Recenzja: Muse – Drones

15.06.2015

Kiedy pod koniec 2012 roku światło dziennie ujrzał album The 2nd Law, podział wśród fanów Muse stał się wyraźny, jak nigdy dotąd. Większość z nich niemal podskakiwała z ekscytacji w rytm nowego, electro-dubstepowego materiału, jednak wśród reszty upowszechniło się przekonanie, że MUSE IS DEAD. Mimo to niemal trzy lata później trio z Teignmouth pokazało całemu światu, że są bardziej żywotni niż kiedykolwiek, a ich zapowiedzi powrotu do soczystego rockowego grania okazały się być prawdziwe aż do bolesnego zachwytu.

Muse - Drones

Po oswojeniu się z siódmym w dorobku zespołu albumem DRONES (światowa premiera miała miejsce 8.06.2015) oraz odniesieniu ich najświeższych brzmień do obietnic Bellamiego i oczekiwań „Muserów”, można ze spokojnym sumieniem po raz kolejny skłonić z uznaniem głowę przed kunsztem
i pomysłowością tych trzech muzyków.

DRONES to całkowita redefinicja Muse. To coś totalnego. Sam fakt, że jest to ich pierwszy album-koncept, opowiadający spójną, dramatyczną i pełną napięć historię, powoduje w odbiorcy emocjonalną implozję. Definitywnie najciekawszą cechą tego krążka jest to, że łączy on w sobie wszystko co najlepsze w twórczości Bellamiego, Howarda i Wolstenholme’a. Rozrywającą energię, wręcz namacalne uczucia, mroczne paranoje i przede wszystkim świetne riffy gitarowe (w tym jeden z Psycho, który liczy sobie już 16 lat!) oraz oszałamiające partie sekcji rytmicznej.

Muse pokazuje tą płytą, że nie odcinają się od swoich eksperymentów, bynajmniej – to właśnie one doprowadziły ich do tej dojrzałości muzycznej i takich brzmień. Takie kawałki jak Dead Inside, The Handler, Mercy, czy Defector to pełnia kunsztu tej kapeli… Nie wspominając nawet o fenomenalnym, 10-minutowym The Globalist, który jest sequelem do legendarnego już utworu Citizen Erased z albumu Origin of Symmetry (2001) i jest on genialny nie tylko pod względem kompozycyjnego polotu, ale także wokalnego kunsztu.

YouTube Preview Image

Jednak to, co jest esencją twórczości Muse nie kryje się tylko w tym jednym wydawnictwie. Najistotniejsze często nie jest dostrzegalne, siedzi gdzieś w ukrytej fabule rysującej się wokół muzyki zespołu, w charakterach jej kompozytorów, ich czuciu, przeszłości, czy też finalnie w ich buncie. Przesłanie jakie niesie w swoich kompozycjach formacja Bellamiego jest cholerna. Tak właśnie – cholerna. Używam tego słowa tylko i wyłącznie w odniesieniu do nich, ponieważ to właśnie oni potrafią rzucić swoje paranoje, lęki i słabości prosto w twarz słuchacza, jednocześnie dając przy tym tak wielką dozę nadziei dla świata i każdej indywidualnej egzystencji, że staje się to niezastąpione. Fani uzależniają się od ich muzyki – tworzą niemal sektę, wielbiąc niewątpliwy geniusz tego pieprzonego psychopaty, jak trafnie określił Matta Bellamiego jeden z polskich fanów.

Tylko wtedy, gdy pojmie się fakt, że Muse to nie tylko muzyka, ale też pewien sposób radzenia sobie z rzeczywistością, rozumienia jej i pokonywania swoich słabości, można odpowiednio przyjąć ładunek, który niosą w sobie te różnorodne albumy. Przede wszystkim zaś DRONES – krążek mówiący o traceniu, zagubieniu, pustce. O poddawaniu swojego umysłu zewnętrznej kontroli i gubieniu siebie. O wewnętrznej walce ze swoimi demonami i fobiami. W rezultacie – o realnym powstaniu przeciwko temu co nas zniewala, odnalezieniu źródeł swojej siły i ostatecznym zwycięstwie.

To jest Muse. Muse, który czerpie z najpiękniejszej rockowej spuścizny Queen, U2, Nirvany, czy też AC/DC. Jednakże to nie są ich naśladowcy. To odrębne osobowości, wrażliwości i doświadczenia. Pisząc to uświadamiam sobie, że za około 20 godzin zobaczę ich po raz trzeci na żywo na deskach Orange Warsaw Festival. I jestem święcie przekonana, że to będzie kolejny koncert pełen mocy. Czymś niesamowitym jest obserwować ogromne transparenty przed sceną głoszące: Free us from this world, czy też Musers until the end of our lifes. Przed muzyczną „lekturą” DRONES oraz reszty dyskografii warto sobie uzmysłowić, że to nie tylko kapela, lecz przede wszystkim trzech zwykłych facetów, którzy wychodzą do ludzi całkowicie obnażeni emocjonalnie i po prostu mówią: Jesteśmy po drugiej stronie, ale jesteśmy tacy jak wy. Boimy się, ale wierzymy, że razem zmienimy ten świat.

Ocena: 5/5

Aleksandra Tychmanowicz

YouTube Preview Image
Wykładnia:
1.  podstawka pod piwo
2.  perła przed wieprzem
3. placebo
4. blisko
5. bardzo
 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Recenzja: Muse – Drones została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.