Recenzja: Riverside – Love, Fear and The Time Machine

08.02.2016

Riverside. Przez wiele lat była to dla mnie nazwa znana, ale całkowicie mglista. Niezbyt interesowały mnie dokonania tej formacji, choć wiele osób z mojego otoczenia niemal podskakiwało z ekscytacji przy choćby krótkiej wzmiance o zespole Mariusza Dudy. Ja nie. I szczerze mówiąc nie wiem z jakiego powodu nigdy nie znalazłam w sobie chęci do przeprawy przez ich muzyczny dorobek. Być może rzeczywiście na wszystko przychodzi odpowiedni czas, rodzi się ciekawość i wrażliwość, czekające na przyjęcie konkretnego ładunku. W przypadku mojego przyjęcia Riverside, okazało się, że owy ładunek posiada nie lada wartość, którą podpowiadał już sam tytuł najnowszej płyty zespołu – „Love, Fear and The Time Machine”.

Recenzja - Riverside - Love, Fear and the Time Machine

Przyznam, że gdy na początku czerwca 2015 roku wytwórnia InsideOut Music wypuściła „Discard Your Fear”, singiel promujący album, górowały we mnie bardzo umiarkowane nastroje. Jednak po dawce trzech teaserów, które ukazały się na przestrzeni wakacyjnych miesięcy, atmosfera oczekiwania na nowość od Riverside zdecydowanie zgęstniała i ogrzała się.

Premiera albumu miała miejsce 4 września wraz ze świetnie zrealizowanym teledyskiem do ostatniego utworu z płyty – „Found (The Unexpected Flaw of Searching)”. Jak pisali pod tym klipem internauci: „To jest atak na absolutny szczyt”. Odkąd przeczytałam ten komentarz, nie mogę opędzić się od tych słów. Już od pierwszych dźwięków „Lost (Why Should I Be Frightened By a Hat?)” odnosi się wrażenie wsiąkania w zupełnie inny stan ducha – ulotność, miękkość, oddech. Kompozycje, jak na standardy progresywnego grania stosunkowo krótkie (od 3 do 8 minut), odznaczają się doskonałymi harmoniami i rozbudowaną strukturą. Choć płyta w całości napisana została przez lidera formacji, pozostali członkowie zespołu naprawdę mieli pole do muzycznego popisu. Melodyczne i przyjemne, acz skomplikowane riffy gitarowe Piotra Grudzińskiego, momentami lekko połamane bity perkusyjne Piotra Kozieradzkiego i z wielkim wyczuciem dograne partie klawisza Michała Łapaja potęgują odbiór tego kwartetu jako swoistej progresywnej orkiestry – nie wspominając już o porywających pochodach basowych Mariusza Dudy. Takie numery jak „Under The Pillow”, „Saturate Me”, „Towards The Blue Horizon” czy – mój bezapelacyjny faworyt – „Caterpillar and The Barbed Wire” są niemal kosmicznie przestrzenne i pełne koloru. Warto też wspomnieć, że do albumu dołączone zostało bonusowe CD o tytule „Day Session” z instrumentalnymi, ambientowymi kompozycjami tworzonymi już przez wszystkich członków formacji. W zamyśle kontrastuje ono z wydawnictwem „Night Session”, które towarzyszyło albumowi „Shrine Of New Generation Slaves” (2013).

„Love, Fear and The Time Machine” charakteryzuje się dość delikatnymi, można by wręcz powiedzieć lekko wyciszonymi i bardziej płynącymi po dźwiękach liniami wokalu, niż choćby na płycie „Anno Domini High Definition”, gdzie Duda wgryzał się łapczywie w utwory, dodając im mocy. Przez ową delikatność, śpiew Mariusza przywołuje do mojej głowy Stevena Wilsona. Jednak nie na zasadzie porównania – raczej ciepłego poczucia dumy, które do tej pory towarzyszyło mi chyba tylko w odniesieniu do dorobku Chopina. Odczucie to mówi mi, że Riverside faktycznie zaatakowało sam szczyt i co najciekawsze – doskonale wkomponowali się w krajobraz tego szczytu, po raz kolejny udowadniając, że „Polak potrafi”.

Z niejakim żalem spoglądam na swoje wcześniejsze lata bez znajomości zawartości dyskografii Riverside, jednocześnie z jeszcze większą przyjemnością i uczuciem świeżości zanurzając się w brzmienia „Love, Fear and The Time Machine”. Jest to album, który nie tylko trafnie krytykuje skrzywienia współczesnego świata („#Addicted”) i wypuszcza z siebie tęsknotę za dawnymi czasami („Time Travelers”). To przede wszystkim wypełnione emocjami i spokojem wydawnictwo, w którym każdy odnajdzie własną historię, ból, ukojenie i radość.

Niezależnie od obfitości i różnorodności wypuszczonych w 2015 roku albumów, pastelowe brzmienia Riverside zebrały u mnie wszelkie możliwe trofea.

5/5

Aleksandra Tychmanowicz

YouTube Preview Image

Wykładnia:  
  1.  podstawka pod piwo
  2.  perła przed wieprzem
  3. placebo
  4. blisko
  5. bardzo

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Recenzja: Riverside – Love, Fear and The Time Machine została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.