Relacja – Festiwal With Full Force 2011

31.07.2011

With Full Force 2011 – Relacja z festiwalu

Czas: 01-03.07.2011

Miejsce: Lotnisko Roitzschjora, Löbnitz k. Lipska, Niemcy

Skład: Dynamit. Pełna lista zespołów wraz z kolejnością występów:

http://www.withfullforce.de/english/2011/running.php

Dzień 1 – 01.07.2011 (Piątek)

With Full Force – Festiwal ten już od ponad dekady cieszy się sławą jednej z najlepszych i najmocniejszych imprez metal-punk-corowych w Europie. Wybuchowe i wyjątkowe połączenie rocka/metalu i punka/hardcore’a sprawia, że impreza ta co roku już samym zestawem kapel daje mocno po zębach. Z racji pierwszej wizyty w owej mekce mocnego uderzenia, po przybyciu na miejsce, a jeszcze przed otwarciem bram dla publiczności (magiczna siła akredytacji) na spokojnie i z zaciekawieniem zapoznałem się z całą infrastrukturą imprezy, która ogólnie okazała się być na bardzo przyzwoitym poziomie. Dużo stoisk z rozmaitym jedzeniem (od chińczyka po pączki), dużo bud z piwem z nieodzownym Pfend (kaucja za kufel), szeroka gama gadżetów, ciuchów, akcesoriów, piercing, skate park, rampa dla cross-motorów. A nad wszystkim górował podniebny bar Jagermaistera.

Wszystko ładnie, ale wiadomo, że najważniejsza była muzyka. W tym kontekście zarówno scena główna, przeznaczona na metalowe strzały i największe gwiazdy, jak i mniejsza pod namiotem, nastawiona na punkowo-corową młóckę, wyglądały bardzo fajnie i zapowiadały dużo atrakcji.


Festiwal  na scenie głównej otworzyło finlandzkie Omnium Gatherum. Twórczość owej formacji nie była mi wcześniej znana, jakkolwiek pobudzony zwiedzonym polem festiwalowym poczułem głód muzyki, tak więc poszedłem zobaczyć, czym rozpocznie się cała impreza. Wrażenia jak najbardziej pozytywne. Finowie dali niezłe otwarcie, które mogło rozruszać jeszcze nieliczną publikę, ale niestety mieli pecha, ponieważ ci przybyli, byli wciąż wyraźnie nierozgrzani i nie za bardzo reagowali na ich rytmiczne, metalowe cięcie. Swoją drogą umiarkowane szaleństwo było cechą charakterystyczną publiczności przez cały czas trwania imprezy, oprócz kilku wyjątków, o których to nastąpi później. Lawirując pomiędzy sceną główną, namiotem i zapleczem, gdzie niedługo po otwarciu imprezy udało mi się zrobić wywiad z Aaronem – gitarzystą The Ghost Inside (niedługo na stronie) – z zespołów, które udało mi się zobaczyć i usłyszeć pozytywnie wyróżniły się Deadlock (ciekawy zestaw wokalny: ostry, charczący on i bardzo ładna, melodyjna ona) oraz brytyjskie, thrashowe Evile. Pod namiotem zdążyłem na pół występu Deez Nuts, którzy swoim skocznym corem naprawdę dobrze rozkręcili zabawę pod brezentową pokrywą. Po nich na scenie pojawił się The Ghost Inside. Ich ostatni album „The Returners” wyznaczył nową, bardzo ciekawą linię w obrębie hardcore. Jeśli i na następnej płycie pójdą dalej tą ścieżką łączenia mocy, furii i melodii, to choć na wyrost będzie stwierdzenie, że pozycje takich załóg jak Madball czy Terror będą zagrożone, ale na szczycie na pewno zrobi się trochę ciaśniej. Sam koncert był bardzo energetyczny (przynajmniej na scenie..) pomimo braków technicznych objawiających się nie najlepszym brzmieniem gitar. 40-minutowy set składał się w większości z utworów z ostatniej płyty z zaskakującym otwarciem singlowym „Unspoken” i idealnym zakończeniem w postaci „Between The Lines”. Kulminującym punktem tego ostatniego była wykrzyczana a capella przez cały namiot główna linijka tekstu, a wyglądało to dokładnie tak:

