Relacja – Festiwal With Full Force 2011

31.07.2011

Dzień 3 - 03.07.2011 (Niedziela)

Podczas drugiego dnia festiwalu deszcz dał sie wszystkim mocno we znaki i jego obecność, także skutki napiętnowały WWF już do końca trwania festiwalu. Skrócę może opowieść o tym, co się dokładnie działo, ale wystarczy tylko powiedzieć, że noc i poranek dnia trzeciego były przeżyciem z kategorii „survival”, zarówno pod kątem walki z dostającą się już dosłownie wszędzie wilgocią, jak i wściekłymi podmuchami wiatru, które pole namiotowe zamieniły w totalnie pobojowisko. Wiele osób, w tym moi sąsiedni bracia z zakonu Faxe, zwinęło się tuż nad ranem, ratując dobytek, kobiety i dziatwę z paszczy rozszalałej saksońskiej natury. Nasiąknięcie terenu stwarzało poważne problemy organizacyjne, gdyż całe zaplecze i teren wjazdu do strefy artystów zmieniły się w jedno wielkie, pochłaniające pojazdy grzęzawisko. Trzeba jednak oddać organizatorom, że stanęli na wysokości zadania i zareagowali szybko. Już z samego rana na cały teren zaplecza został nawieziony żwir i słoma, które wprawdzie sprawiły, że „backstage” wyglądał jak obejście Macieja Boryny, ale przede wszystkim dawały element stabilizujący podłoże, które to rozwiązanie uratowało zespoły i ekipy techniczne od tonięcia w warstwach błota.

Organizatorzy pomyśleli też o fanach, dla których pod sceną główną wyłożono gumową powierzchnię, która także była bardzo pomocna i myślę, że zapobiegła niejednemu zwichnięciu czy złamaniu, ponieważ o normalnym wyglądzie i suchości ubrań już dawno nie mogło być mowy. Muzycznie ostatni dzień festiwalu szykował spore atrakcje właśnie na głównym podeście Zanim jednak zaczęło się tam poważne granie, inaczej niż w poprzednich dnia, gdzie scena główna startowała od 14:00, ruch zaczął się już po 13 i dokładnie objawił się tym, co widoczne na poniższym klipie. Hm, może tak – zapowiem dwoma krótkimi zdaniami: To był Manos. Manos był śmieszny.

YouTube Preview Image

Autor filmu: RockOko

Właściwą pobudkę postanowiłem zaserwować sobie w namiocie, sprawdzając co ma do zaoferowania portugalskie More Than A Thousand. Przyznam się, że przed przyjazdem na Full Furce, patrząc na rozkład kapel, postanowiłem wybrać sobie jakiś jeden zespół, którego w ogóle nie znam, ale który jakoś instynktownie by mnie skusił, by ich zobaczyć i padło właśnie na MTAT. Skojarzeniowo zaciekawiło mnie, czego więcej niż tysiąc mają w swojej muzyce, tak więc wybrałem się w ciemno na ich koncert i teraz już wiem na pewno, co oferują – więcej niż tysiąc woltów.  Początkowo, gdy wokalista zapytał publikę, kto jest skacowany po ostatniej nocy, niemrawo rękę podniosło jakieś 60% obecnych w namiocie, ale bóle, zgagi i kwasy szybko przeszły, gdy pióracze z kraju porto zaaplikowali zgromadzonym w namiocie swoją wstrząsającą kurację. Ich melodyczny metalcore nie poraża może oryginalnością, ale na żywo ma w sobie bardzo zaraźliwą energię, która pobudziła nawet dosyć pokaźną i zaangażowaną jak na te porę dnia grupę pod brezentem. Odrębne słowa uznania należą się posiadaczowi ciekawie rozczapierzonej fryzury aka bębniarzowi kapeli – Wilsonowi Silva. Jego szaleńcza gra i pasja, z jaką siekał po swoim zestawie była czystą wizualną przyjemnością. W ogóle się nie przejmował praktycznie zerową słyszalnością swojego instrumentu (co znowu z tym nagłośnieniem?!) i z niepohamowaną mocą produkował na tyłach kolegów taką moc, że gdyby nagle zabrakło na scenie prądu, myślę, że podłączenie jego pośladków do generatora spokojnie pozwoliłoby im dokończyć swój set. Jak się później okazało, takie przyłącze było bardzo potrzebne, ale o tym będzie za chwilę.

