Relacja – 30 Seconds To Mars

22.11.2011

30 Seconds To Mars po raz trzeci zawitali do Polski. Drużyna braci Leto w zeszłym roku najpierw porządziła na Coke Live Festival w Krakowie, następnie już samodzielnie podbiła warszawski Torwar. Tej jesieni na miejsce kolejnej zdobyczy wybrała Łódź, która odwdzięczyła się wyprzedanym koncertem i w związku z dużym zainteresowaniem, dodatkowym występem dzień wcześniej.

Była to moja pierwsza koncertowa wizyta w Atlas Arenie. Wnętrze obiektu zrobiło na mnie spore wrażenie zarówno aranżacją sceny, trybun i oświetlenia, jak i…. pustką ziejącą z samego środka płyty. Myślałem, że wynikało to z wczesnej pory wieczoru i trwającego jeszcze występu supportu, ale jak się później okazało w ciągu następnej godziny tłum wcale nie zgęstniał i więcej niż połowa płyty pozostała pusta do końca koncertu. Wyglądało to słabo, tym bardziej że ludzie na bocznych trybunach byli upchani aż pod sam dach, skąd postaci na scenie były widoczne tylko dzięki telebimom i światełkom przymocowanym do ubrań muzyków. Jedynym wytłumaczeniem takiego rozkładu sprzedaży biletów mogą być względy bezpieczeństwa w przypadku koniecznej ewakuacji, choć nie przypominam sobie takich rozwiązań w podobnym gabarytowo Spodku. A może to na prośbę Jareda, który potrzebował przestrzeni, aby…. o tym później. Najpierw kilka słów o supporcie. Australijczycy z Our Mountain przez sam fakt występowania przed wielką gwiazdą mającą bardzo oddaną publiczność, nie mieli łatwego zdania, ale nie dali się pożreć. Zestawienie ich pobrzmiewającego duchem The Clash rock’n’rolla może nie do końca pasowało do przebojowości głównej atrakcji wieczoru, ale obronili się i publice nawet się podobało. Wizualnie, oprócz neurotycznego wokalisty, wzrok przyciągał pałker smyrający werbel brodą równie imponujących rozmiarów, co bohater naszej niedawnej recenzji, William F.

O 21:00 zgasły światła, a dach zatrząsł się od intensywności pisku setek dziewcząt w sile pokwitania. Tak tak, tego wieczoru ród męski przepadł w oceanie różu, co dobitnie potwierdzały wszystkie przerwy między utworami szczelnie wypełnione anielskim chórem żeńskich hormonów. Koncert rozpoczął się idealnie pasującym na otwarcie „Escape”. Głębokie intro, rytm narastającej perkusji, cienie postaci na tle punktowych świateł. Chwilę później gdzieś zza kulis, wywołując spazm publiki, rozbrzmiał głos wokalisty, a ekstaza w pełnej formie wybuchła, kiedy spod sceny na podwyższeniu wyjechał jego właściciel i główny obiekt wszystkich pisków – Jared Leto. „Escape” wciąż się rozkręcał i napięcie narastało aż do momentu uderzenia chóralnie odśpiewanej przez kilkutysięczny tłum frazy: „This is waaar!”. Przyznaję – ciary przecięły na wskroś. Następnie zespół poderwał do skakania całą halę fajnym, mocno podbitym elektroniką „Night Of A Hunter”. Wtedy wszystko jeszcze super grało, ale wraz z przejściem w gitarowe granie („A Beuaitful Lie”) okazało się, że dźwięk tego wieczora niestety pozostawiał wiele do życzenia, a w zasadzie do korekty. Przez cały koncert łącza odpowiednio zaskoczyły może ze trzy razy i wtedy ze sceny uderzała pełna moc i czystość brzmienia, ale przez większość występu wiosła Tomo Milicevica i okazyjnie Jareda były niewyraźne i bez większej mocy. Szkoda. Zupełnie to jednak nie przeszkadzało rozentuzjazmowanemu tłumowi, który piszczał na każdej przerwie, po każdym zagadnięciu, na każde najmniejsze skinienie. Choć publiczność reagowała na kontakt z frontmanem, z perspektywy całości nie było jednak bardzo mocno energetycznej relacji między sceną a tłumem, co zauważał sam Jared, kilkakrotnie przerywając utwory i namawiając ludzi do mocniejszej reakcji. Przyznaję, że po kolejnym razie stało się to irytujące, ponieważ wybijało całość koncertu z rytmu. Jak się później okazało, występ był nagrywany, więc może spinali się na odpowiednią reakcję, aby dograć jak najlepsze kadry do DVD? A propos zagadywania – Jared w ogóle dużo mówił: o zjedzonych dziś pierogach („another step to become Polishman”), o miastach, które już widział w Polsce, o bliskości z naszym krajem. Z jednej strony było to fajne, ponieważ tworzyło bliski i swobodny kontakt zespołu z publicznością, ale z drugiej strony za długie przerwy na pogawędki obniżały energię występu. Tradycyjnie już na koncertach Marsów w połowie występu wokalista pojawił się w środku tłumu, tym razem przy reżyserce na płycie, by wykonać akustyczny set z dyrygowaniem reakcją publiki zarówno na płycie, jak i na trybunach. Gadka znów mu się trochę przeciągnęła, ale przyznaję, że chóralne odśpiewanie „The Kill” przy akompaniamencie samej gitary i światełek utworzonych z komórek, zapalniczek i aparatów było magicznym momentem tego wieczoru. Po chwili wróżki i świetliki odleciały, Jared rzucił gitarę na bok, wziął ze sobą tylko mikrofon i rozpętał dosyć spory chaos, dokończając numer w tłumie, co wyglądało dokładnie tak:

