Relacja: Kabanos akustycznie (01.03.2013, Piaseczno)

04.03.2013

Zasiadając do napisania tego artykułu pomyślałem, że to w zasadzie dziwne. W okresie kilku miesięcy byłem na czterech koncertach Kabanosa, zarówno klubowych, jak i plenerowych, na których naprawdę sporo się działo. Bez ściemy, nawiązując do gastronomicznej nazwy zespołu, dzięki Kabanosowi doświadczyłem korby polanej sosem maniakalnego szaleństwa. Przetrwałem moc wirówki kartoflanego pogo. Cudem uniknąłem obrażeń od naporu karczochowej „ściany śmierci”. No i przeżyłem strawienie kulebiaka ulepionego z rzucanych w publiczność wilgotnych skarpetek wokalisty formacji. A ostatecznie wyszło na to, że piszę relację ze zwykłego koncertu akustycznego… Jednakże czy przyzakładowa orkiestra masarni w Koniszynach Górnych potrafi grać “zwykłe” koncerty?

Mając na uwadze fakt, że przy poprzednich występach Kabanosa pogo i ściany śmierci szły w ruch jeszcze przed wyjściem zespołu na scenę (bez muzyki!), pierwszy występ na trasie „Na Pudle Tour 2013” w piaseczyńskim klubie „8 Ball” rozpoczął się dosyć spokojnie. Ładne przywitanie, podstrojenie gitarki, melodyjki, cukiereczki, landryneczki. Tym, co rzuciło się na wstępie w oczy i uszy, był fakt, że w akustycznym obliczu kiełabsy, wokalista formacji Zenek Kupatasa jest znacznie bardziej wyeksponowany. Podczas koncertów elektrycznych na pierwszy plan naturalnie wysuwa się kawalkada robiących rozpierduchę gitar, a wokal akompaniuje naparzaniu, a w nowym obliczu zespołu, obywatel Kupatasa został wysunięty „na sajm przód” szeregu i musiał własną klatą i gardłem udowadniać, że wędlina w nowym opakowaniu nie jest nadpsuta. Państwowa Inspekcja Sanitarna potwierdza – obroniona kabanosowa twierdza. W śpiewie Zenona wciąż jest obecny charakterystczny dla niego motyw charczenia w stylu nafaszerowanego amfetaminą Zwierzaka z Ulicy Sezamkowej, ale są też i elementy nowe, wyuczone na lekcjach, o których opowiadał nam w wywiadzie, czyli wysokie rejestry, w których Z. brzmi jak pozytywnie roześmiany dzieciak z lizakiem o rozmiarze równym obwodowi talii Ryszarda Kalisza. Tak, to było zupełnie niepoprawne stylistycznie, bardzo długie zdanie.

No dobra, ale co grali? Był „Ptaszek”, w którym ramiona Zenona weszły w bezpośrednią interakcję z publicznością, przytulając w czasie refrenu wybrane jednostki. Pojawił się też błysk aranżów, który nie wiem, czy został wyłapany przez zabujaną w browarze wiarę, ale flażolet, jaki strzelił w tym numerze Mirek Łopata był zagrywką naprawdę na 100 fajerek, która bezpardonowo posmyrała po pęcinach. Czy ktoś teraz właśnie „gugluje” znaczenie słowa „flażolet”?

Co jeszcze? Ważna informacja – Lodzia w czerwcu się żeni. Ta druzgocąca dla niektórych niewieścich serc nowina gruchnęła tak niespodziewanie, że kilka damskich postaci pod ciężarem otrzymanego ciosu osunęło się pod stoliki. Kilka męskich torsów, dając nura pod blaty, ruszyło im na ratunek, ale szczerze powiedziawszy podejrzanie długo się stamtąd nie wynurzali…. Jakby w sam raz  na podkład dla akcji „usta-usta” ze sceny poleciała zacna pieśń o miłości pt. „Chmurki” wykonana przy wsparciu rozbujanej publiczności. No i te kończące „nenufary” – czyż język polski nie jest piękny? Nie mówcie mi tylko, że ktoś „gugluje” teraz nenufary?!?

