Relacja – Festiwal With Full Force 2011

31.07.2011

Dzień 2 – 02.07.2011 (Sobota)

Dzień drugi powitał mnie sąsiadami i deszczem. Zapamiętajmy to drugie słowo określające owo specyficzne zjawisko meteorologiczne, albowiem w dalszej części pojawi się ono jeszcze niejednokrotnie. Jesli chodzi o sąsiadów, to przemili Niemcy z namiotu obok, w ramach swej gościnności założyli sobie, że co rano będą mnie budzić o 7 ochoczym zawołaniem: „Hey Poland guy, wake up and come for beer!”. Siódma rano… Po ogarnięciu się zajrzałem do nich na chwilę i była to typowa wizyta w oparach absurudu, który bawi i wkręca głównie tych już wdrożonych w promilowy matrix („Ty jesteś Fidel Castro, ty nie możesz mieć skurczy!”). Trochę się pośmiałem się, ale w końcu zostawiłem ich przy coraz szybciej rosnącym stosie litrowych puszek Faxe (pamiętacie?) i udałem się na festiwal.

Tym razem postanowiłem zacząć dzień od sceny pod namiotem, gdzie rozkładało się Arma Gathas. Nie wytrwałem tam jednak długo, gdyż Arma nie przedstawiła niczego aż tak ciekawego, a od samego początku ich występu bardziej zainteresowały mnie dochodzące od strony sceny głównej klawiszowe przestrzenie. Niczym kreskówkowa mysz Jerry wiedziona magicznym zapachem sera, unosząc się w powietrzu przepłynąłem pod scenę główną, gdzie swoje szamańskie rytmy prezentowała Kylesa. Na pierwszy rzut oka, oprócz damsko-męskiego duetu wokalno-gitarowego, uwagę przykuwał również podwójny zestaw perkusji. Przyznaję, fajnie to wygląda, ale tylko przez około 15 sekund, gdyż potem samoczynnie nasuwa się zasadnicze pytanie – po co? Po co w zespole dwóch bębniarzy grających praktycznie to samo, tym bardziej, że trzymających rytm z taką sztywnością gry i napięciem, jakby nie trafienie w choćby jedną frazę skutkowało karą w postaci konieczności uskutecznienia francuskiego pocałunku z wiedźmą Calypso z filmu „Piraci z Karaibów”. Nawet jeśli nie kojarzycie, która to dokładnie postać, dość powiedzieć, że byłoby jej ciężko wygrać casting do reklamy pasty wybielającej zęby… Wróćmy do Kylesii. Oprócz tego udziwnienia zespół jako całość zaprezentował się jednak bardzo ciekawie. Rytmiczne, momentami transowe granie, orginalne konstrukcje numerów i ciekawe intrumentarium sprawiły, że w tłumie pojawiły się pierwsze tego dnia grzywy włosów walących ostre młyny. Z pewnością jest to kapela warta bliższego poznania. Po podwójnej dawce perkusji udałem się z powrotem pod namiot, gdzie natrafiłem na bardzo fajne granie wprost z dalekiej Autralii, czyli 50 Lions. Również i ten zespół warto sprawdzić, jeśli lubicie energetycznego cora. Zaraz po nich na scenie pojawił się Emil Bulls, który też wypadł bardzo dobrze ze swoimi skoczno-melodyjnymi bęckami, a i odzew publiki był wreszcie bardziej przekonywujący, ale wiadomo, to lokalna gwiazda. Była już godzina 16, wciąż padał deszcz… Dla doświadczenia choć krótkiej chwili bez wilgoci skryłem się na zapleczu w „VIP Roomie”, gdzie  moża było pooglądać festiwalową telewizję, w której leciała transmisja występów zespołów ze sceny głównej.

Chłonąc chwilę suchości oglądałem potwornie mocną siekę, jaka została zaimplikowana na Full Force przez The Black Dahlia Murder. Chłopaki cięli naprawdę bez krzty litości i w ostateczności niskie basy i zabójcza podwója stopa doprowadziły do zerwania transmisji z festiwalowych łączy. Obraz powracał tylko w momentach wytchnienia pomiędzy kolejnymi porcjami mięcha, by za chwilę znów zniknąć zdmuchnięty bezpardonową miazgą.  Normalnie wzięli i popsuli.

