Relacja – Impericon Festival 2012

17.05.2012

Nie ma co, Impericon zbudował imperium. Założona w 2004 roku firma początkowo skupiona na sprzedaży odzieży w ciągu niecałej dekady zdołała stworzyć międzynarodową sieć sprzedaży zarówno ciuchów typu „street-wear“, jak i wszelkich gadżetów odzieżowych zespołów z szeroko pojętej sceny metal-core. Oprócz działalności handlowej Impericon rozkręcił również imponującą machinę koncertową, organizując lub sponsorując takie wydarzenia jak Never Say Die Tour, Progression Tour, scenę Impericon Hard Bowl w ramach festiwalu With Full Force czy też najnowszy, tegoroczny pomysł – objeżdżający Anglię Rock Sound Impericon Exposure Tour. Zarówno NSDT jak i Progression Tour docierały do Polski, a we wszystkich dotychczasowych edycjach tras i koncertów organizowanych pod marką firmy prezentowały się m.in.  takie kapele jak Parkway Drive, Madball Comeback Kid,The Ghost Inside, Heaven Shall Burn, Unearth i wiele innych. A do tego wszystkiego Impericon ma swoje radio internetowe i od 2011 roku organizuje własny festiwal. Phi, też mi tam. No ale skoro już napomknęliśmy o tych drobnostkach, to zatrzymajmy się dłużej przy temacie relacji, czyli festiwalu. Tegoroczna, druga edycja Impericon Festival ponownie została zorganizowana w mateczniku firmy, czyli w Lipsku. Jeśli chodzi o skład imprezy, to szczerze muszę wyznać, że kiedy organizatorzy ogłosili tegoroczny zestaw kapel, w wybuchu ekscytacji ciśnienie skoczyło mi o 46 atmosfer. Parkway Drive, Caliban, The Ghost Inside, Your Demise, Confession, Miss May I, Born From Pain – a to tylko kilka głównych strzałów. Sprawa była prosta – nie można było tam nie być. Fani również wiedzieli, co się szykuje i impreza została wyprzedana już na kilka tygodni przed jej organizacją. Łomot szykował się straszny, tak więc gdy nadszedł dzień konfrontacji, w ramach wzmocnienia kości łyknąłem wiadro magnezu, spakowałem mikrofony i ruszyłem do Lipska, by sprawdzić, co w niemieckiej trawie miażdży.

Ze względu na imponujący zestaw 14 kapel oraz 1 dniowy charakter festiwalu, całość imprezy zaczynała się bardzo wcześnie, bo już w południe. O godzinie 12:00 otworzono bramy byłego kompleksu hal targowych Agra, a pierwszy zespół z zestawu – Breakdown Of Sanity – wg. planu miał wyjść na scenę 45 minut później. Cóż to musiała być za katorga dla licznie przybyłych zwolenników młócki, tak wdrażać się w festiwalowy klimat pianą i kolorowymi trunkami już przed 13:00. Niemiecka obowiązkowość jednak nie zawiodła i rzesze spragnionych wrażeń fanów ustawiały się w kolejkach po stosowne suplementy od samego początku imprezy. Całość zaczęła się jednak od czegoś zupełnie niespodziewanego. Nadeszła 12:45, czyli godzina występu pierwszej kapeli, a tu scena pusta. Minęła 13:00 – wciąż nikt nie gra. Minęła 13:15, mikrofony nadal nie ruszone. Zgodnie z  planem za 10 minut powinien wyjść kolejny zespół, a jakichkolwiek muzyków ani widu, ani słychu! Nie mogło być innego wytłumaczenia niż to, że słynna niemiecka organizacja nawaliła i jest 45 minut opóźnienia! Szok, wstrząs, porażenie. Nadeszła w końcu 13:25 i na scenie pojawili się wspomniani Szwajcarzy z  Breakdown of Sanity, co początkowo sugerowało, że organizatorzy zaliczyli mega wpadkę, że wszystko się przesunie o około godzinę, że uciekną ostatnie tramwaje, że Merkel wystąpi z Unii. Jak się jednak okazało, u naszych zachodnich sąsiadów nie ma takiej opcji i wszystko od początku było pod kontrolą. Z bliżej nieznanych powodów z zestawu wypadł drugi w kolejności His Statue Falls, tak więc pierwsza kapela weszła na ich miejsce i to spowodowało owe kontrolowane przesunięcie. Ok, koniec wstępnego brzęczenia, przejdźmy do meritum. Agra od samego początku była wypełniona kilkutysięcznym tłumem, który pierwszej z występujących kapel zgotował ciepłe przyjęcie. Wyśpiewywane teksty, wędrująca po tłumie flaga Szwajcarii i pierwszy tego dnia muzyczny młotek wbijający w betonową podłogę dobrze rozpoczęły festiwal. Wszystko było miłe i fajne oprócz jednego – dźwięku gitar, których słyszalność objawiała się jedynie emisją skomasowanego charczenia. Pierwsze koty za płoty i w nadziei, że dźwiękowcy szybką ogarną gałki, czekałem na kolejny występ.