Po porządnym, rozbudzającym kopie w namiocie wstąpiłem na chwilę do „VIP Roomu”, gdzie natknąłem się na Cristiana i Ahrue z Ill Nino. Mając na uwadze ograniczenia organizacyjne z dostępem prasy do zespołów, zrobiłem błyskawiczną akcję (Hi I’m Chris / Hey, I’m Cristian) i po chwili już miałem zgodę na wywiad z wokalistą zespołu. Zapis naszej rozmowy jest dostępny TUTAJ. Na festiwal wróciłem po jakiś dwóch godzinach, ponieważ sam wywiad trwał ok. 30 minut, ale po wyłączeniu rejestratora przez kolejną godzinę kontynuowaliśmy rozmowę, która rozwinęła się na szeroko pojęte tematy „egzystencjalne”, w których było wiele wątków polskich. Rozstaliśmy już przed 16, Cristian poszedł rozgrzewać swoje struny głosowe, a ja zdążyłem na pół setu Your Demise. Namiot był nabity ludźmi na maxa, a scena buchała wściekłością. Wokalista Ed poinformował ze sceny, że miał „gówniany” tydzień i wszystkich, którzy rozumieją jakie to uczucie, zaprosił do wspólnego odreagowania w zabawie przy następnych numerach. W sam raz padło akurat na dwie perełki z ich ostatniej płyty „Kids We Used To Be”: najpierw świetny „Life Of Luxury”, z którego przeszli do równie czadowego, co szybkiego numeru tytułowego. Bomba, dobrze, że udało mi się na nich zdążyć. A tak przy okazji – w pełnym wymiarze będą do zobaczenia wraz z Enter Shikari 12 września w Warszawie. Trzeci dzień był naszpikowany dobrą muzą, gdyż ledwo co Anglicy skończyli grać pod namiotem, na scenie głównej zaczynali swój set kolejni Wyspiarze, tym razem Waliczyjcy ze Skindred. Nie ukrywam, że i ich chciałem złapać na wywiad i popytać m.in. o oczekiwania przed występem na polskim Woodstock, ale niestety na zapleczu nie udało mi się natrafić na nikogo z ekipy zespołu. Ich wybuchowe połączenie metalu, rocka, reggae i ska bardzo dobrze pasuje do grania na żywo, tak więc szykowałem się na naprawdę dobrą zabawę, a tu wyszedł klops i właśnie wtedy kilowaty generowane rano przez perkusistę More Than A Thousand naprawdę by się przydały, gdyż na głównej scenie…..zabrakło prądu. Skindred zagrał może 3 numery, było m.in. „Stand For Something” i „Trouble” z doklejoną na koniec wstawką „Sad But True” Metalliki i tyle. Wprawdzie w przerwach w dostawie prądu ubrany w wielki cylinder Benji znakomicie sprawdził się w nieoczekiwanej roli wodzireja i ludzie pomimo braku zasilania (głównie gitary) świetnie się bawili dyrygowani przez wokalistę zespołu, ale każda cierpliwość ma swoje granice i gdy wiosło zgasło po raz trzeci Skindred pożegnał się i zszedł ze sceny. Spora wpadka  organizatorów, którzy jednak szybko się zreflektowali i po przerwie technicznej poszedł komunikat, iż Skindred powtórzy swój występ o 22 wieczorem w namiocie. Warto zajrzeć na tą zaprezentowaną na WWF walijsko-jamajską miksturę kabaretu, rocka i dubstepa (dotrwajcie przynajmniej do 1:30, będzie wesoło):

