Relacja – Koncert Sevendust

09.06.2011

To będzie trochę nietypowa relacja z koncertu. Nietypowa, ponieważ z trzech zespołów będących 6 czerwca 2011 na wokandzie klubu Stodoła w Warszawie w tej relacji pojawi się tylko jeden i nie będzie nim główna gwiazda wieczoru. Nie mam absolutnie nic do Disturbed, którzy byli tego dnia headliner’em, ani tym bardziej do reprezentanta rodzimej sceny, czyli NeraNature, ale dla mnie po prostu tak się złożyło, że te zespoły wystąpiły tego samego dnia razem z kapelą, która był głównym punktem mojego zainteresowania, czyli Sevendust. Jak najbardziej chciałem przy okazji obejrzeć i pierwszy support i główną gwiazdę, którą również lubię, jakkolwiek ekscytujące wydarzenia za sceną i w garderobie Sevendust (nie nie, alkohol się nie lał i wszyscy mieli zapięte spodnie) umożliwiły mi zobaczenie tylko wybranych fragmentów występów obydwu rzeczonych kapel. Ciężko mi ocenić muzyczną stronę NeraNature, gdyż słyszałem ich po raz pierwszy i za krótko, ale mieli mocno pozytywny odbiór ze strony publiczności, czego chyba sami się nie spodziewali. Disturbed z kolei został przyjęty absolutnie fantastycznie, zaprezentowali świetne brzmienie i super profesjonalny show, co i tak nie zmieniło mojego wrażenia, że najbardziej emocjonalnie było podczas występu poprzedzającego ich zespołu.

Sevendust. Pięciu bardzo otwartych, twardo stojących na ziemi chłopaków, co ja mówię – już mężczyzn, którzy pomimo wydania 8 albumów i lat spędzonych w trasie cały czas podchodzą do grania tak samo, jak w 1997, kiedy podpisali swój pierwszy kontrakt płytowy. Pełne zaangażowanie na scenie, otwartość na fanów, zero gwiazdorstwa. Tak wiem, to szablon, tak mówi setki zespołów. Jakkolwiek jako rzecze pewna zakurzona księga – „Po czynach ich poznacie”. I obecna tego dnia w Stodole Polska ich poznała i myślę, że czegoś takiego znaczna część widowni się nie spodziewała. Nie będę robił przejazdu przez koncert od strony technicznej. W 40minutowym secie gitary mogły brzmieć trochę czyściej, a wokal Lajona mógłby być momentami lepiej nagłośniony, ale absolutnie nie to było w całym występie najważniejsze. Największe znaczenie miała energia, która zawładnęła zespołem, tłumem i całym klubem od momentu ich pojawienia się na scenie. Szczerze powiedziawszy naelektryzowanie atmosfery było wyczuwalne już przed występem.  Może było to wywołane 10letnim oczekiwaniem na Disturbed, a może ci, którzy znali Sevendust wiedzieli, czegoś można się spodziewać. W każdym razie powietrze w Stodole iskrzyło już w czasie przerwy technicznej przed wyjściem kwintetu z Atlanty, co było dobitnie odczuwalne, kiedy techniczny sprawdzał nagłośnienie bębnów pukając sobie w beczki, a publika zaczęła klaskać w rytm jego tylko testowego  uderzania. To naprawdę nie często się zdarza  i już wtedy było wiadome, że przy takim głodzie mocnego uderzenia, za chwilę na ul. Batorego w Warszawie może wybuchnąć nieodkryty islandzki wulkan. W końcu zgasły światła, a wskazówki amperomierzy zaczęły wariować na końcówce skali. Zawsze lubię ten moment, kiedy z ciemności zaplecza wyłaniają się sylwetki członków zespołu. Lekkie poddenerwowanie miesza się z narastającą ekscytacją zbliżającego się rozpoczęcia. Clint, Vince i John dyskretnie chwycili za swoje gitary po bokach, Morgan zarysował się za swoim zestawem na centralnie ustawionym podwyższeniu, a na końcu zamigotały dredy Lajona, który zajął miejsce przy statywie. Buchnęły światła a wraz z nimi dźwięki otwierającego ostatnią płytę numeru  „Splinter”. Są takie chwile, kiedy jednoczesny wybuch emocji i energii jest tak wielki, że aż zapiera w dech piersiach i to był właśnie taki moment. Ryk tłumu, ściana dźwięku, ruch masy ciał i cały zespól wyraźnie zaskoczony aż taką eksplozją energii, która poniosła falę rozpalenia publiczności w stronę sceny. W porywie emocji pierwszy numer przeleciał strasznie szybko. Zwykle tak jest, że na końcu utworu, po długości oraz intensywności hałasu na podziękowanie można stwierdzić czy publice się podobało. Stodoła dobitnie dała znać, że muza siadła i to bardzo! Zespól był zaskoczony, ale i wniebowzięty tak silną reakcją. Niesamowita symbioza energetyczna przepływała przez każdy numer setu. Lajon miał świetny kontakt z publicznością, dziękując za tak gorące przyjęcie, namawiając do zabawy, skakania. Często proszone „make some noise, Poland!” za każdym razem spotykało się z tak intensywnym odzewem, że realizatorowi za stołem wszystkie potencjometry musiały w tym momencie dosłownie stawać na głowie. Super było czuć, jak energia z przednich rzędów przelewa się na tył publiczności i jak ludzie, którzy początkowo chcieli tylko popatrzeć, zostali wciągani w płomienisty cyklon zataczający ruchem odśrodkowym coraz szerszy krąg po sali. Oprócz muzycznego żaru nie zabrakło i elementów fajnej imprezy. Perkusista Morgan, który swoją drogą przez cały wieczór w formie pałek rozdał i rozrzucił jakieś 6 kilo drewna, miał z basistą ciekawy motyw zabawy. Od czasu do czasu z całej siły uderzał pałką w werbel i w tym samym momencie wypuszczał ją z dłoni w lekkim ruchu do przodu. Ona przelatywała wysoko w powietrzu nad zestawem, by ostatecznie być złapaną przez  stojącego przed perkusją Vince’a, który przekazywał/przerzucał ją dalej do publiczności. Jeśli już jesteśmy przy podeście na bębny, zostańmy na chwilę przy jego panie i władcy: rzeczonym Morganie Rose. Poza sceną, podczas wywiadu – przemiły, wesoły i spokojny człowiek. Na scenie – przepięknie niebezpieczne zwierzę. To, co pan R. potrafi zrobić za swoim zestawem pod względem technicznym to jest kunszt naprawdę najwyższej klasy, a to, w jaki jeszcze sposób potrafi to zrobić, dodaje jego grze niesamowitego ognia. Zaangażowanie całego ciała, podskoki, wstawanie, uderzenia wręcz w naskokach na zestaw, fantastycznie łamane przejścia. No i te szalone, bezpardonowe ciosy wielokrotnie zadawane bogu ducha winnym talerzom sprawiają, że tylko od patrzenia na jego grę robi sie gorąo. I do tego wszystkiego jeszcze śpiewa w chórkach.. Perfekcja kreatywnej destrukcji.

