Recenzja: Tides From Nebula – Eternal Movement

07.10.2013

Myślę, że od czasu do czasu każdemu miłośnikowi muzyki może się to zdarzyć. Jeden z twoich ulubionych zespołów wydaje płytę, która zawiera muzykę zupełnie lub mocno odrębną od dotychczasowej twórczości. Pojawia się inne brzmienie, kompozycje, klimat, emocje. Co robić? Jak słuchać? Jak to przyjąć?

Fani instrumentalnej twórczości warszawskiego kwartetu Tides From Nebula mogą się poczuć wystawiani na taką próbę, gdyż trzeci album tej grupy – „Eternal Movement” zawiera kompozycje wyraźnie odbiegające od zawartości poprzednich płyt formacji. Podczas gdy „Aura” i „Earthshine” czarowały post-rockowym zamyśleniem przeplatanym z wybuchami porywającej energii, najnowsza płyta zespołu przenosi słuchacza w zupełnie inne rejony muzycznej krainy „mgławic”. Głębia zamyślenia przesunęła się w intensywność kolorów, rozkwit lekkości, a dla niektórych może wręcz, o zgrozo, ekspresję radości. Potencjalnie skonfundowany słuchacz może zadać sobie pytanie z poprzedniego akapitu – co zrobić z tak znacząca zmianą stylu zespołu? To dosyć proste, zarówno w przypadku TFN, jak i każdego innego zespołu. Przyjąć ją z otwartością i nastawieniem na muzykę, a nie nazwę lub własne oczekiwania oparte o to, co było do tej pory. Jakie więc jest nowe oblicze TFN i czy naprawdę aż tak odmienne? Jest z pewnością inaczej, ale niektóre elementy ich stylu, jak charakterystyczna przestrzeń kompozycji wciąż są wyraźnie obecne. Nowe utwory emitują bardziej pozytywną i kolorową paletę emocji, ale przesuwając się w stronę radości, kompozycje zespołu nie straciły swojej finezyjności. Poprzez jaśniejszy odcień dźwięków warstwa muzyczna może wydawać się mniej złożona, ale przyjemne nie zawsze oznacza proste. Wystarczy wsłuchać się w interakcję gitar w takich utworach jak „Laughter of Gods” i „Only With Presence”, aranżacje elektroniki w „Satori” lub „Now Run” czy linie basu w zasadzie w każdym utworze. I to jest największa zaleta „Eternal Movement”. Nadając swoim utworom bardziej radosny, chwytliwy, wręcz przebojowy charakter, zespół potrafił utrzymać ich muzyczną wartość, zachować balans między przebojowością a banałem Zdarzają się pojedyncze fragmenty, w których jest mało polotu czy niepotrzebne przedłużenia, ale odwołując się do okładki płyty, są to tylko niewielkie rysy nie obniżające znacząco wartości tego muzycznego klejnotu.

No i przede wszystkim na tym albumie jest to, co w muzyce najważniejsze – emocje. Ta płyta jest po prostu pełna urzekających emocji. Frywolna, wręcz dziecięca radość „Satori”, urok rytmicznej lekkości w „Up From Eden”, ciepło miękkiego zamyślenia oplatającego podczas „Now Run”. No i to szybsze bicie serca przy pierwszych dźwiękach gitary rozpoczynającej „Let if Out, Let it Flow, Let it Fly”, kiedy masz świadomość, że właśnie zaczyna się coś wyjątkowego.

Kiedy w słoneczny dzień staniesz z przymkniętymi oczami, skierujesz twarz w stronę słońca i minimalnie rozchylisz powieki, wpadające pod nie promienie rozświetlą ci wąziutki horyzont paletą mieniących się kolorów. Poczujesz jak ogarnia cię ciepło, spokój, radość i intensywny przepływ czegoś dobrego. Tak słyszę, tak czuję, tak brzmi „Eternal Movement”.

Ocena: 4.5/5

Krzysztof Bienkiewicz

Tides From Nebula – Only With Presence

YouTube Preview Image

Wykładnia:
1.  podstawka pod piwo
2.  perła przed wieprzem
3. placebo
4. blisko
5. bardzo
 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Recenzja: Tides From Nebula – Eternal Movement została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.