Recenzja: Tides From Nebula – Safehaven

11.03.2016

Jest mi trudniej. Znamy się od kilku lat. Zrobiliśmy wspólnie parę rzeczy. Byliśmy razem na imprezach. Byliśmy razem w trasie. To nie są muzycy znanego mi zespołu. To są moi koledzy. I teraz mam ocenić ich najnowszą płytę.

Jest mi łatwiej. Byłem w studio podczas nagrywania tej płyty. Wiem, jaki chcieli uzyskać efekt. Widziałem, jak ten album nagrywali. Słyszałem, czego im brakowało na poprzednich płytach i co chcieli osiągnąć tym razem. I teraz mogę ocenić, czy im się to udało.

Ale nie chcę. Nie chcę odnosić się do wytycznych, porównywać i analizować. Nie chcę na chłodno oceniać. Chcę poczuć. Poczuć czy i jakie emocje wywołuje we mnie ta muzyka i to opisać. Postanowiłem więc się wycofać. Zrobić krok w tył i wysunąć się poza to wszystko co wiem, widziałem i słyszałem. Otworzyć na proces i przepływ. Pozbyć oczekiwań i wyobrażeń. Postanowiłem poddać się temu, co nastąpi. Obnażyć się. Tak, jakbym po raz pierwszy stanął półnagi przed bliską mi kobietą. Niepewny tego co się stanie, ale ufający w naturalną emisję uczuciowości. Czy jest, jaka jest i co ze mną zrobi?

Safehaven
Dostrzegam i przyznaję – są miejsca, które mi się nie podobają. Nie lubię, kiedy tak samo jak na poprzedniej płycie w “Hollow lights”, tak i na tej w “Traversing” zwolnienie rytmu i podwieszenie gitar chwilowo rozbija magnetyzm intensyfikującej się do tego momentu energii. Czuję pomiędzy zębami ziarnka piasku, kiedy łamany rytm perkusji w “We are the mirror” burzy jak domek z kart dotychczasową tajemnicę. Wiercę się jak w gryzącym swetrze słysząc w delikatnych miejscach partie gitar brzmiących, jakby były zagrane na bardzo twardych strunach.

To jest. Tego nie odsuwam i nie zagłuszam. Ale to są tylko punkty. I od nich ważniejsze są całe kompozycje. Przemyślane, bogate, spójne, bardzo dobrze brzmiące. I przede wszystkim niosące emocje. To zawsze było, jest i będzie najważniejsze. Emocje. Słucham tej płyty i pytam siebie: co czujesz? Poddaję się dźwiękom i obserwuję, co się ze mną dzieje. “Safehaven” dotyka moich skroni kojąco miękkim spokojem. “All the steps I’ve made” wypuszcza kłęby papierosowego dymu, kiedy w milczącym porozumieniu jedziemy zamyśleni przez otulone nocą miasto. “Knees to the earth” wkłada mi między pośladki odpaloną racę i wystrzeliwuje mnie w niebo niesamowicie energetyczną przebojowością. “The Lifter” rośnie. Wyrasta. Wypełnia. W stałej rytmice i narastającym bogactwie dźwięków fantastycznie intensyfikuje się do granicy spłyconego oddechu.

Wartość danej płyty często określa mi się przy jej pierwszych odsłuchaniach. To właśnie wtedy pojawiają się iskry, które podszeptują, że to może być dobry krążek. Pamiętam, jak po dwóch przesłuchaniach „Safehaven” wychodziłem z domu i żałowałem, że mam ten album tylko do prasowego odsłuchu i nie mogę go  zabrać ze sobą na miasto. Pamiętam, jak poszczególne numery zaczęły się rozświetlać miejscami, które stawały się moje i że na nie zacząłem czekać, jak np. na wyłaniające się z ciszy i docierające do najgłębszych zakamarków duszy pasmo dźwięków pod koniec „Color of glow”. I nie zapomnę również, jak po raz pierwszy poleciał z głośników “Traversing”. Kiedy usłyszałem otwierającą go linię basu, poczułem przyjemne uderzenie w podbrzusze i w niekontrolowany sposób szepnąłem do siebie: „O ja pierdolę…”.

Ta płyta przenika. Ta płyta nasącza emocjami. Powoli i z każdym odsłuchaniem coraz dalej wnika w głąb uczuciowości, jak dotyk i zapach drugiego ciała, w które często się wtulasz. Boisz się intensywnych uczuć? Niepotrzebnie. Tu jest bezpieczna przystań.

5/5

Krzysztof Bienkiewicz

YouTube Preview Image

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Recenzja: Tides From Nebula – Safehaven została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.