Gdy punkowcy z US Bombs bombardowali namiot, na główniej scenie szalała kolejna niemiecka gwiazda – Callejon. Miała ona sporą grupę swoich oddanych fanów, a główną ich reprezentantką było notorycznie eksponowane na festiwalowym telebimie rozanielone dziewczę z pierwszego rzędu, które znało dosłownie wszystkie teksty zespołu. Tymczasem za sceną pojawili się bracia Cavalera wywołując tym samym dosyć duże poruszenie. Spora ilość dłoni oderwała się od kufli i sięgnęła po aparaty chcąc zrobić sobie zdjęcie z jednym z najsłynniejszych rodzinnych tandemów w metalowym świecie. A sami panowie C. mieli na twarzach wyraźnie wymalowane, iż pogoda, która ich powitała na WWF daleka była od słońca brazylijskich plaż. Para z ust rzeczywiście się wydobywała, ale ze statystcznego obowiązku odnotujmy, że deszczowy maraton wkroczył właśnie w siódmą godzinę z rzędu..

Wszelkie niewygody, stęki i chłody wyparowały momentalnie, gdy na scenie głównej pojawił się zespół, który wreszczcie jako pierwszy wysadził cały Full Force w powietrze. Terror. Nareszcie po kilku udanych, ale nie powalających występach ktoś wyszedł i bezpardnowo walnął w mordę cały tłum, a ten na to jeszcze żywiołowo zareagował! Do zabawy ruszyli wszyscy: od najbardziej szalonych fanów znających Terror na pamięć do podtatusiałych rockmenów, którzy dla bezpieczeńdtwa stojąc z tyłu potrząsali sięgającymi do podbródka bokobrodami. Jeżeli na koncercie w górę leci to, co akurat trzyma się w dłoni, czyli najczęściej kubki i puszki, to wiadomo, że się podoba. W przypadku Terrora niebo pokrywało się przedmiotami wszelkiej maści już od pierwszych dźwięków. W powietrzu były kufle, buty, ubrania, kątem oka widziałem też jak z wysokości ok. 3 metrów w sam środek tłumu spadł koleś przebrany w kostium Kapitana Ameryki. Czy ktoś go tak wysoko wyrzucił czy zleciał ze sceny – nie wiadomo do dziś. Szaleństwo. Terror „awansował” w porównaniu do ich ostatniego występu na WFF 2009, gdzie grali pod namiotem, ale od samego początku dla chłopaków z Kalifornii scena była za daleko i wyraźnie  było czuć, że woleliby oni być bliżej fanów. Szczególnie wokaliście Scottowi brakowało bliskości ludzi, tak więc raz po raz niczym wędką zarzucał mikrofonem w tłum  w nadziei, że którys z fanów złapie i dołączy do śpiewu. Udało się dopiero za trzecim razem. Ciekawe było również pojawienie się na scenie młodszego brata Scotta, który po swoim występie został przedstawiony publiczności. Czyżby nastąpiło ponowne wprowadzenie nowej, znaczącej postaci do świata HC, tak jak lata temu było w przypadku wdrożenia na scenę Freddiego z Madball przez swojego przyrodniego brata Rogera z Agnostic Front? Pewnie niedługo się przekonamy. Na teraz można sprawdzić, jak tandem braci Vodel wyglądał w akcji na żywo:

YouTube Preview Image

Autor filmu: MetalMadness2009

Podsumowując – na te 45 minut wszyscy zostali absolutnie sTerroryzowani. Zaangażowanie, energia, bliskość z ludźmi, podkreślanie, że to nie jest festiwal zespołów, lecz, że należy on do fanów. Powiedzieli, że to był największy koncert w ich dotychczasowej karierze. Jeśli tak, to nie mogli go lepiej/mocniej uczcić. „Keepers of the faith” podtrzymują wiarę, że prawdzwa i szczera muzyka wywołuje odzew i poruszenie nie tylko w fanach danego zespołu, ale również zatacza szersze kręgi wciagając w swoją otwartość i bezpośredniość także ludzi, którzy sami z siebie pewnie by się nią nie zainteresowali. Na tym polega transcendencja ognia i urok festiwali. Na tym polega uniwersalność muzyki.

Nadszedł wieczór. Wciąż padał deszcz… Namiot szczelnie wypełnił się w oczekiwaniu na występ Blood For Blood, do którego szeregów na obecną trasę dołączył Billy Graziadei z Biohazard. Zespół dostał świetne przyjęcie i sam koncert był bardzo dobry, ale nie po raz pierwszy nawalało nagłośnienie. Wciąż rosnącym chłodem i wilgocią totalnie nie przejmowali się zaś metale sped sceny głównej, gdzie równie gorąco, pomimo smug i podmuchów, był fetowany Satyricon:


(wszystkie kule w górę..)