YouTube Preview Image

Źródło: thirtysecondstomars.com

Po zamieszaniu na płycie scena opustoszała i nastąpił spory zgrzyt w postaci przyczynowo niezrozumiałego odtworzenia klipu „Hurricane”. Jest to momentami bardzo fajny mini-filmik, ale trwa aż 13 minut, co przy średnio trzy minutowych utworach 30STM daje co najmniej 3 kawałki. Dla fanów, którzy mają okazję zobaczyć zespół raz na rok lub raz na dwa lata, zagranie choćby dwóch, trzech dodatkowych utworów na żywo byłoby znacznie lepszym rozwiązaniem. Poza tym każdy może zobaczyć teledysk w sieci, tym bardziej że na koncercie został on odtworzony w wersji ocenzurowanej. Po projekcji powoli już dobijali do końca występu, wieńcząc go świetnym „Closer To The Edge” i „Kings and Queens” ze standardowym już zaproszeniem fanów na scenę w finałowym numerze oraz przyklęknięciem całej płyty do wspólnego wyskoku w jego kulminacyjnym punkcie.

30STM to duży zespół, o czym świadczyła imponująca oprawa całego koncertu. Wizualizacje na dwóch ekranach, spuszczane z góry, wielkie, czerwone balony, nadmuchiwane krokodyle i delfiny rozrzucane w tłum, świetne światła, ogromne, podświetlane logo na scenie. Ogólnie zabawa była dobra, ale czy podczas czytania tej relacji nie ma się wrażenia, że więcej piszę o sprawach okołomuzycznych niż o samym występie? Możliwe, ale właśnie dokładnie tak było. Poprzez przerywane numery, interwały wizualne, za długie zagadywania i problemy z nagłośnieniem muzyka oczywiście była integralną częścią koncertu, ale tego wieczoru trochę zbyt często była jakby obok całości wydarzeń.