Przy „Azorku” merdałem z radości ogonem, słysząc tak fajowe jego wykonanie, które ponownie odbyło się z pomocniczym udziałem publiki, tym razem w formie wspierającego szczekania w refrenie. Trochę bluesa, trochę bieszczad, troche bigosu pojawiło się w „Dobranocce”, a z kolei „Pancerz” nabrał całkiem innego wymiaru głównie poprzez hipnotyczny rytm zapodawany przez Witalisa Witasrokę. Pozostali muzycy też dodawali od siebie niespotykane dotychczas dźwięki i tak „Klocki” rozpoczęły się od wstępu Mirka na ustnej harmonicjce zwanej również popularnie „transporterem zajadów”. Mirek tego wieczora nie miał objawów styczności z faunoflorą obcych kącików ust, choć nie wydaje mi się, żeby takiego kozaka cokolwiek mogło się czepić. Po pierwsze, Miras to zdolna bestia, gdyż tego wieczora oprócz gitary i „transportera” pocinał również na klawiszach. A po drugie – to bestia seksowna, gdyż po jednym z koncertów zeszłorocznej, jesiennej trasy „Kiełbie we łbie Tour 2012”,  jedna z koleżanek w naszej redakcji stwierdziała, że cytuję „Mirek ma absolutnie porywający tyłek i odcinek lędźwiowo-krzyżowy kręgosłupa”. Wygląda więc na to, że w Kabanosie na jednym z wioseł gra prawdziwy, rock’n’rollowy szarlatan o właściwościach  rozgrzewających (damskie zmysły) większych niż blok ciepłowniczy elektrowni Łagisza.

Zastanawiajac się, czy nie ujawnić tożsamości redaktorki, która skrycie marzy o lędźwiach Mirosława Łopaty, odciągnąłem na moment wzrok od sceny, a kiedy spojrzałem na nią ponownie, przed podestem, na którym grał zespół pojawiła się osobistość niczym z amerykańskiej przeróbki japońskiego horrou „Klątwa”. Przed rozśpiewanym Zenkem zamajaczyła niska postać o bliżej nieokreślonej płci ze złoworgo opuszczonymi na twarz włosami. Zrobiło się mrocznie, zrobiło się tajemniczno, brakowało tylko studni. Po analizie podrygo-ruchów postaci łatwo można było wywnioskować, że osobnik ten wirusem zombi zaraził się w klubowym barze, jakkolwiek jego pozornie złowroga postura nie odstraszyła zgromadzonej publiczności. Wręcz przeciwnie, pomogła przełamać pierwsze lody i pobudziła ludzi do wzniesienia pośladków, stawienia sie pod sceną i rozpoczęcia kiełbasianych tanów. Było fajnie, było miło, się śpiewało i się piło, ale po zakończeniu numeru Zenon zakomunikował: „Wspaniale, że się rozruszaliście, bo to jest koniec koncertu!”.

Na co Mirek do drugiego mikrofonu: „To po co ja się stroję?”

Na szczęście kurtyna, której w klubie i tak nie było, nie zapadła, a na koniec nastąpiło najlepsze, czyli brawurowe wykonanie słynnego przeboju radzieckich operatorów katiuszy, piosenki „Fantazja” z repertuaru zespołu, który możecie pamiętać ze względu na fakt, że byli jedynem supportem na pierwszej trasie Slayera w Europie w roku 1985. Tak tak, to było kolejne długie zdanie i tak tak, nie mylicie się, rzeczona ekipa to własnie ta załoga zdeklarowanych fanów ćwieków i noży rzeźnickich – Fasolki! Podczas wykonywania ich nieśmiertelnego przeboju były baloniki, był Lodzia na krześle, było także pogo, które w naturalny sposób rozciągneło się na zagrane później „Buraki”, podczas których wszyscy tradycyjnie mieli na wszystko „wyj…ne”. No może oprócz właściciela klubu, który z rosnącym niepokojem patrzył na trajektorię glanów sięgających coraz bliżej sufitowych lamp.

