Relacja – Machine Head (The Eigth Plague Tour)

05.12.2011

Machine Head znów w trasie. Podczas prawie trzyletniego (2007-2010) ciągu tras promujących poprzedni album „The Blackening” zespół grał wszędzie i z największymi: Stany, Europa, Japonia, Australia, Indie, Izrael, Dubai, Metallica, Slayer, Megadeth, Slipknot.  Pod koniec 2010 wciąż otrzymywali propozycje występów, m.in. ponownie od Metalliki, więc pewnie graliby do tej pory, ale musieli w końcu zrobić sobie przerwę, by po niej rozpocząć pracę nad nową płytą. Z urlopem i nowym dziełem uwinęli się dosyć sprawnie. Po niespełna rocznej przerwie zespół wypuścił w świat swoją najnowszą bestię pt. „Unto The Locust” (nasza recenzja tutaj) i ponownie ruszył w tournee, którego europejska część nazwana „The Eight Plague Tour” zawitała tej jesieni na Stary Ląd. Nasza urocza, słowiańska kraina już od dłuższego czasu nie może się doczekać ich wizyty, tak więc nie pozostawało nic innego, jak znaleźć sensownie bliską lokalizację, a w tym względzie nasi umiłowani w wurstach i pianie pobratymcy zza Odry zawsze oferują szeroki wachlarz wyboru. Tym razem padło na Monachium.

Na początek o miejscu organizacji koncertu, które zrobiło na mnie spore wrażenie. Przybytek zwany „Kesselhaus” jest zlokalizowany w byłej ciepłowni, która została zaaranżowana na halę koncertową w mocno postindustrialnym klimacie. Rury, bojlery, podświetlane, metalowe schody, ogólnie klimat jak w końcowych scenach Terminatora 2 z górującym nad wszystkim świecznikiem wielkości dzwonu Zygmunta. Koncert był wyprzedany, więc tłum napierał na wejście i bary praktycznie od momentu otwarcia bram. Występ głównej atrakcji wieczoru poprzedziły aż trzy supporty, a pierwszym z nich byli Amerykanie z The Darkest Hour. Ich przebojowy metalcore wypadł bardzo dobrze, a klarowne brzmienie i chwytliwe melodie pobudziły publikę do rozgrzania kręgów szyjnych. Warto zwrócić uwagę na ten zespół, który chyba przypadł do gustu również Machine Head, o czym świadczy fakt, że będą oni jednym z supportów także na styczniowej trasie zespołu po USA. Następny w kolejce na scenie zainstalował się Devildriver, który grzeje mocniej i bardziej metalowo niż ich poprzednicy, co jak się okazało, miało wielu zwolenników pośród niemieckiej braci. Zespół miał bardzo dobre przyjęcie i udany występ. Jedynym mankamentem było brzmienie, któro wbrew oczekiwaniom, było gorsze niż pierwszego zespołu. Zgrzytała szczególnie charcząca ściana gitar, zza której przebijała się jedynie młócka podwójnej stopy. No i na koniec części rozgrzewkowej scenę opanowali najbardziej „odmienni” w tym zestawie – Bring Me The Horizon. Przed ich występem część ludzi odpłynęła spod sceny do barów, ale na ich miejsce przybyli ci, którzy przyszli głównie dla angielskiego kwintetu i przez cały występ grupa ta robiła w pierwszych rzędach młyn konkretny. Kiedy patrzy się na tych pięciu chłopaczków z Sheffield, pomijając tatuaże, nie można oprzeć się wrażeniu, że wyglądają bardziej jak członkowie poznańskich Słowików, niż gniewni metalcorowcy. Gładkie buźki, chudziutkie ramionka, pozarzucane na bok grzywki. Ale gdy uderzyli otwierającym „Diamonds Aren’t Forever”, intensywność wściekłości w sekundę rozproszyła wszelkie słodkości. Młodzieńczy wkurw buchał z głośników przez cały set, ale znów zakradał się chochlik dźwiękowy zmieniający partie gitar w bełkotliwy jazgot. Jeśli Devildriver nie brzmiał najlepiej, to BMTH brzmieli już naprawdę słabo. Było głośno, ale wiosła zlewały się w jeden, niewyraźny rzęch. Byłem ciekawy, czy i pod dachem uskutecznią pozasceniczną akrobatykę, jak miało to miejsce podczas festiwalu With Full Force, ale tym razem  nie opuszczali podestu. Pomimo zdystansowanego odbioru przez część publiki i dźwiękowej siary, set BMTH był wciągający, głównie dzięki ekspresji wykonania.

