Recenzja: Sevendust – Black out the sun

15.04.2013

Morgan Rose, perkusista Sevendust, podczas wywiadu, który przeprowadziłem z nim przy okazji ostatniej (i jak na razie jedynej) wizyty w Polsce, powiedział, że następna płyta zespołu będzie jeszcze lepsza niż bardzo zacna poprzedniczka „Cold New Day”. W trakcie naszej rozmowy użył nawet określenia, że „będzie jeszcze mocniejsza”. Dlatego też kiedy została opublikowana data premiery najnowszego dzieła kwintetu z Atlanty o dosyć wymownym tytule „Black out the sun”, zaopatrzyłem się w kilka kilo świec i oczekiwałem zapowiedzianego nadejścia mocnej nocy.

Pomijając akustyczno-elektroniczne intro, album rzeczywiście rozpoczyna się od silnego uderzenia, gdyż wirujący riff otwierający „Faithless” i momentalnie następujący po nim bezpardonowy kopniak soczystej sekcji rytmicznej od razu wciągają w muzyczny świat Sevendust. Dźwiękowa kraina tej formacji jest w dużej mierze oparta na gęstych i energetycznych riffach, ale tak naprawdę królestwem Sevendust niepodzielnie rządzi tylko jedna królowa – melodia. Ten zespół ma moc, ma kopa, zdarza mu się nawet dzikość (na tej płycie np. w „Till death”), ale głównym wyznacznikiem charakteru amerykańskiego kwintetu jest melodia, zawarta nie tylko w gitarach, ale przede wszystkim w partiach wokalnych Lajona Witherspoona. Pod względem opisanych powyżej elementów absolutną perłą na najnowszym albumie jest utwór „Nobody Wants It”. Numer zaczyna się kąsając zakręconym riffem i łamaną rytmiką, która prostuje się na moment w zwrotce, by przez powrót do łamańców przejść do skonstruowanego z dwóch elementów refrenu, w którym wybucha esencją tego utworu i w zasadzie całego stylu zespołu. Najpierw jest na pół deklamowana linia wokalna formująca jakby przedsionek, w którym wciągający rytm stopniowo podbija ekscytację, ale to dopiero w następującej po nim głównej część refrenu jest się na całego porwanym przez absolutnie wyjątkową melodykę gitar i głosu wokalisty. Bez dwóch zdań, najlepszy utwór na płycie. Niebanalna konstrukcja, agresywne gitary i te urocze pasma, tak tak, przebojowości. Pozostałe numery również nie odbiegają poziomem, choć oferują nie aż tak oryginalne aranżacje oraz dźwięki, co nie oznacza, że są słabe. „Dead Roses” wciągają energią pędzącego tempa utworu, wspomnianym na początku „Faithless” z agresywnym impetem przyjemnie napiera na słuchacza, a riffowa przestrzeń „Cold As War” i chwytliwy refren sprawiają, że numer ten ma duże szanse, by stać się stałym punktem koncertów zespołu.

„Black out the sun” to dobry, mocny, przebojowy, świeży, świetnie brzmiący album zespołu, który ma swój styl i nie za bardzo musi się do czegokolwiek naginać. Dobrze, że wciąż grają i fajnie, że wciąż robią to tak dobrze. Mam nadzieję, że w ramach promocji tej płyty przyjadą do Polski. Wtedy wszystko to, co tu napisałem o mocy i kopie podniesie się do kwadratu i uzbroi w silniki rakietowe, gdyż Sevendust na żywo jest prawdziwą kulą mocy, która na te kilkadziesiąt minut występu naprawdę przygasza Słońce. Kto był, to wie, a kto nie, to niech się dowie co się działo w czerwcu 2011 roku w Warszawie (relacja).

Ocena: 4.3 / 5

Krzysztof Bienkiewicz

Sevendust – Decay

YouTube Preview Image

 

Wykładnia:
1.  podstawka pod piwo
2.  perła przed wieprzem
3. placebo
4. blisko
5. bardzo
 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
  1. Aleks

    15.04.2013 o godz. 18:00

    No no no, Sevendust przekonał mnie. Szczególnie ‚Dead Roses’ – klasa utwór. Mój faworyt.

     
 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.