Recenzja: Soen – Tellurian

21.09.2015

Kiedy dwa lata temu pisałam recenzję debiutanckiego albumu Soen „Cognitive”, usilnie podkreślałam, że w zetknięciu z tym zespołem należy przełączyć swój „tryb czucia z fizycznego na zmysłowy, gdyż „dźwięki stworzone przez Soen pociągają duchowo”. W tej kwestii nic się nie zmieniło. Powrót grupy Martina Lopeza (ex – Opeth) z nowym, jeszcze bardziej oszałamiającym i unoszącym poza rzeczywistość wydawnictwem, długo nie pozwoli fanom progresji spokojnie zmrużyć oka.

Recenzja - Soen - Tellurian

Pierwsze dźwięki „Tellurian” to będące intrem „Komenco”. Intrygujące, lekko niepokojące, bębnowe preludium, któro płynnie przechodzi w mocno uderzające „Tabula Rasa”. Utwór ten, łączący w sobie dziką energię z lirycznością oraz potężne partie sekcji rytmicznej z wyciszeniem, nie przez przypadek był singlem promującym album. Można wręcz powiedzieć, że jest on nośnikiem esencji tego krążka, ponieważ niemal w każdym utworze – począwszy od „Kuraman”, a skończywszy na zamykającym „The Other’s Fall”, znajdziemy to, co najlepsze, najżywsze i najbardziej pociągające w progresji – skomplikowane, przejmujące kompozycje z wspaniale wyeksponowaną melodyką.

Chyba największą zaletą Soen jest umiejętność sprawiania, że nawet najbardziej brutalne riffy i przygniatające motywy perkusyjne stają się lekkie w odbiorze. Wchłaniają słuchacza, pozwalają na przymknięcie powiek oraz zanurzenie się w tych historiach i emocjach, jednocześnie wciąż od nowa wzbudzając ekscytujące napięcie tuż pod powierzchnią skóry. Idealnymi przykładami będą takie kawałki jak „Pluton”, „Ennui”, czy „Void”, które swoją strukturą i energią zarówno szarpią, jak i miękko otulają.

Podczas podróży przez Tellurian muzyczna adrenalina nie spada nawet przy tak stonowanych kompozycjach jak „The Words”, do którego powstał naprawdę klimatyczny teledysk. To co wyczyniają na swoich instrumentach muzycy z Soen jest czymś wręcz niepojmowalnym. Wytwarzają oni bowiem taką przestrzeń oraz moc brzmień, że zespół ten w odbiorze staje się niemal całą progresywną orkiestrą.

Ten album to kompletnie inna kompozycyjno – muzyczna pewność, czucie i rozmach. O ile na Cognitive jeszcze bardzo wyraźnie słychać wpływy Toola, o tyle „Tellurian” to już czysto „soenowski” styl. Coś odrębnego, bardzo ambitnego i przenikającego wysublimowanymi melodiami. Oczywiście charakterystyczna dla Maynarda barwa wokalu Joela Ekelöfa wciąż będzie przywoływała takie płyty jak „10 000 Days”, czy „Ænima”, jednak przy kompozycjach, jakie zaprezentował ten międzynarodowy kwartet na „Tellurian” to kompletnie traci na znaczeniu i chyba już nikt na poważnie nie myśli o Soen jako naśladowcy. Szczególnie po tak silnym i po prostu piekielnie dobrym albumie.

7 października we wrocławskim Klubie Firlej Soen kolejny raz spotka się z polską publicznością, która liczy na supernową doznań – czysty ogień i wyzwolenie najgłębszych pokładów energii. Przeczucie, że kawałki z „Tellurian” zabrzmią tam z niesamowicie zwielokrotnioną mocą jest wręcz nieodparte, tak więc bezapelacyjnie nie może tam zabraknąć żadnego fana progresywnego grania.

5/5

Aleksandra Tychmanowicz

YouTube Preview Image
Wykładnia:  
  1.  podstawka pod piwo
  2.  perła przed wieprzem
  3. placebo
  4. blisko
  5. bardzo
 
 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Recenzja: Soen – Tellurian została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.