Recenzja: Phedora – The House of Ink

11.10.2015

Władysław Reymont powiedział kiedyś, że „muzyka to chińska łamigłówka, którą każdy rozwiązuje po swojemu i zawsze dobrze, bo jest bez rozwiązania”. Można się z nim w pełni zgodzić, choć na pewno znajdą się i tacy, którym zbierze się na polemikę. I te słowa chciałabym odnieść do debiutującej na polskim rynku rockowym Phedory. Zderzenie się z ich „The House of Ink” było niewątpliwie ciekawym doświadczeniem, bo jeżeli w rodzinnym mieście Krzysztofa Cugowskiego rodzi się wypadkowa stylów RED i Breaking Benjamin, która po drodze kształtowała się także we współpracy z producentem, a zarazem gitarzystą TesseracT Acle Kahney’em – wiedz, że coś się dzieje.

Recenzja - Phedora - The House of Ink

A dzieje się intensywnie, gęsto i mocno. Chińska łamigłówka chłopaków z Lublina zaczyna się intrem „Of Ink”, które swoją strukturą bardzo przypomina mroczne zagrywki w stylu zespołu Get Scared, które świetnie nadają się do budowania tajemniczego klimatu i przemycenia odrobiny mroku. Chwilę później uderza nas R… a nie, przepraszam – to wciąż Phedora. „One Breath Away” kojarzy się tak silnie z twórczością Czerwonych z Nashville, że z powodzeniem mogłoby znaleźć się na jednym z ich albumów. Z jednej strony bardzo fajnie, ale… Smyczki w tle, chwilowe przełamania taktów, ciężkie riffy i rzewne chórki w tle – wszystko to już doskonale znamy. Przyjemnie się słucha tych dźwięków, podobnie jak kolejnych „Meet Me in the Limbo” oraz „Something to Lose”. Chciałabym się jednak zatrzymać przy kolejnym numerze – „Embers”. Okazuje się bowiem, że w inwencji tej kapeli swoje ziarenko zasiał również Linkin Park. O ile naprawdę podoba mi się wokal Łukasza Kaźmierczaka, o tyle element rapu w tym utworze to kompletna klapa, z racji tego, że brzmi dość siłowo i nienaturalnie. Poza tym, chwyt koncertowy, który został umieszczony w tym utworze rozbawił mnie bardziej niż wynik niedzielnych wyborów. Każdy zespół pragnie fajnej interakcji z publicznością, ale z reguły dobre kawałki porywają ludzi bez takich albumowych (!) zagrywek, jak pozostawienie stopy i klaskania w tle wraz z powielonymi wokalami refrenu. Zrozumiałym byłoby raczej dorzucenie tego do struktury koncertowej utworu. W studyjnej wersji to jednak nie trafia i niepotrzebnie rozbija kompozycję.

Z całego albumu na wyróżnienie zdecydowanie zasługuje najdłuższy utwór – „Sccubus”. W tych brzmieniach faktycznie można doświadczyć wielkiego potencjału twórczego Phedory oraz ich muzycznej wyobraźni. Doskonale zrównoważone emocje i napięcie wpompowywane w słuchacza daje ten specyficzny dreszczyk niepokoju, zanurzenia w melodię i popłynięcia wraz z partiami gitarzystów Bazelana i Jeziora. W układzie trzynastu pomieszczeń „Atramentowego Domu” pojawiły się także lekko zawieszone i bardziej wyciszone kompozycje. „Nevergreen” ze swoim uspokojeniem, świetnie dokomponowaną, płynącą solówką i późniejszym silnym, i jednocześnie pełnym oddechu wybuchem jest tym, co najbardziej otula i przenika emocje słuchacza. Podobnie mamy w „All is Mine”, które utwierdza nas w tym, że Kaźmierczak nie boi się swojego wokalu i doskonale go zna. Zamykający budowę „It Was Just a Dream” zakrawa wręcz na balladę rodem z wczesnych płyt Poets of the Fall. Gitara akustyczna, nostalgiczny wokal i rozmyta partia gitary elektrycznej wprowadzają w miękki stan drżenia. Temu utworowi towarzyszy nieodparte wrażenie czegoś nieosiągalnego – to, co miało być istotne, rozmyło się w onirycznej mgle.

„The House of Ink”, czyli chińska łamigłówka Phedory została rozwiązana bardzo dobrze i na pewno po ich myśli. Cieszy świadomość, że mamy w Polsce tak zdecydowanie grające młode zespoły, które stają się silną alternatywą dla fanów takich gigantów jak Breaking Benjamin czy Bring Me The Horizon. Jednak ciśnie mi się na klawiaturę, że jeżeli Lublinianie będą intensywnie szukać w tej mieszance ikon swojego indywidualnego brzmienia, los może ich rzucić na światowe sceny. I żywię nadzieję, że tak się stanie, bo już zbyt wiele potencjału zmarnowano w naszym pięknym kraju. Jakąkolwiek obierzesz perspektywę, obok „Atramentowego Domu” nie przejdziesz obojętnie.

3.9/5

Aleksandra Tychmanowicz

YouTube Preview Image

Wykładnia:  
  1.  podstawka pod piwo
  2.  perła przed wieprzem
  3. placebo
  4. blisko
  5. bardzo
 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Recenzja: Phedora – The House of Ink została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.