Recenzja: Lunatic Soul – Walking on a Flashlight Beam

13.09.2014

Czasami tak mam. Czasami do niektórych płyt chcę podejść inaczej. Czasami z niektórymi albumami chcę się zapoznać tak, jakby pojawiły się znikąd. Jakby były debiutem lub dziełem nieznanego twórcy przypadkowo odkrytego w sieci, tak aby jedynym wyznacznikiem była muzyka, a nie podświadomy sentyment i automatyczna nadzieja oparta na wcześniejszej twórczości. Czytając przedpremierowe zapowiedzi Mariusza Dudy, wokalisty i basisty Riverside, mówiące o tym, że najnowszy album jego solowego projektu to najbardziej rozbudowany, zróżnicowany i spójny album Lunatic Soul, postanowiłem właśnie tak zrobić. Spróbować, jak zareaguję na muzykę zawartą na „Walking on a flashlight beam” bez odnoszenia się do wcześniejszych dokonań Mariusza. Co z tego wynikło?

Tak naprawdę sprawa jest dosyć prosta. Kiedy muzyka jest dobra, to zanurzenie w niej następuje bardzo szybko. „Walking on a flashlight beam” już od pierwszego utworu obdarowuje słuchacza jedną z największych wartości w muzyce – głębią. Owa głębia wyraża się nie tylko w otwierających płytę dźwiękach falującego oceanu, ale również w tym, w jaki sposób utwór przechodzi w poruszającą przestrzeń warstwy muzycznej tworzonej przez instrumenty. I ten przycinany riff, te narastające kotły, i to intensyfikujące się wypełnienie… „Shutting Out The Sun” jest utworem absolutnie epickim, a skoro już na nim z zachwytu spłyca się oddech, to przed przesłuchaniem dwóch kolejnych kompozycji dobrze jest zaopatrzyć się w szklankę wody, gdyż rozwarte z wrażenia usta mogą szybko spierzchnąć. Najpierw „Cold”, osaczający niepokojącym otwarciem i wciągający dynamiką rozświetlonego rozwinięcia. Po nim „Gutter”, ze świetnym tekstem, wypełniony skradającym się, wręcz dusznym, onirycznym motywem oraz gęstym, hipnotycznym rytmem perkusyjnych przeszkadzajek. Płyta ma 9 utworów, ale już po trzech czuję się wypełniony nieprzebraną ilością poruszających dźwięków oraz odcieni nastrojów. Głębia. Głębia w muzyce ma to do siebie, że nawet jeśli dany utwór słyszysz po raz pierwszy, od razu wiesz, że to jest dobre. Słyszysz, że ta piosenka ma warstwy, które skrywają jeszcze więcej wartości i już wtedy czujesz, że chcesz do tego wracać, aby jeszcze głębiej zanurzyć się w tym, co już poczułeś i odnaleźć to, co jeszcze nieodkryte.

A ta płyta przywołuje do częstych powrotów, szczególnie tak rozbudowane kompozycje jak np. „Pygmalion’s Ladder”. Ten utwór to bluszcz. Kiełkuje, rozrasta się, wije i oplata. Wypełnia myśli, wykraczając daleko poza 12 minut swojego trwania. Tak wiele się tu dzieje, tak dużo sekwencji go wypełnia, tak wiele emocji przepływa powodując, że twój nastrój się przyciemnia, rozświetla, wycisza lub ożywia. Z kolei melodyjnością, a wręcz przebojowością przyciągają „Treehouse” oraz tytułowy „Walking on a Flashlight Beam”. Nie tracąc pasma przyjemnego zamyślenia, ogrzewają urokiem refrenów i wypełniającej je przestrzeni. Jedynymi mniej intensywnymi punktami albumu są kompozycje instrumentalne, szczególnie pierwsza część „Fear Within”, a także nadmiernie rozbudowana środkowa część „Gutter”, ale to tylko dwie drobne rysy na lśniącej powierzchni dzieła bardzo kompletnego.

Ta płyta ma jeszcze jedną wartość – detale. Imponująca ilość momentów, fragmentów, punktowych dźwięków, które swoim pojawieniem się w niespodziewanych miejscach zaskakują, jednocześnie nie zakłócając spójności całej kompozycji. No i te wszystkie magiczne miejsca, rozświetlające się, a tak naprawdę „cię” punkciki. Takie, które w chwili zaistnienia, bez twojej kontroli delikatnie rozchylają usta, w które wdechem wpływa subtelny zachwyt. To momenty, na które czekasz. To chwile, które są twoje. To sekundy, w których muzyka i odczucie spotykają się w jednym miejscu powodując poruszenie. Wejście gitary basowej w „Cold”, refreny w „Gutter”, pojawienie się głosu w „Pygmalion’s Ladder”.

I na koniec drobnostka. Coś, o czym warto pamiętać po zakończeniu podróży po świetle latarki. Oprócz partii perkusji zagranych przez Wawrzyńca Dramowicza (Destruction, Indukti), wszystkie piosenki, wszystkie dźwięki oraz instrumenty, każda nuta oraz muzyczna sekunda tego prawie 64 minutowego dzieła została wymyślona i zarejestrowana przez jednego człowieka, Mariusza Dudę. Zamyślając się nad wyjątkowością tak bogatej wyobraźni, nawilżam spierzchnięte usta.

Ocena: 4.8/5

Krzysztof Bienkiewicz

Lunatic Soul – Cold

YouTube Preview Image

Wykładnia:
1.  podstawka pod piwo
2.  perła przed wieprzem
3. placebo
4. blisko
5. bardzo
 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Recenzja: Lunatic Soul – Walking on a Flashlight Beam została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.