Relacja: Alice In Chains (Londyn, 09.11.2013)

17.11.2013

Pamiętam, jak nie mogłem odżałować ich koncertu w Warszawie w 2009 roku. Nie tylko dlatego, że ominął mnie koncert ważnego dla mnie zespołu, którego jeszcze nie widziałem na żywo, ale również przez to, że dwa miesiące wcześniej Alice In Chains wydali album „Black Gives Way to Blue”, który mnie po prostu zachwycił. Dźwiękami, melodiami, tak udanym powrotem w tak trudnych okolicznościach. Ale o tym potem.

Minęły cztery lata, zespół wydał kolejną płytę „The Devil Put Dinosaurs Here” i ponownie przyjechał na koncerty do Europy. Niestety tegoroczna jesienna trasa obejmowała tylko Wielką Brytanię, ale tym razem nie było opcji, żeby mnie tam nie było i wybór padł na koncert Alicji w Londynie. Ciekawie było jeszcze przed samym występem. Miejsce koncertu, Alexandra Palace, jest położone w malowniczej części miasta na wzgórzu, a sam budynek jest nie mniej majestatyczny, niż widoki na miasto, które oferuje. Tego wieczoru raz po raz przekonywałem się, że słowo „pałac” w nazwie tej lokalizacji znajduje się nie bez przyczyny. Potężna, ale jednocześnie estetycznie wysublimowana architektura tego budynku nadawała całemu wydarzeniu dodatkowego elementu wyjątkowości.

(Żródło: www.londontown.com)

Wieczór rozpoczął się od występu Walking Papers. Nie wiedziałem o tej formacji nic, oprócz zawartej na plakatach informacji, że na basie gra Duff McKagan‎ (ex-Guns’N’Roses, Velvet Revolver), tak więc z ciekawością oczekiwałem ich występu. Panowie zaserwowali trochę zadziorny, trochę brudny, trochę hipisowski, trochę przewidywalny rock’n’roll. Muzyka tego kwartetu charakteryzuje się zabrudzonymi riffami i lekko człapiącym tempem, choć w połowie występu uraczyli publiczność przyjemną, wręcz swingujaco-bluesową balladą. Na scenie uwagę przykuwał klawiszowiec, który był wulkanem żywiołowej energii. Podczas gdy pozostali członkowie raczej w opanowany sposób odgrywali swoje partie, on z trudem mógł usiedzieć przy swoim instrumencie, a w momentach bardziej intensywnych akcentów aż podskakiwał na krześle i z pasją całą dłonią walił w klawisze. W kontekście występu Walking Papers warto również podkreślić dobre brzmienie zespołu, co w przypadku pierwszego supportu nie często się zdarza.

Po około półgodzinnej przerwie i zmianie sprzętu ze sceny powiało grozą średniowiecza. Z głośników buchnęło kościelne intro otwierające „Infestissumam”, a pośród gregoriańskich chorałów na scenę wyszły zakapturzone postaci Bezimiennych Upiorów, czyli pięciu instrumentalistów zespołu Ghost. Kaptury ich czarnych habitów skrywały twarze zakryte ciemnymi maskami. Dopiero kiedy Upiory zajęły swoje miejsca, a intro dotarło do końca, na muzycznym ołtarzu pojawił się główny Mistrz Ceremonii – Papa Emeritus II z pastorałem w dłoni. Publiczność podniosła wielką wrzawę, a Ghost rozpoczął swoją mszę. Niestety, szatańska złośliwość rzeczy martwych lub wysłannika Watykanu za stołem operatora dźwięku sprawiła, że mroczna liturgia Szwedów mocno traciła na intensywności poprzez nie najlepsze nagłośnienie. Perkusja była ledwo słyszalna, a melodie rozlewały się w obszernej hali Alexandra Palace, nie do końca docierając do czarnych serc sporej rzeczy fanów Ghost, którzy przybyli po ich diabelskie błogosławieństwo. „Per Aspera Ad Inferni”, „Prime Mover” czy „Year Zero” były z entuzjazmem przyjmowane przez wyznawców kultu Ducha, ale nie niosły ze sobą oczekiwanej mocy. Papa zagadywał pomiędzy utworami publiczność i, co ciekawe, jego upiorny wygląd stał w mocnym kontraście do dosyć piskliwego głosiku wydawanego przez szatańskiego papieża. Taką to cieniutką wokalizą Papa zapowiedział numer, którego „nigdy wcześniej nie graliśmy na żywo” i muszę przyznać, że cover Roky Ericksona „If You Have Ghost” był jednym z najlepszych momentów występu zespołu. „Jeśli masz duchy, masz wszystko” śpiewał złowrogo wyglądający kapłan. Tego wieczoru zabrakło jednak nie tylko duchów, ale przede wszystkim głębi i mocy, które zgubiły się w słabej jakości brzmienia. Psalmy Ghost będące melodyjną miksturą Rammstein, Iron Maiden i HIM mają spory potencjał koncertowy, ale niestety tym razem nie wyszło. 9. listopada w Londynie liturgia się odbyła w pełnej krasie, ale przekaz z ambony nie dotarł w całości do wyznawców.