Po Wielkiej Desperacji, która przez organizatorów czerwcowego koncertu Cavalera Conspiracy w Warszawie był nazywną „Wielką Promocją” (kup bilet – drugi gratis) byłem ciekaw jak Max i spółka zaprezentują się w szerszym gronie, ale ogólnie wystep ten był rozczarowaniem. CC mają dobre, porywające numery i Max zawsze pozostanie legendą metalu, ale w ostatnich latach jego ociężałość na scenie i pewnym sensie nużąca przewidywalność sprawia, że ciężko przekonać się do jego zaaangażowania, co tym samym ma wpływ na odbiór muzyki zespołu. Igor za perkusją i drugi gitarzysta Marc wprawdzie emanowali energią i dawali z siebie wszystko, jednak niemrawość Maxa dominowała nad występem braci Cavalera i tego wrażenia nie potrafiło zatrzeć nawet wykonanie takich klasyków Sepultury jak „Roots Bloody Roots” czy „Territory”.

Na koniec wieczoru nastapiły wybuchy – najpierw muzyczne w postaci występu ostaniej gwiazy drugiego dnia, czyli Hatebreed. Amerykanie praktycznie corocznymi występami już chyba na stałe wpisali się w historię With Full Force, co potęguje również fakt udostępniania swoich utworów na potrzeby marektingowe festiwalu. Ten koncert był potrzebny. Dlaczego? Ponieważ swoją energią, zaanażowaniem publiczności w szaloną zabawę i świetną oprawą wizualną  Hatebreed rozgrzał wszystkich do czerwoności. Dlaczego dżule były tak potrzebne w samym środku lata? Ponieważ tempertaura spadła do ok. 7 stopni i padało już bite 15 godzin…

YouTube Preview Image

Autor filmu: TheStageRight

A po koncercie ostatniej gwiazdy nastąpiły kolejne wybuchy, tym razem wizualne. Jak się dowiedziałem, tradycją WWF jest pokaz sztucznych ogni na zakończenie festiwalu. To bardzo fajne, ale dlaczego strzelały dzisiaj, skoro impreza kończy się dopiero jutro? Tego się już nie dowiedziałem. Ein Fehler? Możliwe, ale było już zbyt późno i zimno  by doglębnie to analizować.

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
  1. Marek

    03.08.2011 o godz. 16:04

    Ostatni akapit bardzo trafny. Całe to zjawisko doskonale ujęli w swoim kawałku H2O z przyjaciółmi, gdzie Lou Koller śpiewa „Fashion before passion”. To stoi na głowie. Na dzień przed wyjazdem dostaję maila zabraniającego mi założenia ciucha Thor Steinar (rozumiem Niemców i całą genezę, ale dla mnie to dziecinada, szczególnie w kontekście całego tego pozerstwa, które na WFF widziałem, te kurtki z naszywkami szytymi dzień przed na maszynie, gdzie obok naszywki Nirvany jest Cannibal Corpse i co tam jeszcze), ale na miejscu widzę tysiące pozerów, zaopatrzonych dopiero co w takie same getry, takie same bluzy/t-shirty (uwielbiam Terror, ale ci gówniarze mogą go obrzydzić, uwierzcie mi), jakby w domu w ogóle t-shirtów żadnych nie mieli, bo w sumie to nie słuchają tej muzy. Oczywiście nie brakło też true zawodników (pozdrowienia dla niemieckiej ekipy z Schutzenhaus w Bad Duben) bez napinki, za to z muzą w sercu. Szacun dla 50-letniego pana Niemca, który zlał ciepłym moczem prolewicową pseudopoprawność i paradował w koszulce TS i mogli mu wszyscy skoczyć. A wy żałujcie, że nie widzieliście Volbeat. I szkoda, że nie wspomnieliście o Casualties, dla mnie odkrycie tego festu.

     
  2. Relacja: Rock In Summer 2011 | RockOko

    21.08.2011 o godz. 00:30

    […] Relacja – Festiwal With Full Force 2011 […]

     
  3. Relacja – Rock In Summer (Tides From Nebula, Flapjack, Kvelertak, Deftones) | RockOko

    21.08.2011 o godz. 02:57

    […] Relacja – Festiwal With Full Force 2011 […]

     
 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.