Recenzja: Servants of Silence – Two Billions Seconds

24.06.2013

Nasza poprzednia recenzja rozpoczynała się od kwestii nazwy zespołu i siadając do napisania tego artykułu wiedziałem, że ten temat pojawi się również i w tym tekście. Nie tylko dlatego, że zespoły z nurtu tzw. post-rocka są znane z „oryginalnego” nazewnictwa, zarówno nazw zespołów, jak i tytułów albumów czy piosenek. To naprawdę temat-rzeka, do której w tej recenzji nie będę wchodził, ale napomknę może tylko, że owe „charakterystyczne” nazewnictwo można spotkać np. w twórczości zespołu Najwolniejszy Biegacz (Na Całym Świecie), który swego czasu stworzył opus magnum o tytule „Morze Faluje A Ona Beczy i Jęczy Jak Kozioł W Upale”. Inwencja członków recenzowanego dziś zespołu nie poszła aż tak daleko i muszę przyznać, że Servants of Silence (Służący Ciszy) jest nazwą, która raczej zachęca do posłuchania ich muzyki niż odwrotnie. Ale dobra, koniec tych onomastycznych dywagacji, przejdźmy do muzyki.

SoS to pochodząca z Puław grupa pięciu młodych muzyków, a „Two Billion Seconds” to wydany niedawno pełnometrażowy debiut zespołu. Nie jest to jednak ich pierwsze wydawnictwo. W roku 2012 ukazała się EPka „Weightless Thoughts”, która  dostarczyła wielce obiecującą porcję klimatycznego, instrumentalnego rocka. Od czasu zapoznania się z tą pozycją śledziłem dalsze poczynania zespołu, również koncertowe (relacja), tak więc z dreszczykiem pobudzanego oczekiwania wypatrywałem pełnometrażowego materiału formacji. Co zespół dostarcza słuchaczowi na przestrzeni dwóch miliardów sekund?

Przede wszystkim profesjonalnie nagrane kompozycje wypełnione dużą ilością ładnych melodii. Płyta składa się zarówno z kompozycji premierowych, jak i tych z EPki ponownie nagranych na potrzeby płyty. I to jest pewne zaskoczenie, że piosenek z mini-albumu na złożonej z 7 utworów płycie jest aż 3. Wychodzi więc na to, że zespół nagrał kolejną, 4-utworową EPkę… To pierwsze zaskoczenie na lekki minus, a niestety jest ich trochę więcej. Co jeszcze? Coś, co już wcześniej rzucało mi się w uszy na koncertach, ale czekałem na ostateczne potwierdzenie lub zaprzeczenie tego odczucia na płycie. Klawisze. A dokładnie jak dla mnie ich zbyt syntetyczne, zbyt sztuczne brzmienie. Słychać to już w pierwszych dźwiękach otwierającego płytę „Augustin’s Helicopter”. Wyczuwam kierunek nastroju, który chciał osiągnąć zespół czy konkretnie klawiszowiec w otwarciu albumu i jest to dobry kierunek, ale użyte środki niestety w pełni nie oddają nastroju przestrzennej głębi, która mogłaby się dosadniej wpłynąć na początku płyty i w kilku innych miejscach. To wybrane, najbardziej rzucające się w ucho pojedyncze pasmo, które zaskoczyło na minus. A na poziomie całości? Ogólnie kompozycje. Ich muzyczna treść i techniczna struktura.  Tak, są urokliwe, ale nie porywające, nie do końca wciągające, tak jak piosenki z EPki. Są w muzyce piosenki, które trwają 10 a nawet i więcej minut, ale poprzez ich treść i konstrukcję tego nie czuć, a na debiucie SOS utwory czasami za długo się ciągną (Oriens, Augustin’s Helicopter). Za mało jest również takich iskier jak „Everything Is Incredible”, najlepszym utworze z „nowych”, choć symptomatyczne jest to, że za muzycznie najbardziej wartościowe wciąż postrzegam numery zaczerpnięte z EPki z niezmiennie absolutnie fantastycznym „Energy from the sunlight”.

Nie jest to płyta zła, ale takie jej podsumowanie bardziej podkreśla brak nadmiaru elementów negatywnych, niż wyszczególnienie obecności elementów pozytywnych. Słuchając „Two Billion Seconds”, miałem poczucie, że muzyka na tym krążku jest trochę jak pocałunek przez zafoliowane usta. Kiedy jesteś blisko, czujesz zapach, w zasadzie już dotykasz, ale jednak nie docierasz do końca, nie dotykasz tego w pełni. Tej płycie brakuje pasma głębi, która pozwoliłoby zanurzyć się całkowicie. To było obecne na „Weightless Thoughts”, ale gdzieś się rozmyło na „Two Billion Seconds”. Pomimo słabszego albumu od EPki nie tracę wiary w Służących Ciszy i wciąż uważam ich za jedną z najbardziej obiecujących formacji post-rockowych w Polsce. Będziemy śledzić, gdzie na ścieżkach swojej muzycznej podróży podążą na kolejnych krążkach.

Ocena: 3.5/5

Krzysztof Bienkiewicz

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
  1. kto?

    10.01.2014 o godz. 23:44

    „goat in heat” to koza w rui, nie w upale ^_^

     
 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.