YouTube Preview Image
Autor filmu: theghostinsideband

Wychodząc z namiotu po występie TGI, nadziałem się na zawieszony wysoko w powietrzu motor, który wystrzelony z pobliskiej rampy mignął mi nad głową.  Tuż obok niego przecinały powietrze zawieszone w górze deski i kostki skaterów i tak to, owiany eterycznymi  zapachami spalin i froty, udałem się pod scenę główną ciekawy występu Bring Me The Horizon. Brytyjczycy znani są z żywiołowych koncertów i na własnej skórze przekonałem się, że opinia ta jest jak najbardziej adekwatna. Scena wręcz buchała iskrami, które przeskakiwały (dosłownie) na publikę, a pod koniec ich występu nastąpił odpał totalny: gitarzysta wspiął się na sam dach sceny, a basista skoczył z gitarą w tłum. Zdezorientowane służby porządkowe  początkowo nie mogły zdecydować, kogo najpierw ratować. Postawili ostatecznie na akcję w tłumie, skąd wydłubali basistę wraz z jego instrumentem, co nie zniechęciło go jednak do dalszych wspinaczek.  Po chwili powrócił na wzniesienie i kończył występ wpleciony w rusztowanie sceny. Dobre. Dzień zwieńczyły mocne akcenty w postaci występów Bullet For My Valentine oraz Agnostic Front, którzy zorganizowali mega „wall of death”. Nie będący w temacie zapewne zapyta „ściana śmierci”? A to tylko takie niewinne igraszki..:

YouTube Preview Image

Autor filmu: LittleBastardKasi

Pisząc o pierwszym dniu i w ogóle całym festiwalu, nie można pominąć całej masy kolorowych ludzi, którzy pojawili się w przebraniach? ozdobach?

lub po całości byli jedną wielką zagwostką, jak np. ten oto NOP (Niezidentyfikowany Obiekt Pijący)

Ale i tak główną gwiazdą i najbardziej rozchwytywaną osobą pierwszego dnia był poniższy jegomość. Tak, z przodu również miał tylko wiatr.

Ot i festiwalowe cyrki.

Dodatkowe poruszające momenty dnia:

1) W wymiarze grupowym – zaręczyny na scenie podczas koncertu The Ghost Inside.

2) W wymiarze indywidualnym – widok pana w średnim wieku, który w pojedynkę z trudem, lecz godnym podziwu uporem i determinacją przez grząski grunt i trawę przedzierał się pod scenę na wózku inwalidzkim. Gdy go zauważyłem był za daleko, żeby mu pomóc, a po chwili już zniknął w tłumie. On pojawi się jeszcze w tej relacji.

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
  1. Marek

    03.08.2011 o godz. 16:04

    Ostatni akapit bardzo trafny. Całe to zjawisko doskonale ujęli w swoim kawałku H2O z przyjaciółmi, gdzie Lou Koller śpiewa „Fashion before passion”. To stoi na głowie. Na dzień przed wyjazdem dostaję maila zabraniającego mi założenia ciucha Thor Steinar (rozumiem Niemców i całą genezę, ale dla mnie to dziecinada, szczególnie w kontekście całego tego pozerstwa, które na WFF widziałem, te kurtki z naszywkami szytymi dzień przed na maszynie, gdzie obok naszywki Nirvany jest Cannibal Corpse i co tam jeszcze), ale na miejscu widzę tysiące pozerów, zaopatrzonych dopiero co w takie same getry, takie same bluzy/t-shirty (uwielbiam Terror, ale ci gówniarze mogą go obrzydzić, uwierzcie mi), jakby w domu w ogóle t-shirtów żadnych nie mieli, bo w sumie to nie słuchają tej muzy. Oczywiście nie brakło też true zawodników (pozdrowienia dla niemieckiej ekipy z Schutzenhaus w Bad Duben) bez napinki, za to z muzą w sercu. Szacun dla 50-letniego pana Niemca, który zlał ciepłym moczem prolewicową pseudopoprawność i paradował w koszulce TS i mogli mu wszyscy skoczyć. A wy żałujcie, że nie widzieliście Volbeat. I szkoda, że nie wspomnieliście o Casualties, dla mnie odkrycie tego festu.

     
  2. Relacja: Rock In Summer 2011 | RockOko

    21.08.2011 o godz. 00:30

    […] Relacja – Festiwal With Full Force 2011 […]

     
  3. Relacja – Rock In Summer (Tides From Nebula, Flapjack, Kvelertak, Deftones) | RockOko

    21.08.2011 o godz. 02:57

    […] Relacja – Festiwal With Full Force 2011 […]

     
 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.