Recenzja: Machine Head – Unto The Locust

13.11.2011


Od czasu pojawienia się pierwszych informacji o przygotowaniach Machine Head do wydania nowej płyty, dziennikarze, recenzenci, analitycy, spece, szewcy i grzybiarze – wszyscy z uporem maniaka mantrowali jedno i to samo pytanie: czy uda im się nagrać coś lepszego od „The Blackening”? Kwestia ta była poruszana w każdym wywiadzie, artykule, ulotce i zapowiedzi najnowszego albumu zespołu.
Trzeba przyznać, że biorąc pod uwagę liczne, uszkodzone niekontrolowanym opadem szczęki recenzentów muzycznych oraz stosy wybitych zębów znajdowanych w sklepach na stanowiskach odsłuchowych po premierze ostatniego albumu, zespół z pewnością odczuwał presję oczekiwań odtworzenia równie wyjątkowej mocy i przebojowości.  Jakkolwiek odpowiedź na nurtujące grzybiarzy pytanie jest niesamowicie prosta: „The Blackening” nie da się przebić. Nie można ulepszyć perfekcji – po prostu. Taką świadomość musieli mieć i sami muzycy, którzy od początku deklarowali, że nie chcą powtórzyć formuły poprzedniej płyty, lecz nagrać coś innego, wciąż jednak podobnie wielkiego. „Unto The Locust” z pewnością jest odmienna od „The Blackening”. Pytanie brzmi: czy jest wielka?

Na początku o tym, co na szczęście się nie zmieniło. Pamiętając nie do końca zrozumiałe eksperymenty ze zmianami brzmienia z okresu płyt „The Burning Red” czy „Supercharger”, cieszy fakt, że zespół trzyma się wyznaczonej dwa albumy temu drogi i konsekwentnie toczy się ścieżką miażdżącego walca. Potęga brzmienia tej kapeli jest tak wielka, że ostatnie płyty Machine Head powinny być zgłoszone do Ministerstwa Zdrowia jako refundowany przyrząd medyczny dostępny na każdym oddziale ortopedii w zastępstwie młotków, tarcz, wiertarek i innego żelastwa używanego do łamania kości na potrzeby repozycji.

Przyjrzyjmy się więc tej miazdze. Kolejna płyta i kolejne mamucie otwarcie. „I Am Hell [Sonata In C#]”, podobnie jak utwory otwierające poprzednie dwie płyty, to potężna suita z epickim otwarciem, szalonym tempem rozwinięcia i wgniatającym zakończeniem. Murowany otwieracz koncertów. „I Am Hell” poprzez swoją konstrukcję i pompatyczność nawiązuje do wcześniejszych albumów, natomiast następujący po nim „Be Still And Know” jest dobrym sztandarem definiującym Machine Head A.D. 2011. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, w porównaniu z wcześniejszymi produkcjami, nie tylko w tej piosence, ale i na całej płycie jest znacznie więcej metalu – heavy metalu. Recenzując „The Blackening”, pisałem, iż „Halo” zawiera powiew ducha NWOBHM w melodyce refrenów i solówek. Na „Unto the Locust” zespół rozciągnął elementy muzyczne takiego klimatu na szersze pole, wplatając w charakterystyczną wściekłość Machine Head jeszcze więcej tego typu melodii i partii gitar. Słychać to szczególnie w refrenowych partiach śpiewu Robba Flynna (rzeczony „Be Still And Know”, „I Am Hell” czy „This Is The End”), solówkach gitarowych czy specyficznych przejściach na perkusji Dave McClain’a – ponownie vide „Be Still And Know” (intro otwierające). To jeden z najlepszych numerów na płycie, a jego siła i przebojowość są odpowiednio podparte spójnością, której brakuje niektórym piosenkom na albumie. Przykładowo „This Is The End” powala morderczym tempem, ale w połowie numeru niespodziewanie całą energię spuszcza w klop zupełnie niepotrzebnego, rozmemłanego zwolnienia.

Z mniej porywających pozycji płyty można wymienić jeszcze chwalony w przedpremierowych przeciekach jako nowy, koncertowy hymn zespołu „Who We Are”, który wcale nie zachwyca potencjałem masowej ekstazy. Wybrany na pierwszy singiel „Locust” w zasadzie jest bez zarzutu, choć trochę brakuje mu niepohamowania ognistej energii, przez co piosenka udostępniona jako pierwsza przed premierą płyty spolaryzowała fanów zespołu na piewców i grabarzy nowych dokonań Machine Head. Z drugiej zaś strony warta odrębnego wyróżnienia jest oda do życia Robba Flynna o rozdarciu między muzyką a rodziną, czyli „Darkness Within”. Świetna pozycja, która łapie za gardło porywającym refrenem i fantazyjnymi partiami solowymi.

„Unto the Locust” nie jest wielka. Nie powala potęgą wściekłości, ale i nie razi wysiłkowym przekombinowaniem w próbie przebicia genialnej poprzedniczki. Jest dobra, momentami bardzo dobra i jak najbardziej broni pozycję Machine Head jako jednego z najważniejszych zespołów obecnej sceny metalowej. Warto t en album mieć lub przynajmniej przesłuchać zarówno z tego powodu, jak i dla kilku miażdżących momentów, które serwuje słuchaczowi. Ale żeby poczuć walec w pełnej formie trzeba zobaczyć ten zespół na żywo, gdyż wszystko to, co jest na płycie, w konfrontacji z Machine Head live zyskuje 1000% więcej mocy. A że lubimy ekstremalne doznania, to damy się przewałkować. 25 listopada – Monachium. Alles klar, wir sind da. Relacja na Oku w grudniu.

Ocena: 4.5/5

Krzysztof Bienkiewicz

Machine Head – Locust

YouTube Preview Image

 

Zespół Machine Head
Media
Kraj USA www
Płyta Unto The Locust
Rok wydania 2011 official tube
Producent Robert Flynn
Wytwórnia Roadrunner Records facebook
Lista utworów 1. I Am Hell (Sonata in C#)
2. Be Still and Know myspace
3. Locust
4. This Is The End
twitter
5. Darkness Within
6. Pearls Before The Swine
last.fm
7. Who We Are

soundcloud
 

Wykładnia:

1.  podstawka pod piwo
2.  perła przed wieprzem
3. placebo
4. blisko
5. bardzo
 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
  1. Danny Boy

    29.11.2011 o godz. 17:34

    Plyta ciezka ale powinni grac szybciej a zdetronizuja slynna South of Heaven, Slayer`a.

     
 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.