(Guten Morgen Impericon)

Jako następna na scenie zamontowała się pierwsza z ekip reprezentujących tego dnia Australię, czyli  Confession. Wyczekiwałem ich koncertu i tego, jak na żywo zaprezentują się ich numery ze świetnego albumu „The Long Way Home”. Szybka instalacja i pojechali z wybranym na Impericon ciężkim setem. „Heartless”, „Confused – Hopeless”, „Horror” czy „Send a Meat Truck” rozruszały ramiona i łokcie na dobre, czego efektem były pierwsze tego dnia rozkwitłe na podłodze „maki“, czyli zakrwawione chusteczki. Najbardziej żywiołową reakcję publiki wywołał cover, albowiem Confession uraczyli Agrę zagraniem numeru Limp Bizkit. Był to wykonany praktycznie jak w oryginale „Break stuff”, ale swoim charakterem i nakładką ciężkości Confession dobrze wpisał się w klimat występu Australijczyków. Na wyróżnienie zasługiwały bardzo dobrze wykonanie przez gitarzystę Dana Browna wszystkie melodyjne partie refrenów. Natomiast na bezapelacyjną naganę i wieczne potępienie, nie z winy zespołu, wciąż zasługiwał dźwięk, który nic a nic się nie poprawił. Może na Eskimosach będzie lepiej?

Eskimo Callboy to ciekawa załoga. Szóstka chłopaków z niemieckiego Castrop-Rauxel  powstała stosunkowo niedawno, bo w 2010, ale mikstura ich death core metalu gęsto zraszanego chwytliwą elektro-melodyką jeszcze przed ukazaniem się ich pierwszej EPki wywołała w sieci spore zamieszanie. Dość rzec, że ilość odsłuchań pierwszych numerów umieszczonych na myspace w ciągu dwóch tygodni przekroczyła liczbę 10 000. Impericon Fest również przyjął ich bardzo dobrze, skacząc i szalejąc w rytm takich strzałów jak „Monsieur Moustache vs. Clitcat „, „In Anhyone Up” czy „California Gurls”, który swoją drogą jest coverem piosenki… Kate Perry. Dwójka wokalistów, w tym jeden w fajowej czapce uszatce, robiła dobry show, wciągając przednie rzędy do intensywnej zabawy. Eskimo Callaboy  zaprezentowali się bardzo energetycznie, dając publiczności coś fajnego i nowego. Parafrazując klasyka, można stwierdzić “a sedum sedum sedum, to ne je hejvi metal, a je to metal core disco!“.

(Eskimo Callboy)

Eskimo Callboy – California Gurls

YouTube Preview Image

Przy następnej ekipie wszelkie odcienie lekkości i melodyki Eskimosów uleciały czy też zostały bezpardonowo zmiażdżone przez mega, mega ciężkie dźwięki Nasty. Niemiecko-belgijska załoga spuściła wszystkim wgniatający łomot, który nie brał jeńców i podrywał  do „tańca” całe rzesze narciarzy, kosiarzy i wszelkich entuzjastów gimnastyki. Efekt? Zagęszczenie i wzrost obecności czerwonych plam na podłodze o około 30%.

