Recenzja: Dead Letter Circus – Aesthesis

11.11.2015

Mam koszmarny problem z tym albumem. Nie czekałam na niego. Jego zapowiedzi nie dotykały mnie, wręcz je ignorowałam. Jednak gdy światło dzienne ujrzał klip do „While You Wait”, mający za zadanie promować „Aesthesis”, nie mogłam pozostać obojętna na trzeci krążek australijskiego kwartetu. Po przeplatanym energią i wyciszeniem debiucie „This is Warning” oraz przyciskającym intensywnością drugim albumie „The Catalyst Fire” obstawiałam, że ten świeżak z Antypodów będzie konkretnym muzycznym uderzeniem. Czymś, co na nowo rozbuja światowe sceny i porwie tysiące melomanów do wspólnej zabawy.

Recenzja Dead Letter Circus Aesthesis

Tym bardziej, że wszystko na to wskazywało. W „While You Wait” są chwytliwe partie rytmiczne, płynące gitary, wokal, do którego słuchacze zdążyli się już przywiązać. Ale to był tylko singiel. Promo. Jeden utwór wypuszczony na miesiąc przed premierą całej płyty. A kiedy album w końcu się ukazał w całości, uderzenie faktycznie nastąpiło, ale niestety w formie gniotącego głazu dezorientacji. Ze smutkiem stwierdziłam, że wszystkie fajerwerki przygotowane na okazję spotkania z „Aesthesis” zamokły, a panowie od fanfar dostali zapalenia płuc. Zostałam sama z dźwiękami i obrazem teledysku „While You Wait” i czułam się naprawdę zagubiona.

Teoretycznie wszystko jest na miejscu. Otwierający album „In Plain Sight”, podobnie zresztą jak „The Burning Number”, „Silence”, „YANA”, „The Lie We Live”, „Show Me”, czy wspomniany wcześniej singiel „While You Wait” mają w sobie wszystko. Nienudzący rytm, przyjemne melodie i ładnie wyśpiewane teksty. Na czym więc polega ten mój koszmarny problem z „Aesthesis”? Otóż właśnie na tym, że jego składowe mają tak podręcznikową i spłaszczoną strukturę oraz przekaz, że mając wszystko, tak naprawdę nie mają nic. Nie przyciągają uwagi. Nie wciągają słuchacza do szalonego wagonika, który zabierze ich w podróż po odcieniach uczuć. A przecież po to jest twórczość, żeby czuć i wpadać w czuciową interakcję. Naprawdę chciałabym zapytać chłopaków z Dead Letter Circus jak można stworzyć album z pojęciem czucia samego w sobie w tytule i nie umieścić w nim niemal żadnych emocji? Przez tą obojętność, która sparaliżowała mnie przy pierwszym zetknięciu się z tym krążkiem, przez długi czas nie potrafiłam napisać o nim nawet jednego zdania. To druzgocące gdy chodzisz w słuchawkach z dźwiękami zespołu, który lubisz i szanujesz, a przeżycia wewnętrzne graniczą z doznaniami, których dostarcza ci dwudziestoletnia lista przebojów RMF FM.

Jednak żeby nie być tak do końca okropną recenzentką, muszę przyznać, że podczas „Show Me” coś zaczyna się dziać, kotłować i próbować uwolnić. Szczególnie zaś widoczne jest to w „Change The Concept”, który zrywa się z tej schematycznej, niby pełnej energii, ale jednak bardzo wyciszonej i stłamszonej smyczy, i realnie uderza. Szkoda tylko, że Australijczycy zaczęli zmieniać koncept dopiero w ostatnich trzech numerach „Aesthesis”.

Rok 2015 niedługo dobiegnie do mety. To były miesiące obfitujące w premiery wydawnictw z wszelkich gatunków muzycznych. Wypływały nowości, reaktywacje i kolejne odsłony żywych legend. Wielka szkoda, że w tej zawierusze premier św(n)ieżynka od Dead Letter Circus roztopiła się nim na dobre osiadła na ziemi.

Z uwagą przysłuchuję się ponownie końcówce tego albumu i odkładam go na półkę. Czekam. Wiem, że jest nadzieja. Nadzieja na nowym albumie.

3.2/5

Aleksandra Tychmanowicz

YouTube Preview Image

Wykładnia:  
  1.  podstawka pod piwo
  2.  perła przed wieprzem
  3. placebo
  4. blisko
  5. bardzo
 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Recenzja: Dead Letter Circus – Aesthesis została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.