(Fot. www.fotomigawka.net)

Czy był więc to zwykły koncert akustyczny? Oczywiście, że nie. Była zabawa, był luz, była jak zawsze kiełbasiana korba. Na poziomie muzyki bardzo fajnie, że zarówno na płycie „Na pudle”, jak i na koncercie, zespół nie poszedł na łatwiznę i nie zagrał w formie akustycznej po prostu tego, co jest na „elektrycznych” albumach. Numery zostały stosownie przearanżowane i uzupełnione o dodatkowe instrumenty, dzięki czemu otrzymały nowe dźwięki barwy, rytmikę i koloryt.

Tak naprawdę pod koniec koncertu, stojąc w zamyśleniu i kontemplując linię brzegową pępka Zenona Kupatasy, zastanowiłem się, dlaczego ja właściwie tak często chodzę na koncerty tego zespołu? Przecież to wszystko jest na jajo, przecież to niepoważne, przecież klepiemy się po brzuchach. Wiem, że to całe pasmo żartu to zabieg świadomy, ale ktoś może zapytać, gdzie tu w ogóle “sztuka”? Gdzie „czucie wyższych rzędów”? Odpowiedź nasunęła się w zasadzie sama, kiedy spojrzałęm na scenę, gdzie zobaczyłem członków zespołu stojących na stołkach, machających kudłami i wymachujących kończynami. A pod sceną, na powierzchni przysłowiowego „metr-na-metr” metalowo-punkowa gromada przepychała się, pogowała i gęsto częstowała łokciami. A pośród nich snuł się zombie z „Klątwy”. A ponad nimi wszystkimi unosiły się kolorowe baloniki, w tym jeden w kształcie serca. Aha, no i zapomniałbym – to był koncert akustyczny….

Kabanos to zjawisko. Tego typu interakcji z publicznością – przyznam się – nie widziłem nigdy, obojętne czy to na koncercie w Polsce, czy za granicą. Energia, radość, zabawa, żarty i świadomy kabaret, który publiczność sama podchwytuje i wdraża bez żadnych zachęt. Poza tym Kabanos jest bardzo polski. W żarcie, w przaśności, w fajności, spontanie i otwartości. No i Kabanos nie jest “gupi”. Kiełbasa śmieje się, śpiewając o czymś istotnym w nadziei, że istoty ich słuchajace zrozumieją, że gastrologiczny charakter liryki nie jest główną tudzież jedyną istotą ich wędliniarskiego przekazu. I przede wszystkim – najważniejsze – Kabanos ma dystans. Do siebie, do świata, do życia, do skroplonych potem pachwin i wilgotnych skarpetek ukrytych w kartoflach pod keczupem. To ważne, ponieważ dystans rozpuszcza napięcie pośladków, a rozluźnione pośladki uwalniają….Zaraz zaraz, chyba poszedłem w złą stronę. Podsumowując – życzę wszystkim zdrowego dystansu. A głównej scenie tegorocznego Woodstocku solidnej konstrukcji. Nadciąga Kiełbacha. Będą trzeszczeć flaki.

Wędlinę powąchał i posmakował: Krzysztof Bienkiewicz

PS. Po koncercie w sieci błysnęło i „wideło”. Wprawdzie nie jestem pewien czy ten fragment było kręcony kamerą czy kolbą kukurydzy, ale jeśli chcecie zobaczyć jak na pudle hasa kiełbasa, to jednak warto zajrzeć, szczególnie od 4:36.

YouTube Preview Image

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
  1. jacek

    05.03.2013 o godz. 07:28

     
 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.