Relacja: Besides (Łódź, 26.02.2016)

03.03.2016

Kiedy zmierzałam na teren OFF Piotrkowska, gdzie mieści się łódzki klub DOM, czułam, że oprócz czapki na głowie, która ochroniłaby mnie przed nagłym atakiem śniegu, brakuje mi tej dobrze znanej mieszanki ekscytacji i oczekiwania, która zawsze rodziła się w formie wewnętrznego, przyjemnego ścisku. Otoczona lekką obojętnością, mijałam bez przekonania kamienice, nie skupiając myśli na niczym istotnym. Jednak gdy udało mi się przebić przez przyciskający mróz i po raz pierwszy w życiu przekroczyłam próg DOMu, rozmycie nagle nabrało rażącej ostrości, a ja aż otworzyłam szerzej oczy ze zdziwienia.

Kawalerka. Nachalne skojarzenie, które uderzyło mnie złośliwie w twarz. Mała przestrzeń zagospodarowana częściowo typowo barowo-klubowymi meblami w formie stolików i małych puf, z drugiej strony zaś tworząca pewną przestrzeń do tańczenia. Oczywiście była też scena, czyli najzwyczajniej w świecie betonowa wylewka tworząca podwyższenie. Scena, do której nie miałam pojęcia którym bokiem ciała się ustawić i początkowo nie wyobrażałam sobie, że za chwilę telecastery ze stojaków pójdą w ruch, membrany bębnów wejdą w wibrację i… No właśnie, i co wtedy? Obawiałam się najgorszego. Obawiałam się akustycznej buły. Pasztetu. Odetchnęłam głęboko i z nieszczęśliwą miną zajęłam miejsce obok. Tak – obok. Niemalże na granicy bezradności.

Ludzie siedzieli rozłożeni na pufach, sącząc piwo i prowadząc spokojne pogawędki. Obserwując gromadzącą się publikę doznałam nieodpartego uczucia, mówiącego, że to miasto czekało na ten koncert. Oczekiwanie na post-rockowe brzmienia pobudzało tęsknotę w tych wszystkich zerkających na podświetlone instrumenty oczach. Na szczęście poślizg czasowy nie był wielki, więc już o 20:00 cztery sylwetki wpasowały się sprawnie w sceniczną przestrzeń. Przygasły światła. Zaczęły się czary.

Besides udało mi się zobaczyć na żywo zaledwie trzy miesiące wcześniej w warszawskiej Hydrozagadce, gdzie występowali w ramach supportu islandzkiego Agent Fresco, więc mniej więcej wiedziałam czego się spodziewać. Choć w tym przypadku czasownik „spodziewać się” to była jakaś absurdalna pomyłka w mojej głowie. Od pierwszych dźwięków „Of Joy” mur nieszczęśliwości na mojej twarzy runął, a już przy kolejnym „Of Sorrow” cały lęk przed akustyczną bułką z pasztetem prysł, momentalnie odchodząc w zapomnienie. Ściany DOMu zadrżały, przy wejściu perkusji wszyscy podskoczyli, a gitary były nieco niewyraźne w minimalnym trzasku nagłośnienia, jakkolwiek zajęło mnie to tylko na chwilę. Melodie kwartetu z Brzeszcz w ułamku sekundy zaprosiły zebranych do pełnego barw i emocji świata, przeplatając szept z krzykiem, muśnięcie z uderzeniem i utulenie z szarpaniem. Wypełnione pragnieniem przeżycia czegoś niesamowitego oczy publiczności okryły się powiekami, głowy pochyliły się nabożnie, doskonale synchronizując się z sekcją rytmiczną zespołu.

Tego wieczoru Łódź absolutnie utonęła. Zanurzenie pogłębiało się z każdym kolejnym tremolo Pawła Kazimierczaka, rozmytym delayem Piotra Kruszyńskiego, płynącym basem Artura Łebeckiego i szarpiącymi uderzeniami w bębny Bartka Urbańczyka. Kompozycje Besides są tak przestrzenne, że przy „At Night”, „A Threnody” czy sztandarowym „May I Take You Home?” powierzchnia klubu osiągała niewyobrażalne rozmiary. Dźwięki przenosiły umysły w kosmiczne rejony. Ktoś po koncercie mówił, że czuł się jak na jakiejś wyspie na środku oceanu. Ja osobiście wspinałam się na górski szczyt o świcie.

26 lutego Łodzianie odbyli podróż. Każdy ruszał z tego jednego punktu, ale w swoim własnym kierunku. Kiedy wróciliśmy do dusznego DOMu, zaszklone, rozszerzone źrenice i gromki aplauz przecinany radosnymi okrzykami, mówił sam za siebie. Zachwyt występem formacji został jeszcze podsycony podwójnym bisem złożonym z kultowego „Undone” oraz zamykającego ich debiut utworu „Strand”.

Jeszcze dłuższą chwilę po tym jak Besides udali się ostatecznie na backstage, wiele spojrzeń było wlepionych w gitary i perkusję, jak gdyby instrumenty miały za chwilę zacząć grać na nowo. Rzeczywistość wracała do głów powoli, wręcz ospale. Pierwsze osoby gdzieś z mroku klubu uniosły się i udały w stronę baru, powodując ogólne poruszenie. Jednak w panującej atmosferze wciąż było czuć nieco nieziemskie wibracje.

Co mi zostało po tym koncercie oprócz niesamowitych doznań? Na pewno niezachwiana świadomość, że jeżeli chodzi o Besides jako markę koncertową, przekonują mnie w 110 procentach. Kolejny polski zespół, przez który rozpiera duma.

 Setlista:
1. Of Joy
2. Of Sorrow
3. At Night.
4. Linnet’s flight
5. Cauterized
6. A threnody
7. Efflorescent
8. Calm
9. Fluttering
10. May I Take You Home?
11. Remained
(bisy)
12. Undone
13. Strand

Aleksandra Tychmanowicz

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Relacja: Besides (Łódź, 26.02.2016) została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.