Recenzja: Red – Release the Panic

15.02.2013

Miasto Nashville w amerykańskim stanie Tennessee to nie tylko stolica muzyki, której większość fanów posiada wąsy, żuje tabakę i ma bardzo częsty kontakt z kierownicą. To również miejsce narodzin takich brylantów muzycznych jak Hammock czy Kings of Leon, a także rodzinna miejscowość bohaterów niniejszego artykułu, czyli zespołu Red. Formacja  powstała w 2004 roku z inicjatywy wokalisty Michaela Barnesa i z założenia miała reprezentować chrześcijański odłam rocka. Jak dotychczas kwartet z powodzeniem wdraża swoją misję, która jest doceniania nie tylko przez fanów, ale i „branżę” o czym świadczy fakt, że dwa pierwsze krążki („End of Silence” z 2006 oraz „Innocence & Instinct” – 2009) otrzymały nominacje Grammy w kategorii Best Gospel Rock Album.

Najnowszy album zespołu – „Release the Panic” ukazał się 5 lutego 2013 roku i muszę przyznać, że przy pierwszym  kontakcie z rzeczoną płytą runęły moje dotychczas przyjemne wyobrażenia nt. chrześcijańskiego nurtu rocka. Po pierwszym przesłuchaniu czułam się, jakbym przez cały dzień ascetycznie biła głową w ołtarz… Na szczęście zgodnie z przyjętymi kanonami, im głębiej w sacrum, tym jaśniej, tak że po kilku godzinach spędzonych z najnowszą produkcją formacji, było mi coraz milej, cieplej, a mój umysł znajdował się coraz bliżej nieboskłonu. Wydanie płyty, z którym miałam okazję się zapoznać, to Deluxe Edition i całość materiału  zaprezentowanego w tej opcji albumu wg mnie można podzielić na trzy grupy tematyczne.

Pierwsza z  nich jest wręcz metalowa. Krążek zaczyna się mocnym uderzeniem, krzykiem, bezpardonowym rzuceniem dźwięków słuchaczowi w twarz. Muzyczny atak trwa przez pierwsze pięć utworów, z których na szczególną uwagę zasługuje nie tylko utwór tytułowy, lecz także singiel promujący – „Perfect Life”. Zawartość drugiej części płyty to w zasadzie „stara, ale jara” czerwień, albowiem tutaj mamy do czynienia z Red’em w swojej sztandarowej formie. Tę część albumu otwiera „Hold Me Now” z poruszającym, subtelnym wokalem i dramatycznym tekstem. Do tego utworu został również nakręcony momentami przewidywalny, ale ogólnie dobry teledysk. Pozostałe kompozycje, takie jak „Glass House”, „So Far Away”, czy „The Moment We Come Alive” są idealnie dopasowane do wypracowanych już czerwonych ram, w stylu „Not Alone”, „Hide” i „Fight Inside”.

Ostania część „Release the Panic” to zdecydowanie największa i moim zdaniem nie do końca miła niespodzianka. Remixy sztandarowych utworów zespołu („Hymn For The Missing”, „Death Of Me”, „Breathe Into Me”) w stylu electro-dubstepowym są dobrze zrobione i nie kaleczą nadto oryginałów, ale w kontekście całego albumu dają wrażenie niepotrzebnych „zapchajdziur” i po prostu tu nie pasują. W tym miejscu chłopcy z Nashville przekroczyli granicę naturalności i zachwiali wewnętrzną spójność „Release the Panic”.

Jednakże całościowo oceniam ten album jako dobry. Może nie powala na kolana, ale to wciąż kawał porządnej muzyki, co nie jest tak oczywiste w przypadku zespołów prezentujących na każdym albumie ten sam styl. Na aplauz zasługuje postęp w sztuce wokalnej, jaki poczynił Michael Barnes. Szeroki zakres rejestrów wokalnych połączony z elementami growlingu naprawdę nadały ciekawy charakter tej płycie, podobnie jak wkomponowana w całość elektronika. Cieszy fakt, że Red, pomimo utrzymywania stałego charakteru swojej muzyki, nie wpada jednak w stagnację. Myślę, że dla wszystkich tych, którzy jeszcze nie znają tego zespołu, pojawienie się „Release the Panic” jest dobrym momentem, być dać Czerwonym zielone światło.

Aleksandra Tychmanowicz

Red – Hold Me Now

YouTube Preview Image

Wykładnia:
1.  podstawka pod piwo
2.  perła przed wieprzem
3. placebo
4. blisko
5. bardzo
 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Recenzja: Red – Release the Panic została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.