Pisząc o tym koncercie, koniecznie należy jeszcze wspomnieć o super ważnym elemencie wieczoru, bez którego nie byłoby tak porywającej całości. Ludzie. Nasi ludzie, publiczność w Polsce, wszyscy ci, którzy tam byli i którzy byli żarem tego ognia. Tego wieczoru publiczność w Stodole była absolutnie fantastyczna! Polaku, Polko, dziewczyno, chłopaku, proszę Pani i proszę Pana. Nigdy, przenigdy żadnych kompleksów, ponieważ ten koncert był kolejnym przykładem, jak niesamowicie ludzie w Polsce reagują na muzykę. Po koncercie konto Facebook Sevendust zalało się emocjonalnymi komentarzami wszystkich tych, których poraziła energia zespołu. Jeśli mogę, chciałbym w tym miejscu dodać coś od siebie dla tych wszystkich, którzy przeżyli ten koncert. Po występie Sevendust miałem okazję być w ich garderobie i uwierzcie mi, że tam było równie emocjonalnie, jak w Waszych komentarzach. Wszyscy byli pozytywnie wstrząśnięci ładunkiem energii, który dostali od publiczności. Kiedy powiedziałem im, że to, co było skandowane na koniec występu to było po polsku „dziękuję”, nie mogli uwierzyć. „Jak to możliwe, przecież nigdy wcześniej tu nie graliśmy!”.  Morgan opowiadał, że przy przygaszonych światłach z parkietu pewnie tego nie było widać, ale po każdym numerze do jego podestu podchodził bądź któryś z gitarzystów, bądź wokalista i z niedowierzaniem mówił: „czy ty to widzisz?!”, „to jest coś niesamowitego!”, „k…wa, nie mogę w to uwierzyć!”. Tak jak sala przed ich występem była naelektryzowana oczekiwaniem, tak ich garderobę po koncercie wręcz rozpierało naładowanie otrzymanym od publiki prądem. Nie wiem czy mówił serio czy może na fali podekscytowania, ale Morgan nawet stwierdził, że gdyby dostali propozycję zagrania w Polsce jeszcze raz, choćby jutro,  to podjęliby działania, żeby zmienić obecny rozkład trasy i to załatwić. I co Wy na to? Wiedeń, sory! Ale pojechali, niestety jednak musieli. I tak jak wszyscy Ci, którzy wrócili do domów pozytywnie rozbici  tym intensywnym przeżyciem, tak oni wsiedli w autobus i ruszyli dalej z jeszcze rozpalonymi wspomnieniami tego emocjonalnego wieczoru. Nie wierzycie? Oto dowody:

Cilnt , Twitter (6 Jun):

http://twitter.com/#!/clintelowery

“Warsaw, Poland ruled tonight. What a crowd!!! Thank u!!!”

Morgan, Twitter (6 Jun):

http://twitter.com/#!/morgan7d

“Poland? R u serious?!! My GOD!!! Hate to say it? One of the Best crowds we’ve ever played 4. I’m speechless. Damn! I love u guys! Thank u!!”

Morgan, Twitter (7 Jun):

“I’m in the bed!!! Goin over the mayhem in Poland tonight! Crazy 2 think a bunch of little rednecks from Georgia could have a night like that.”

no i..

Morgan, Twitter (7 Jun):

“I’m up! Gotta say the people of Poland r amazing. Their roads? Absolutely horrible!! Scary scary ride last night! Vienna, Austria tonight!!”


Ha! Uwielbiam ten kraj. Sevendust już też.

 

Zagrali:

1. Splinter

2. Black

3. Driven

4. Praise

5. Rumble Fish

6. Strong Arm Broken

7. Pieces

8. Face To Face

 

Doświadczył: Krzysztof Bienkiewicz

 

Iskra energii:


YouTube Preview Image

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
  1. del Fabiano

    13.06.2011 o godz. 19:18

    i to jest prawda!!! czy w Polsce, czy na swiecie Polacy niesamowicie reagują na muzykę, dobra muzyke …………….

     
    • Zdzichu

      21.07.2011 o godz. 01:10

      Dobrze powiedziane!

       
    • zwloki

      21.07.2011 o godz. 01:12

      Dobrze powiedziane.

       
  2. We All Are Disturbed! - Disturbed.pl

    06.06.2012 o godz. 15:25

    […] * RockOko […]

     
 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.