Relacja: Jakob (Warszawa, 09.05.2015)

14.05.2015

Już podczas niemal trzygodzinnej podróży do Warszawy na ten koncert towarzyszył mi przede wszystkim spokój i lekkie rozmycie. Podobnie było, gdy przemierzałam piechotą Aleje Jerozolimskie – choć tuż obok pędziły rzędy samochodów, nie zauważałam ich. Były dla mnie jedynie przelewającą się niemą masą. Prawdopodobnie wynikało to z mojego maksymalnego skupienia się w środku, zasłuchania w dźwięki wylatujące akurat ze słuchawek. Miasto płynęło przeze mnie. Docierając w końcu do Hydrozagadki czułam się, jakbym nagle wynurzyła się z bardzo zimnej wody. Głęboki oddech. Pierwsze oznaki ciepłego napięcia, które zwykle towarzyszy mi przed koncertami.

W tym punkcie warszawskiej Pragi wszystko wirowało. Grupki ludzi mieszały się ze sobą, ktoś zamawiał piwo, ktoś atakował przestrzeń swoim głośnym śmiechem. Mimo to czuć było pewną gęstość, nietypową dla majowego powietrza. Niektóre twarze wydawały się być wręcz zastygłe. W całym tym maglu odnajdywałam jednostki siedzące na uboczu, z odtwarzaczem MP3 w dłoni, zapatrzone niemal w inny wymiar. To był dla mnie silny bodziec. Już wtedy wiedziałam, że to nie będzie zwykły muzyczny event.

Pierwsi na scenę weszli Moonglass. Byłam zaciekawiona, ale raczej krytycznie nastawiona. Kojarzyłam ich twórczość piąte przez dziesiąte. Zwyczajnie byłam tak zaaferowana kapelą z Nowej Zelandii, że zapomniałam całkowicie o tym, że będzie support. Usadowiłam się więc wygodnie mniej więcej w połowie klubu i czekałam. To, co usłyszałam chwilę później, od razu mnie pobudziło. W tych dźwiękach – zarówno instrumentów, jak i wokalu Mateusza Gudelisa – była namiętność. Pasja, która porażała. Gdzieś ukradkiem szarpała nawet te najgłębiej schowane struny mojej wrażliwości. Jednocześnie to było bardzo orzeźwiające doznanie. Dzięki takim utworom jak Fade, czy Thistledown, Moonglass stworzyło zupełnie odrębną rzeczywistość emocjonalną, szybko odcinając się od miana „rozgrzewacza publiczności”. To było Coś, co postawiło ich w świetle twórców wysokiej klasy muzycznego performance.

Moonglass (Warszawa, 09.05.2015)Moonglass
Zdjęcie: Anna Bursztynowicz

Gdy tylko lokalni wykonawcy zeszli z „desek” Hydrozagadki, zarządzono przerwę. Całkiem pokaźny tłumek fanów gatunku wypełzł z dusznego, nieco spłaszczonego półmroku klubu, by załapać się na ostatki zmierzchu. Za rogiem czekała już gwieździsta noc. W drgającym między znajdującymi się na dziedzińcu osobami powietrzu, zauważałam pewną niecierpliwość i ciekawość – zagrają Saint, czy nie… Na odpowiedź trzeba było jeszcze poczekać. Rozumiałam te emocje doskonale. Przyjemnie rozgrzane membrany naszych uszu nie chciały odpoczywać. Bynajmniej – one wręcz pragnęły kolejnej dawki muzycznej morfiny, która była przecież w odległości zaledwie dwóch kwadransów.

Jakob… Po wydarzeniach tamtego wieczora, mogłabym zostawić w tym miejscu wyłącznie nazwę zespołu, a wszyscy obecni 9 maja w Hydrozagadce wiedzieliby, co mam na myśli. Jednak dla tych, którzy nie dotarli ubiorę to w słowa, starając się wyciągnąć esencję i miąższ, a musicie wiedzieć, że było tego naprawdę dużo.

W momencie, gdy tylko zaczęli grać, publiczność drżała jeszcze typową, koncertową ekscytacją, która dopiero ewoluowała w obezwładniające czucie. Z każdą minutą widać było coraz bardziej nieobecne twarze. Spojrzenia, które wręcz wchłaniały ułożenie rąk Jeffa i Maurice’a na gryfach, czy też pełne subtelnej mocy uderzenia w bębny Jasona. Ciała niemal wszystkich zgromadzonych popadały w niesamowity trans, poruszając się jak gdyby na falach wysyłanych przez zespół.

Niewątpliwie chwila, podczas której Jeff, gitarzysta Jakob powiedział, że zagrają utwór Saint, najbardziej zapadła w pamięć fanom. Również mnie. Dlaczego? Czuję silną więź z tą kompozycją, która w moich myślach uchodzi za jedną z najpiękniejszych, jakie kiedykolwiek powstały. Właśnie przez te 9 wspaniałych minut, najsilniej oddziaływały na mnie dźwięki. Wybuch radości na tą wieść, szybko zastąpiło zanurzenie. Wszystkich nas otuliła wydobywająca się z instrumentów biel, przykrywając wszelkie doczesne istotności. Liczył się wyłącznie ten moment. Każdy z osobna stawał się efemerydą. Ulatywał z każdym tonem coraz wyżej, poza horyzont zdarzeń.

Zamknięte oczy, opuszczone lekko głowy. Ruch ciał, jak gdyby poruszanych delikatnym wiatrem. Ja sama – twarz w dłoniach. Tłum przede mną zniknął, podobnie jak całe pomieszczenie. Miasto. Rzeczywistość. Mrowił mnie każdy milimetr skóry. Wrażenie miękkiego odosobnienia. Nowozelandczycy stworzyli w tamtej chwili kilkaset nowych rzeczywistości. Hydrozagadka stała się galaktyką, w której unosiły się żywotne w swoim zamyśleniu planety. Dzięki Saint sięgnęliśmy nieboskłonu.

Jakob (Warszawa, 09.05.2015)Jakob
Zdjęcie: Anna Bursztynowicz

Do końca występu formacji panowała nierzeczywista atmosfera. Opuszczając klub po koncercie zauważyłam jednak, że czucie nie zeszło ze zgromadzonych na zewnątrz osób. Niektórzy siedzieli milczący, lekko oszołomieni. Noc wydawała się być ocieplona doznaniami. Stojąc wśród ludzi, zerknęłam mimowolnie na ledwo widoczne gwiazdy migocące nad Warszawą. Patrząc na nie towarzyszyła mi pewność, że chwilę temu byliśmy Tam.

Aleksandra Tychmanowicz

Jakob (Hydrozagadka, Warszawa, 09.05.2015)Zanurzeni w czuciu: Jakob i fani, w tym jeden na scenie.

Zdjęcie: „Lazarroni”

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Relacja: Jakob (Warszawa, 09.05.2015) została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.