(Nasty)

Przy obsadzie następnej kapeli wyczuwam celowe działanie organizatorów, które jak najbardziej zasługuje na pochwałę. Po rozjechaniu wszystkich przez walec Nasty na scenie zainstalowało się sześciu młodziutko wyglądających chłopaczków w dżinsach i koszulkach. Normalnymi, czy też w porównaniu do poprzedników, cieniutkimi głosikami bez charkotu przywitali się z publiką i zaczęli grać… piosenki. Nie strzały, ciosy czy torpedy, ale piosenki. Z głośników poleciały fajne, rockowe kompozycje bez łomotu, growlu i łamania rytmu. A co to, a kto to? To Set Your Goals, amerykański sekstet grający coś, na co ktoś wymyślił nazwę „easycore”. Tak, też się pobłażliwie uśmiecham pod nosem, ale ostatecznie jeszcze ujdzie, albowiem riffowe kopniaki gęsto wypełnione fajnymi melodiami niosły ze sobą powiew lekkości pasujący do tej specyficznej nazwy „gatunku“. A lekkość owa, po dotąd zaserwowanej miazdze była potrzebna i stanowiła bardzo dobre i pożądane odświeżenie. Ci Niemcy to pomyślą o wszystkim. Za mikrofony ponownie wzięli się dwaj wokaliści w wizualnym układzie patyczek i pączek, którzy to w naprzemiennych interakcjach wokalnych bardzo dobrze ciągnęli energetykę występu zespołu. Wreszcie trochę polepszył się dźwięk, co dobrze wróżyło przed występami głównych gwiazd festiwalu. Podsumowując występ Set Your Goals, podzielę się myślą, która towarzyszyła mi podczas ich całego koncertu: kurde, ale oni mają fajne melodie! Kto chce się o tym przekonać na własnym uchu, będzie miał niedługo okazję, albowiem w lipcu SYG przyjadą rozbujać publikę w Jarocinie. Fajne chłopaki grają fajne piosenki!

Set Your Goals – The Last American Virgin

YouTube Preview Image

(Set Your Goals)

Po chwili oddechu z lekkością Set Your Goals przyszedł czas na powrót do bombardowania, które tym razem zaserwowali Holendrzy z Born From Pain. Ich występ był mocny i zwarty jak bokserska garda, spomiędzy której raz po raz wychodziły celne i bezkompromisowe uderzenia. „Rise Or Die”, „Never Walk Alone” czy „American Treason” dobrze podbijane energią i zaangażowaniem wokalisty Roba Franssena wciągnęły publikę do intensywnej zabawy. Całość zakończyło potężne „The New Hate”, a Born From Pain dostali zasłużone brawa za swój wkład w wygenerowanie kolejnych, soczystych siniaków.

Następnego w kolejce While She Sleeps niestety nie było mi dane obejrzeć, ponieważ w tym czasie przeprowadzałem wywiad ze Stuartem Paicem, gitarzystą Your Demise. Do hali powróciłem już w trakcie występu Amerykanów z Miss May I dowodzonych przez burzę gęstych, rudych loków będących własnością wokalisty Leviego Bentona. Ten facet to wulkan energii, którą gęsto rozsiewał po całej hali, wykrzykując takie petardy jak „Our Kings”, „Forgive and Forget” czy „Relentless Chaos”. Zagrali też dobrze rokujący numer z nowej płyty zatytułowanej „At Heart”, która ma się ukazać 29 maja. Podobnie jak podczas występu Confession, brawa dla zespołu za ogólną energię i czystość melodyjnych wokali, a kciuki w dół dla wciąż pierdzących gitar. Na osłodę i ku uciesze tłumu występ MMI został okraszony pojawieniem się niespodziewanego gościa..

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Relacja – Impericon Festival 2012 została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.