Recenzja: Tides From Nebula – Eartshine

04.06.2011


Muzycy warszawskiego Tides From Nebula w klipie promocyjnym swojej najnowszej płyty „Earthsine” mówią m.in. o tym, że zaczęli razem tworzyć, ponieważ mieli wewnętrzny głód przestrzennego grania i pierwsza płyta „Aura“ była udanym wyznacznikiem takiego stylu. W momencie wydawania drugiej płyty, która często potwierdza lub przekreśla nakreślony na debiucie charakter zespołu, można więc zapytać czy udało im się to osiągnąć, skoro drugie wydawnictwo zespołu charakteryzuje się głównie przepływem? Odpowiedź brzmi tak, ponieważ na „Eartshine” płynie przede wszystkim właśnie przestrzeń. Słychać ją od samego początku, już gdy w otwierającym płytę „These Days, Glory Days” ciszę rozsuwają delikatne klawisze i szeroki, epicki tumult narastającej perkusji. Cała płyta jest spójna w przepływie głębi przeplatanej powiewami lekkości. Nawet zmiany tempa w obrębie piosenek nie zakłócają tego odczucia, a wręcz potwierdzają jego ciągłość, gdyż przejścia są skonstruowane w taki sposób, że tak naprawdę nie wiadomo, czy to druga część tego samej kompozycji czy może już rozpoczęcie kolejnej. To daje odczucie przyjemnego, spójnego nurtu, który w wybranych utworach ma różne formy realizacji, jak np. przelanie sie energicznego początku w spokój i delikatne drżenie w „The Fall of Leviathan” (te urzekające delay’owe „motylki” pod koniec czwartej minuty..). Następujące po nim „Waiting For The World To Turn”, a później jeszcze „Hypothermia” to wydechy bez podkładu rytmicznego, które swoim spokojem przyjemnie wlewają się i łączą ze strumieniem płynących dźwięków. W takim klimacie zaczyna sie też świetny „Caravans”. Bardzo powoli rozwija się trzyminutowym intrem idealnie wprowadzając w ciepły powiew rozgrzanego piasku, który wpływa w momencie wejścia instrumentów. Po rozgrzaniu pustynią powinno powiać mocnym chłodem, ale jeśli „Sybiera” wygląda tak, jak czuć ten utwór, to ja pakuję się jeszcze dziś. Narastające, transowe zanurzenie. A na koniec esencja oddechu na „Cmenatrzu Zamarzniętych Okrętów”, przy którego dźwiękach przychodzi mi na myśl tylko jedno skojarzenie – Jakob. To odwołanie do nowozelandzkich mistrzów muzyki spokojnie płynącej przestrzeni absolutnie nie jest zarzutem naśladownictwa. Wręcz przeciwnie – piszę o tym z radością. Cieszę się, że i w Polsce ktoś czuje taką głębię (*) i potrafi to oddać w dźwiękach. A dźwięki te potrafią odkształcać rzeczywistość. W jaki sposób? Muzyka TFN może się wydawać idealna do słuchania jesienią, do zanurzania w melancholijne, deszczowe nastroje. Nie tylko. Mamy już na progu lato, więc spróbujcie kiedyś w słoneczny dzień wyjść z domu z tą płytą w słuchawkach. Ludzie, pojazdy, widoki, kształty, ruchy – wszystko wokół wtedy tak fajnie zwalnia.

Earthsine” została wyprodukowana przez Zbigniewa Preisnera, który przybrał muzykę zespołu w brzmienie najwyższej jakości. Czyste, selektywne dźwięki gitar, ciepły, nisko płynący bas – całość analogowa i organiczna bardzo pasuje do przestrzennych kalejdoskopów TFN. Jedyne lekkie niedociągnięcie to momentami brzmienie perkusji. Rozumiem potencjalny zamiar nie wysuwania za bardzo na pierwszy plan głównego nośnika rytmu – przy tego typu muzyce mogłoby to zagłuszyć całe wyrafinowanie partii strunowych, ale w niektórych fragmentach, szczególnie z partiami mocniejszych, głośniejszych gitar jak np. w „White gardens” czy „Caravans” perkusja jest jednak za bardzo ściągnięta, zbyt płaska, brzmi trochę zbyt „tekturowo”. Na szczęście to tylko pojedyncze momenty, które nie przysłaniają bardzo dobrej całości.

W dyskografiach zespołów są płyty, które można odnosić do wcześniejszych i próbować oceniać, czy dane wydawnictwo jest lepsze lub gorsze od poprzedniego. „Earthsine” nie należy do tej kategorii i nie powinno się jej porównywać z, nomen omen, znakomitym debiutem „Aura”. „Earthishine” jest po prostu inna. I najważniejsze, że tak jak „Aura” – poruszająca. Pojawiają się już opinie, że Tides From Nebula to kolejny, po np. Riverside „eksportowy” zespół z Polski. Eksportowa może być „Łomża” w zielonej butelce. Warto posłuchać muzyki TFN nie przez to, co członkowie zespołu mają wydrukowane na okładce paszportów. Warto kupić i posłuchać tę płytę, ponieważ jest to bardzo wartościowa i emocjonalna muzyka, której przestrzeń poruszająco przenika do wnętrza. A że stworzona przez polskie dusze – cenny dodatek, dłużej namawiać nie muszę.

(*) By usłyszeć piękno rzeczonej głębi polecam utwór Jakob pt. „Saint” z płyty „Solace”. Absolut..

Autor: Krzysztof Bienkiewicz

Ocena: 5/5

Tides From Nebula – The Fall Of Leviathan

 

Zespół Tides From Nebula
Kraj Polska
Płyta Earthshine
Rok wydania 2011
Producent Zbigniew Preisner
Wytwórnia Mystic Production
Lista utworów 1. These Days, Glory Days
2. The Fall of Leviathan
3. Waiting For The World To Turn
4. Caravans
5. White Gardens
6. Hypothermia
7. Siberia
8. Cemetery Of Frozen Ships

Media:

 

www

 

official tube

 

space

 

twitter

 

face

 

 

Wykładnia:


1.  podstawka pod piwo
2.  perła przed wieprzem
3. placebo
4. blisko
5. bardzo
 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Recenzja: Tides From Nebula – Eartshine została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.