Relacja: Life Of Agony (Berlin, 22.01.2016)

25.01.2016

Berlin, 22 stycznia, góry śniegu, mocny mróz, gęsty tłum, kłęby dymu, salwy śmiechu, niemieckie przekleństwa, turecki haszysz i czeskie piwa. Wszystkie elementy składowe atmosfery panującej przed wejściem do berlińskiego klubu Huxleys Neue Welt zapowiadały iście interesujący wieczór.

Koncert rozpoczęło szwajcarskie trio Second Function. Zaprezentowali muzykę oscylującą pomiędzy radiową alternatywą, a amerykańskim rockiem dla kierowców ciężarówek, chociaż momentami potrafili również zaciekawić wciągającymi riffami. Po obejrzeniu tego zespołu na żywo dziarać ich logo sobie raczej nie będę, ale też nie ma powodu by unikać ich jak ognia, jeśli znów trafi im się rola rozgrzewacza przed większą gwiazdą. W Berlinie swoje zadanie wykonali, a że pipy w barach rozruszały się od pierwszych zamówień, a ludzie rozgrzali się od pierwszych dźwięków i łyków, atmosfera do doświadczenia muzycznej esencji tego wieczoru została odpowiednio podgrzana.

Life of Agony wyszli na scenę 5 minut po godzinie 21 i bez ogródek rzucili w publiczność odbezpieczony granat. „I got the razor at my wrist, ’cause I can’t resist” i klub eksplodował. „River runs red”, czyli tytułowy numer debiutanckiej płyty zespołu, która zaraz po ukazaniu się połączyła wyjątkowo emocjonalną więzią zespół i fanów na całym świecie. To album, który w dużej mierze opowiada o samobójstwie. To krążek, na którym słychać, jak główny bohater podcina sobie żyły. To płyta, która mówi o odebraniu sobie życia, a tak naprawdę dzięki poruszanym na niej emocjom, dała wielu osobom ukojenie oraz poczucie bycia zrozumianym. Pozwalała przetrwać najgorsze i nierzadko powstrzymała od drastycznego kroku.

Dzięki tej dwuminutowej petardzie otwierającej koncert i uderzeniu w najbardziej emocjonalny punkt, fani szybko dali się zaangażować w energię płynącą ze sceny. Na drugi ogień poszedł niemniej mocny „This Time”. Ściana dźwięków z otwierającego ten utwór riffu wprawiała w ruch publiczność, a następujący zaraz po nim wręcz punkowy rytm perkusji zakręcił pierwszymi rzędami ludzi zgromadzonych pod sceną. Zespół był w ogniu. Mina wiła się w swoim tańcu, Alan Robert w charakterystycznym dla siebie kapelusiku przemierzał ze swoim basem całą scenę, ale najbardziej nabuzowany był gitarzysta Joey Z., który raz po raz chwytał dłonią za mikrofon, a publiczność słowami za gardło, podrywając swoimi pełnymi pasji krzykami wszystkich do wspólnej zabawy.

Dzięki ruchliwości muzyków na scenie sporo się działo, ale oczy większości zgromadzonych w klubie były skierowane na drobniutką postać pośrodku sceny. Mina Caputo. Do 2011 roku Keith. Część fanów po dziś dzień ma problem ze akceptacją transseksualnej tożsamości Miny. Czują się z tym faktem nieswojo, zastanawiają się czy ich wcześniejszy idol nosi teraz na koncertach biustonosz i sukienki. Ci, którym to nie przeszkadza mogą z kolei się zastanawiać czy emanujące kobiecością ciało Miny jest w stanie wydobyć z siebie intensywność głosu charakterystyczną dla Keitha? Jedne i drugie wyobrażenia są zupełnie bezpodstawne. Rozważanie na temat pierwszej kwestii, czyli ubioru, są tak niemądre, że nie będę się do nich w ogóle odnosił, a odnośnie drugiego aspektu mogę zapewnić, że głos Miny nic nie stracił ze swojej mocy. Agresywne partie w takich utworach jak „Respect” czy „Underground” były zaśpiewane z takim ogniem, że dreszcze po plecach spływały raz po raz. Tożsamość. W życiu ważna jest tożsamość. Bycie w zgodzie z samym sobą i akceptowanie siebie. I Mina właśnie taka jest. Swobodna, otwarta, prawdziwa. Zarówno wtedy, kiedy wypluwa w powietrze ślinę i z szelmowskim uśmiechem łapie ją z powrotem w usta, jak i wtedy, kiedy pół utworu spędza na kolanach i z przymkniętymi oczyma śpiewa o tym, czego w życiu żałuje.