(fot. Carlos Paz)

Było już po 21, kiedy dłuższa przerwa po szwedzkiej mszy dobiegła końca. W chwilę po tym, gdy zgasły światła, wrzawa tłumu zatrzęsła masywnymi ścianami Alexandra Palace na widok wychodzących w ciemności na scenę członków głównej gwiazdy wieczoru. Alice In Chains. Jeden z najważniejszych zespołów grungowego fenomenu lat 90-tych. Jeden z najbardziej oryginalnych i niepowtarzalnych zespołów rockowej muzyki w ogóle. Zaczęli pierwszym utworem z „Dirt” – płyty, która wyniosła ich do poziomu gwiazdy światowego formatu.

„Them Bones” – bezpardonowy cios prosto w zęby. Moc, siła, energia i ta hipnotyczna melodyka śpiewu. Nasycona narkotycznym mrokiem, wypełniona przenikającą głębią. Kiedy już myślałem, że nie mogli lepiej rozpocząć koncertu, ze sceny poleciała druga kula ognia z kultowego „Dirt”. Bez żadnej przerwy, bez żadnego ostrzeżenia, ciężki jak stutonowe kowadło „Damn That River” wbił wszystkich w glebę na poziom londyńskiego metra. Moc gitar i dwugłosu wokalisty Williama DuValla oraz gitarzysty Jerrego Cantrella udowadniały dlaczego muzyka tego zespołu jest tak oryginalna i wyjątkowa. Nie dało się, po prostu nie było możliwości aby lepiej, mocniej, dosadniej przywitać się z publicznością. To było rozpoczęcie koncertu zapierające dech w piersiach. Dopiero po drugim utworze nastąpiło słowne przywitanie, a zaraz po nim poleciało „Check My Brain” ze wspomnianego wcześniej i przełomowego dla zespołu albumu „Black Gives Way to Blue”. Ta płyta jest wyjątkowa zarówno poprzez kompozycje, jak i to, w jaki sposób zespołowi udało się zastąpić osobę, która wydawała się niezastąpiona. Śmierć Layne’a Staleya była tragedią, która mogła położyć kres działalności formacji, gdyż znalezienie zastępcy dla tak oryginalnego głosu wydawało się wręcz niemożliwe. A jednak. William DuVall zarówno na obydwu płytach wydanych już po jego dołączeniu do zespołu, jak i – jak się okazało podczas występów na żywo – robi coś wyjątkowego. Bardzo wyraźnie nawiązuje do stylu swojego poprzednika, ale go bezpośrednio nie kopiuje. Inspiruje się, utrzymuje charakter, lecz nie daje poczucia imitacji. To jest rzadkie i naprawdę wyjątkowe. Dzięki temu wszystkiemu, słuchając występu Alice In Chains A.D. 2013 z zamkniętymi oczami, możesz poczuć się tak, jakby śpiewał do ciebie Layne, tyle że starszy o 21 lat, które upłynęły od wydania „Dirt”…

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Relacja: Alice In Chains (Londyn, 09.11.2013) została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.