YouTube Preview Image

Autor filmu: Lc4Hunter

Po „występie” Walijczyków pozostałem przy scenie głównej, gdzie instalowała się ekipa już wokalnie rozgrzanego Cristiana, czyli Ill Nino. Pamiętam, że gdy widziałem ich po raz pierwszy rok temu w Warszawie, byłem zaskoczony znacznie zintensyfikowaną brutalnością brzmienia na żywo w porównaniu do płyt. Dotyczyło to głównie właśnie wokalisty, który momentami zaciągał typowym death metalowym „growlem”.  Sprawa wyjaśniła się podczas naszej rozmowy w garderobie, gdyż Cristian przyznał się, że gdy zaczynał swoją przygodę z muzyką grał w kapeli, która grała covery legendy ekstremalnego grania – zespołu Death (Chuck – R.I.P.) i to w ich wczesnym repertuarze, czyli jeszcze w czasach ostrej sieki  bez progresji i eksperymentowania. Mocne i brutalne oblicze Ill Nino niestety nie miało zbytnio przełożenia na reakcję publiczności, która trochę skakała, trochę stała, trochę nie wiedziała co robić. Cristian pobudzając tłum do zabawy odmieniał słowo „fuck” na wszystkie możliwe sposoby, ale odzew wciąż był średni, pomimo bardzo dobrego doboru repertuaru. Latynoscy Amerykanie rzucili w publikę swoje najlepsze ładunki m.in. „I Am Loco”, „This Is Was”, „How Can I Live”.  Podobnie jak Kylsesa, Ill Nino również operują szerokim instrumentarium od gitar akustycznych po dwa zestawy perkusji, jakkolwiek w odróżnieniu od pierwszego zespołu instrumenty perkusyjne nie powtarzają się, ale są wzajemnym uzupełnieniem. Główny zestaw Dave’a Chavarri fajnie komponuje się z całym bongo-bębnowym akcesorium, za którym podskakując, rytmy wystukiwał Daniel Couto. Dobry występ z trochę drętwą publiką i ponownymi problemami z nagłośnieniem  (wrrr…).

Pozostajemy przy scenie głównej, gdzie reprezentację kontynentu północnego zastąpiła ekipa z przeciwległego krańca świata. O 18 na scenie pojawili się Australijczycy z Parkway Drive. Brygada z Byron Bay na pierwszy rzut wygląda jak piątka zwykłych chłopaków z sąsiedztwa. Krótkie włosy, jeansy, schludne koszule. Ale nie dajcie się zwieść pierwszemu wrażeniu, bo tak jak w naturze niektóre najbardziej niebezpieczne zwierzęta wyglądają bardzo niepozornie, tak i Parkway Drive od pierwszego taktu pokazał, że ich schludny wygląd skrywa zabójczy ogień. To była totalna miazga. Przede wszystkim, po tak wielu zgrzytach i wpadkach dźwiękowych nagłośnienie festiwalu w końcu wypuściło w eter czyste i potężne brzmienie. Po drugie, chłopaki są bardzo otwartą i zabawową ekipą, która w naturalny i szczery sposób wciągała całą publiczność do tańca. No i oczywiście po trzecie i najważniejsze – muzyka. Bezkompromisowy metal core z bombardującą podwójną stopą i ciętymi,  gitarowymi ciosami. Gniew i srogość w najczystszej formie. Emocje i złość to jedno, ale muzyka i festiwal to również zabawa i jej również było bardzo dużo podczas występu PD. Przede wszystkim, po lewej stronie sceny uwagę zwracał gitarzysta Luke, który pomimo złamania nogi pojechał z zespołem w trasę, choć cały czas musiał się poruszać na wózku inwalidzkim. Na WWF dodatkowo założył na głowę kask, co okazało się bardzo dobrym pomysłem, gdyż w pewnym momencie koncertu przewrócił się z wózkiem na plecy (!). Tego typu detale wprowadzały dodatkowe iskrzące elementy w poczucie ogólnej ekstazy, która wypełniała występ Australijczyków. Już nie będę wspominał o tym co latało w powietrzu, ponieważ było tego mnóstwo – od łydek, przez zabłocone gacie do….baniek mydlanych. No i nie można zapomnieć o świrze, który pojawił się na scenie na ostatnim numerze, fantastycznym „Carrion”. Osobnik wdrapał się na scenę półnagi i wpadł w szaleńczy amok: tańczył, szalał, ryczał, robił kółka i pompki…. Korba w pełnym rozkwicie:

