Relacja: I Am Giant (07.12.2012, Warszawa)

12.12.2012

Wybierając się na koncert brytyjsko-nowozelandzkiego kwartetu I Am Giant, miałem dwa odczucia: dziś może być mało ludzi i dziś będzie dużo dziewczyn. Pierwsza prognoza się nie spełniła, gdyż koncert był wyprzedany, co jak sadzę, stało się dzięki dużemu wsparciu medialnemu, jakie w Polsce udzieliło temu zespołowi radio Eska Rock. Druga zaś myśl znalazła odzwierciedlenie w rzeczywistości i warszawska Hydrozagadka szczelnie wypełniła siępublicznością złożoną głównie z płci pięknej. Akurat w tym przybytku była to dosyć rzadka i w sumie ciekawa sytuacja. Nie ukrywam – Hydrozagadka nie jest moim faworytem na warszawskiej mapie klubowej m.in. dlatego, że dopóki nie rozbłysną światła koncertowe nadające jej znośną atmosferę, miejsce to przypomina raczej podpiwniczony magazyn na kartofle. Tak więc tyle kobiecych zapachów w miejscu, które zwykle ciągnie piwniczną wilgocią, było czymś mocno odmiennym od moich dotychczasowych wizyt w tym klubie. Żeby się gospodarze nie obrazili dodam tylko, że przy wejściu do Hydrozagadki naprawdę stoją worki z ziemniakami. Tyle słowem wstępu, czas na muzykę.

Koncert otworzyła polska załoga Chico. Nie miałem wcześniej okazji usłyszeć ekipy ze Świętochłowic i pierwszą moją reakcją na ich muzykę było po prostu: „wow!”. Ten haust zachwytu miał źródło raczej indywidualne niż zespołowe, a jego przyczyną był świetny głos wokalisty zespołu – Kuby Kirkowskiego. Czysty, przestrzenny, bardzo energetyczny. Duże wrażenie. Pod względem muzycznym całość brzmiała równie przyjemnie, tak więc koncert otworzył się z mocnym przytupem. Kolejne kompozycje nie były może aż tak ekscytujące, choć momentami pojawiały się podmuchy wyjątkowości, jak np. w refrenie „Ja wiem”, gdzie Kuba znów kosił kozacko. Ogólnie ich mieszanka, jak sami określają, „jaskrawych melodii oraz mocno połamanej rytmiki doprawiona elektronicznym impulsem samplera” wypadła ze wszech miar pozytywnie i Chico bardzo dobrze pasowali do roli rozpalacza atmosfery koncertu I Am Giant. Wokalista zespołu starał się mieć bezpośredni wkład w podgrzanie temperatury na sali. Skakał, tańczył na scenie i usilnie zachęcał do zabawy publiczność, jednakże odzew był niestety mizerny. Dziewczyny wolały pachnieć.

Po niezbyt długiej przerwie na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru, która zaczęła swój występ najlepiej jak mogła, czyli od wyśmienitego „Purple heart”. Jest to najlepszy i najmocniejszy numer na debiutanckiej płycie I Am Giant zatytułowanej „The horrifying truth” i chyba dlatego w jego trakcie spłynęło na mnie dobitne przeświadczenie – dzisiaj będzie padaka. Jeśli na tak energetycznym numerze otwierającym, jak rozumiem, wyczekiwany koncert była tak minimalna reakcja publiki, to nie zakładałem, że z czasem może być lepiej. Tym bardziej, że reszta kompozycji z albumu jest bardziej stonowana i bez takiej werwy, więc nie zanosiło się, że w dalszej części nastąpi podgrzanie atmosfery. I tak się niestety stało. Sam zespół grał poprawnie, choć nie po raz pierwszy jakość dźwięku w Hydrozagadce pozostawiała bardzo wiele do życzenia. W trakcie występu brzmienie trochę się polepszyło, ale potencjometry pozostały niedociągnięte do końca wieczoru, co potwierdzali sami muzycy, kilkakrotnie prosząc w trakcie występu o podbicie odsłuchów. A jak wypadły same kompozycje? „The escape artist”, „City limits” czy „Let it go” to przyjemne, ładne, chwytliwe piosenki, ale bez takiej dawki ognia jak „purpurowe serce”. Przed koncertem zastanawiałem się, czy wykonanie tych utworów na żywo doda im energetycznego kopa, ale tak się nie stało i to miało przełożenie na publikę. Poza tym atmosfera była przyjacielska. Przed „Let it go” wokalista Ed Martin zapytał, kto ma ochotę się dziś upić, a że koncert odbywał się w piątek, oprócz publiczności zgromadzonej w zlokalizowanej na warszawskiej Pradze Hydrozagadce, ręce do góry podniosło pewnie pół dzielnicy. Na specjalne wyróżnienie zasłużył perkusista Shelton Woolright i to nie ze względu na fakt posiadania takiej ilości tatuaży, że niedługo z miejsc jeszcze niewydziaranych zostaną mu chyba tylko pięty, łokcie i płytka nazębna. Shelton nie tylko bardzo ekspresyjnie grał na perkusji, ale również trzymał bliski kontakt z publicznością, często wychodząc zza swojego zestawu w trakcie koncertu, by przybić z ludźmi piątki. Oprócz utworów wymienionych wcześniej I Am Giant  zagrali też „Blackhole of my heart” czy „Living the crash”, tak więc zaprezentowali wszystko, co muzycznie najlepsze na płycie, ale padaka jakoś nie chciała odpuścić i pomimo namów frontmana do zabawy, zrywy i zapał publiki były chwilowe i ludzie szybko zapadali w kiwaną stójkę. Podsumowując, to był fajnie zagrany, źle nagłośniony i na linii interakcji zespół-publiczność trochę za mało energetyczny koncert.

Krzysztof Bienkiewicz

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
  1. Filip

    15.12.2012 o godz. 02:02

    to jest chyba najgorsza recenzja koncertu jaką czytałem…

     
  2. Ola

    28.12.2012 o godz. 19:02

    Ja nie wiem gdzie Ty stałeś…. Ja stałam pod samą sceną i tam się aż kotłowało, przez cały koncert. Za mało enegretyczny koncert i za mała interakcja? Bzdury… Co najmniej 10 osób w ciągu tygodnia po koncercie napisało na fanpage’u I Am Giant, jak bardzo im się podobało, a i zespół miał te same odczucia, bo wracają w kwietniu.
    Pozdrawiam.

     
 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.