Na koniec ciekawostka. Konrad. Gdy pod koniec występu tłum skandował „Dziękujemy!”, Jared wyciągnął spod sceny przebranego we wszystkie palety kolorów chłopaka, by ten mu przetłumaczył wykrzykiwaną treść. Zszokowany nagłą sławą chłopaczyna zapytany o znaczenie nie zrozumiał pytania i rzucił do kilkutysięcznego tłumu rezolutne: „Sie ma!”. Na szczęście Jared, ratując sytuację, zapytał go o imię. Tym razem kolorowy motylek zrozumiał i odpowiedział: „Konrad”, na co żartowniś z mikrofonem w ręku odparł: „What’s your name? Coconut?!” Beczka śmiechu. Podsumowując – duże show, ale za mało muzyki. Przestrzeń, melodyczność, rytmika i ogólna przebojowość ostatniej płyty zespołu „This is War” sprawiają, że jest to świetny materiał do grania na żywo. Doceniam kontakt z publicznością, ale trochę szkoda, że konferansjerka i inne rozproszenia rozcieńczyły energię tego występu. Ciekawe jak będzie następnym razem, bo wrócą na pewno.

Źródło: thirtysecondstomars.com

Selista:

·         Escape

·         Night of the Hunter

·         A Beautiful Lie

·         This Is War

·         100 Suns

·         Search and Destroy

·         Vox Populi

Set akustyczny:

·         L490

·         Alibi

·         From Yesterday

·         The Kill (częściowo z zespołem)

Bisy:

·         Escape + Hurricane (video)

·         Closer to the Edge

·         Kings and Queens

Krzysztof Bienkiewicz

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
  1. Zdzichu

    22.11.2011 o godz. 12:25

    Najlepsza końcówka! „Coconut”! Takie smaczki i spontaniczne rzeczy na koncertach są najlepsze. Super recenzja! Pozdrawiam redakcję ;)

     
    • RockOko - Admin

      22.11.2011 o godz. 13:43

      Dzięki. Na koncercie miała miejsce jeszcze jedna ciekawostka. Podczas swojego wypadu w tłum po secie akustycznym ktoś zawinął wokaliście mikrofon. Po jego zniknięciu za sceną było widać, że ochrona latarkami szuka czegoś na płycie, ale zguba znalazła się dopiero pod koniec koncertu, kiedy w jednej z przerw z głośników można było usłyszeć odśpiewane przez żeńską (oczywiście) grupkę „Happy birthday to you”. Jared momentalnie się zorientował i poprosił o oddanie sprzętu, co początkowo nie spotkało się z wnioskowanym odzewem. Dopiero, gdy po kilku minutach namawiania cała Arena wsparła wokalistę i zaczęła skandować „Oddaj mikrofon!”, oddelegowana przez pomysłową grupę dziewczyna zwróciła poszukiwany przyrząd. Ot i siła głosu demokratycznej większości.

       
      • Agata

        04.12.2011 o godz. 23:50

        To sam Jared przypadkiem wrzucił mikrofon w tłum. Kiedy ludzie zaczeli zasypywać scene glowstickami, to ten odrzucił kilka.. niefortunnie, bo razem z mikrofonem. Mi się wydawało, że ona nawala w mikrofon ‚dziadu, dziadu, dzadu..’ mogłam się pomylić, wiadomo, krzyki, ścisk.. ;)

         
  2. Agata

    05.12.2011 o godz. 00:05

    Zdecydowanie zgadzam się z twoją opinią. Zespół ma dziwną blokadę jeżeli chodzi o piosenki ze starszych płyt, a szkoda.. Momentami miałam wrażenie, że te całe pogadanki i znikanie ze sceny na kilka minut są tylko po to, aby nabić 1,5 h które zobowiązani byli zagrać.. Nie chcę myśleć o nich źle, ale tak to wygląda. Zdecydowanie koncert 7 był lepszy, m.in. ze względu na The Story, Buddha for mary (akustyczne, ale zawsze), no i hurricane był na żywo ;) Trochę fałszował, może dlatego zdecydowali się na video (?) Swoją drogą to miłe, że zagrali dwa koncerty. Ok, nie przedłużając, uważam, twoją recenzję, za bardzo udaną ;)

     
  3. Agata

    05.12.2011 o godz. 00:07

    a i piosenka to „Night of the hunter”, nie „hunter” ;)

     
    • RockOko - Admin

      05.12.2011 o godz. 00:40

      Dziękuję za podzielenie się wrażeniami, miłe słowa i korekty. Tak, szkoda, że numery z pierwszej płyty praktycznie w całości wypadły z ich koncertowego repertuaru, ale cóż…

       
 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.