YouTube Preview Image

Autor filmu: NoBelieveInJustice

Jeśli powyższy paragraf skojarzył Wam się z wcześniejszym opisem z drugiego dnia festiwalu, to tak, macie rację. Parkway Drive, tak jak Terror, absolutnie zmasakrowali Full Force i to były dwa najlepsze występy podczas festiwalu. Przynajmniej z tych, które udało nam się zobaczyć. I tu musi nastąpić pokutne uderzenie w piersi. Niestety występ PD był ostatnim, którego mieliśmy okazję doświadczyć na tegorocznym WWF. Nie planowaliśmy tak, ale niestety czynniki zewnętrzne sprawiły, że ostatniego dnia musieliśmy wcześniej wyjechać do Polski. Bardzo szkoda i sceny głównej wieczorem (Kreator, Volbeat) i sceny pod namiotem (Madball, Skindred, Samael) i potencjalnego wywiadu z wokalistą Madball Freddim Cricien’em, na który już miałem jego zgodę i byliśmy wstępnie umówieni po zakończeniu ich sesji podpisywania autografów. Niestety, sprawy potoczyły się trochę inaczej i resztki przybytku, który został po nocnej wichurze, musieliśmy zwinąć wcześniej. Rozumiem możliwe rozczarowanie i zarzuty o nieprofesjonalne podejście do relacji, które mogą teraz pojawić się w mailach lub komentarzach. Obiecujemy, że za rok będzie inaczej i będziemy do samego końca. W ramach usprawiedliwienia dodam tylko, że umówiona wcześniej sesja w Warszawie, która leżała u podstaw konieczności wcześniejszego wyjazdu, pojawi się na stronie i będzie ciekawa wizualnie. Na razie nie chcemy za dużo ujawniać, ale materiały są obecnie obrabiane i powinny ukazać się na przełomie lipca i sierpnia. Sprawy i terminy naprawdę niefortunnie się złożyły, a z kolei nie mogliśmy ominąć tego nagrania i wszystkich powiązanych z nim wydarzeń, dlatego musieliśmy podjąć tą trudną decyzję.

Zbliżając się do końca raportu z całego festiwalu, chciałbym jeszcze podzielić się moją refleksją zaobserwowaną w tzw. „VIP Roomie”. Celowo w całej relacji słowo określające „to” pomieszczenie jest pisane w cudzysłowie z uwagi na brak mojej identyfikacji ze statusem „ważności” osób przebywających w tym pokoju. Zaglądając tam od czasu do czasu, z zaciekawieniem obserwowałem wszystkich tych ludzi związanych z „ruchem”, tudzież „branżą”. Odpowiednio wydziaranych, z piercingiem zgodnym z kanonem stylu i sztuki, w ciuchach z odpowiednich linii i marek, a także w koszulkach zespołów występujących na festiwalu. I tu leży sedno. Jeśli ubierasz t-shirt czy bluzę z nazwą/logiem danej kapeli, jak rozumiem lubisz ją, jesteś fanem, czujesz się związany, identyfikujesz się z przekazem. Co więc robisz tutaj w tym pokoju, sącząc piwo ze znudzoną miną, kiedy zespół, którego nazwę masz na piersi w tym momencie gra dosłownie 20 metrów dalej na scenie pod namiotem?! To było dla mnie niepojęte i idąc dalej z tą myślą doszedłem do wniosku, że to nie jest żaden „VIP Room”. Że ci wszyscy dobrze skrojeni, zblazowani ludzi skupieni główne na kolejnym drinku i schronieniu się przed deszczem, że oni wcale tu nie powinni być. To, że kogoś znasz i dostałeś się na listę gości czy dostałeś opaskę o takim czy innym kolorze, wcale nie sprawia, że powinieneś mieć dostęp do czegoś lepszego, niż pozostali uczestnicy festiwalu. Skrót V.I.P. z angielskiego rozpisuje się jako „Very Important Person”, czyli Bardzo Ważna Osoba. W tym pomieszczeniu nikt nie miał prawa posiadania takiego statusu. VIP’em nie powinien być nazwany ktoś, kto miał dostęp do zaplecza tylko z powodu posiadanej opaski, wliczając mnie z ograniczoną, ale jednak pewną mocą sprawczą fioletowej przepustki dla prasy. Bardzo Ważną Osobą był opisany w pierwszej części relacji pan na wózku przebijający się pod scenę. Bardzo Ważnymi Osobami byli wszyscy ci, którzy z połamanymi nogami, w gipsie i o kulach, nie zważając na ograniczenia motoryczne, przyjechali na festiwal i dawali czadu w samym środku młynu. Bardzo Ważnymi Osobami były dziewczyny i chłopaki ściśnięci przy barierkach przed sceną, w zatraceniu wyśpiewujący wszystkie teksty ich ulubionego zespołu. Bardzo Ważnymi Osobami byli wszyscy ci, którzy surfując na rękach i głowach tłumu gubili ubrania i buty, których cała sterta leżała zarówno pod małą, jak i dużą sceną. Bardzo Ważnymi Osobami byli wszyscy ci, którzy po kilkadziesiąt minut pokornie stali w kolejkach tylko po to, by przez chwilę pogadać lub przybić piątkę z członkami zespołu, którego muzyka i słowa mają dla nich znaczenie. Bardzo Ważnymi Osobami byli i są wszyscy ci, którzy żyją wyjazdem na taką imprezę miesiąc przed i miesiąc po. Ci, którzy po powrocie do domu, jeszcze rozbici zmęczeniem i ubłoceni po szyję, włączają sobie wybrany zespół lub numer po to, żeby przywołać i ponownie poczuć ten klimat, emocje i atmosferę. A wszystkim tym, którzy przekonani o swojej ważności „uczestniczyli” w festiwalu, głównie poprzez oglądanie transmisji z ekranów w suchym i wygodnym „VIP Roomie”, dedykuję jedną linijkę z utworu „Between The Lines” przytaczanego już wcześniej The Ghost Inside: „What happened to the blood pumping through your veins?!” (Co się stało z krwią tętniącą w twoich żyłach?!).

