmiki jest wygenerowana komputerowo. Na potrzeby koncertów te partie są oczywiście odpowiednio przearanżowane, ale ciekawe, co sobie myślał Ray Luzier (przyjęty na stałe do składu dopiero przy poprzednim albumie), kiedy dowiedział się, że na kolejnej płycie zostanie zastąpiony przez maszyny.

Na całym albumie są dwa numery, które wywołują jakąkolwiek iskrę. Tak się składa, że obydwa zostały wybrane na pierwsze single promujące płytę, czyli są to „Narcissistic Cannibal” i „Get Up!”. Reszta albumu to bezkształtna masa zgrzyto-uderzeń, która w najlepszym przypadku muli, a w najgorszym powoduje wręcz odczucie zatwardzenia. Pierdy takie jak „My wall”, „Illuminati” czy „Sanctuary” spokojnie mogą służyć za ścieżkę dźwiękową pod USG obrazujące intensywną konstypację jelita grubego.

Na polu muzycznym jest wiele zmian, jakkolwiek teksty pozostają wciąż te same. Niezmiennie zachodzę w zdumienie, dlaczego 38-letni, dorosły facet, na każdym albumie produkuje liryki na poziomie rozdygotanego nastolatka, przeciw któremu niesprawiedliwie sprzeniewierzył się cały, zły świat pełen niedobrych, nie rozumiejących go ludzi.

Spotkałem się z opiniami, że taka muzyka to przyszłość rocka. Mam wielką nadzieję, że jednak nie. I nie chodzi o narzędzia. Nie chodzi o to, czy dźwięki zostały wyprodukowane palcami na strunach lub pałkach czy może na klawiaturze. Chodzi o charakter materii, którą narzędzia stworzyły na polu synergii elektroniki i gitar. W tej dziedzinie wybieram bardziej żywe i iskrzące dokonania np. Celldwellera od płaskiej nijakości kierunku obranego przez  Korna. Doceniam poszukiwania zespołu i odwagę wprowadzenia tak dużej zmiany, ale ja w niej nie znajduję nic emocjonującego.

Ocena: 2.5/5

Krzysztof Bienkiewicz

Korn – Narcissistic Cannibal

YouTube Preview Image

 

Zespół Korn
Media
Kraj USA www
Płyta The Path Of Totality
Rok wydania 2011 official tube
Producent Jonathan Davis
Wytwórnia Roadrunner Records facebook
Lista utworów 1. Chaos Lives In Everything
2. Kill Mercy Within
myspace
3. My Wall
4. Narcissistic Cannibal twitter
5. Illuminati
6.Burn the Obedient
last.fm
7.Sanctuary
8. Let’s go soundcloud
9. Get Up!
10. Way Too Far
11. Bleeding Out
Wykładnia:
1.  podstawka pod piwo
2.  perła przed wieprzem
3. placebo
4. blisko
5. bardzo
 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Recenzja: Korn – The Path Of Totality została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.