Life of Agony Berlin Huexles Neue WeltMina i Joey Z., Berlin, 22.01.2016
Fot. Andreas Budtke

Największą wartością tego zespołu jest jego emocjonalność. Sięganie po trudne emocje i dzielenie się nimi z ludźmi. Szczerość. Otwartość. Delikatność, która daje siłę. Dokładnie, jak w utworze, po którego pierwszych dźwiękach po sali rozległ się wyraźnie słyszalny pomruk zachwytu i spełnionego oczekiwania. Są utwory, które pomimo tego, że nie były singlem i nie nakręcono do nich teledysków, naturalnie stają się faworytami fanów. W przypadku LOA tak właśnie jest z „Other side of the river”. Ten pierwszy riff i ta wspólnie odśpiewana pierwsza linijka tekstu. Kiedy czujesz, że inni ludzie też czekali dokładnie na ten utwór jest uroczo. Ale kiedy zespół gra piosenkę, na którą ty sam najbardziej czekałeś, która najmocniej porusza ciebie, która jest tak bardzo twoja, robi się wręcz magicznie. Czasami towarzyszy temu zabawna panika, ponieważ jeśli akurat nie jesteś pod sceną, a słyszysz riff rozpoczynający „ten numer”, obojętnie czy to piwo przy barze, papieros w palarni czy penis w kiblu, dosłownie rzucasz wszystko i pędzisz z powrotem pod scenę, aby doświadczyć tej ważności jak najbliżej. Niechaj głębia grubości niemieckiego betonu tworzącego ściany berlińskiego klubu Huxleys Neue Welt zachowa dla siebie tajemnicę tego, co ja rzuciłem, ale słysząc charakterystycznie przeciągany riff rozpoczynający „Method of groove”, pod sceną znalazłem się w dwie sekundy. Wściekła zwrotka zaśpiewana na dwa głosy gitarzystów i potem refren, w którym Mina melodią swojej partii niczym miotaczem ognia rozsiewała po całym klubie płomienną energię. Ten, jak i wszystkie utwory z „River Runs Red”, były zagrane znacznie szybciej i bardziej agresywnie, niż na płycie, która tego wieczora została zaprezentowana prawie w całości. Z bardzo dobrego, choć mocno niedocenianego albumu „Soul Searching Sun” pojawiło się tylko „Weeds”, choć można było wyczuć, że sporo osób czekało również na tą piosenkę. Album ten był jednak „obecny” przez cały czas trwania koncertu, gdyż brzmienie gitary Joey’a Z. nie było miękkie i wgniatające, jak na RRR, ale bardziej gęste i przybrudzone, właśnie jak na trzecim albumie grupy.

Life of Agony Berlin 22.01.2016Life of Agony, Berlin, 22.01.2016
Fot. Andreas Budtke

Ogólnie całość nagłośnienia była bez zarzutu, a i zespół nie mógł dać więcej publiczności. Była energia, pasja, była świetna setlista. Jedynym elementem wieczoru, który miał obniżony poziom intensywności, było zaangażowanie publiczności. Cóż, to kolejny koncert, na którym przekonałem się, że nasi zachodni sąsiedzi są specyficzną publiką. Pod względem biznesowym to jeden z najlepszych rynków muzycznych w Europie. Kluby wypełnione po brzegi, ludzie kupują płyty i koszulki kilogramami, ale jeśli chodzi o entuzjazm i szaloną zabawę, to są one tak intensywne, jak zaangażowanie rosyjskiej Agencji ds. Rodziny w propagowanie idei życia w trzeźwości na terenach Omska oraz Jakucji. Sama Mina mówiła ze sceny do ludzi, że są „tacy grzeczni” i zachęcała do większej ruchliwości. Nie powiem, zdarzyły się momenty dobrej zabawy, ale to wszystko było jednak stonowane. Byłem na koncertach w Niemczech już kilkanaście razy i na palcach jednej ręki emerytowanego stolarza mógłbym doliczyć się sytuacji, w których publiczność skandowała nazwę zespołu przed koncertem albo wywoływały muzyków na bis. Gdyby zaś LOA zagrało taki koncert w Polsce, to jestem pewien, że przed bisem sufit klubu byłby zagrożony zawaleniem od nadmiaru decybeli generowanych przez gardła rozszalałych i pragnących więcej fanów. No cóż, pozostaje tylko mieć nadzieję, że nie ominą Polski na trasie promującej nową płytę. Bo o tym, że będzie wyjątkowo, dziko i emocjonalnie jestem absolutnie przekonany.

Krzysztof Bienkiewicz

Setlista:

1. River runs red

2. This time

3. Other side of the river

4. Love to let you down

5. How would it be

6. Method of groove

7. Respect

8. Weeds

9. Seasons

10. I regret

11. Lost at 22

12. Through and through

13. My eyes

Bisy:

14. Bad seed

15. Underground

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Relacja: Life Of Agony (Berlin, 22.01.2016) została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.