Do Wszystkich Bardzo Ważnych Osób – do zobaczenia za rok!

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Bienkiewicz

Pełna galeria zdjęć z festiwalu jest dostępna TUTAJ

 

 

 


 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
  1. Marek

    03.08.2011 o godz. 16:04

    Ostatni akapit bardzo trafny. Całe to zjawisko doskonale ujęli w swoim kawałku H2O z przyjaciółmi, gdzie Lou Koller śpiewa „Fashion before passion”. To stoi na głowie. Na dzień przed wyjazdem dostaję maila zabraniającego mi założenia ciucha Thor Steinar (rozumiem Niemców i całą genezę, ale dla mnie to dziecinada, szczególnie w kontekście całego tego pozerstwa, które na WFF widziałem, te kurtki z naszywkami szytymi dzień przed na maszynie, gdzie obok naszywki Nirvany jest Cannibal Corpse i co tam jeszcze), ale na miejscu widzę tysiące pozerów, zaopatrzonych dopiero co w takie same getry, takie same bluzy/t-shirty (uwielbiam Terror, ale ci gówniarze mogą go obrzydzić, uwierzcie mi), jakby w domu w ogóle t-shirtów żadnych nie mieli, bo w sumie to nie słuchają tej muzy. Oczywiście nie brakło też true zawodników (pozdrowienia dla niemieckiej ekipy z Schutzenhaus w Bad Duben) bez napinki, za to z muzą w sercu. Szacun dla 50-letniego pana Niemca, który zlał ciepłym moczem prolewicową pseudopoprawność i paradował w koszulce TS i mogli mu wszyscy skoczyć. A wy żałujcie, że nie widzieliście Volbeat. I szkoda, że nie wspomnieliście o Casualties, dla mnie odkrycie tego festu.

     
  2. Relacja: Rock In Summer 2011 | RockOko

    21.08.2011 o godz. 00:30

    […] Relacja – Festiwal With Full Force 2011 […]

     
  3. Relacja – Rock In Summer (Tides From Nebula, Flapjack, Kvelertak, Deftones) | RockOko

    21.08.2011 o godz. 02:57

    […] Relacja – Festiwal With Full Force 2011 […]

     
 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.