Zbliżała się 22:00 a tłum zgęstniał już do granic wytrzymałości. Limit osiągała też cierpliwość metalowej braci, która pobudzona dosyć długim czasem oczekiwania na rozkład  sprzętu Machine Head oraz efektem bawarskich wyrobów gorzelniczych, z każda minutą coraz głośniej domagała się zaserwowania sążnistego mięcha. W końcu zgasły światła. Z głośników ruszyło intro „I Am Hell”, a eksplozja ryku ekstazy rozkołysała podsufitowy świecznik. Kiedy na scenie pojawił się Robb Flynn i uderzyły pierwsze riffy numeru, kilka tysięcy ściśniętych ciał ruszyło w ognisty taniec. Zespół na scenie był otoczony trzema ekranami, na których wyświetlano dopasowywane do poszczególnych utworów grafiki z okładek płyt. Na szczęście na czas występu Machine Head wszystkie gały zostały wyregulowane jak należy i brzmienie miało należytą potęgę wgniatającą żołądek w pięty. Po otwierającej miazdze „I Am Hell” płynnie przeszli do szaleńczego „Be Still and Know”, co było bardzo miłą niespodzianką jeszcze bardziej podbijającą i tak już rozgrzaną atmosferę. Od samego początku w powietrzu było czuć przeszywającą intensywność odbioru, co przekładało się na bardzo dobrą interakcję energii pomiędzy sceną, a publiką (Robb: „you are intense, Munich!”). Set zawierał prawie wszystkie numery z nowej płyty, nie było tylko „Pearls Before The Swine”. Dodatkowo „Darkness Within” było poprzedzone inwokacją Robba opisującą moment powstania natchnienia dla tej piosenki, które w pewien ponury, deszczowy dzień spłynęło na niego podczas jazdy samochodem. Nie zabrakło również najmocniejszych pozycji z wcześniejszych płyt MH, które są już stałymi składnikami ich wybuchowego show i zawsze porywają publiczność do szaleństwa („Old”, „Ten Ton Hammer”, „Bulldozer”). Tym razem nie było Petera ze Słowacji*, tak więc „Aesthetics of Hate” zostało odegrane bez dodatkowych atrakcji, ale jak zawsze z ogniem i dedykacją („for our brother Dimebag, for your brother Dimebag!”). Po zakończeniu głównego setu zniknęli ze sceny, ale było pewne, że rozpalone Kesselhaus nie pozwoli im tak skończyć. Chóralne i nieprzerwane skandowanie nazwy wywołało zespół na scenę, którą ponownie postawili w płomieniach, wykonując długo wyczekiwane „Halo” oraz na koniec oczywiście „Davidian”. Fantastyczny koncert. Jedynym ulepszeniem mogłaby być większa interaktywność wizualek pokazywanych na ekranach. Chociaż wyświetlane grafiki okładek i różne odmiany logo poruszały się, to jednak były zbyt statycznie w odniesieniu do tego, co się działo na scenie i pod nią. Ale to drobiazg, ponieważ przez prawie dwie godziny obcowania z Machine Head dominował ciąg potężnej energii. Lawrence Matthew Cardine aka Robb Flynn jest bezapleacyjnie jednym z najlepszych frontmanów, jaki obecnie funkcjonuje na całej scenie rockowo-metalowej. Jego zaangażowanie, pasja, czucie muzyki i energii publiczności są niesamowicie intensywne, a siła jego bycia na scenie to jeden wielki przepływ niekontrolowanego i zaraźliwego ognia. Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych, ale ja nie wyobrażam sobie Machine Head bez intensywności Flynna. W byłej ciepłowni bojlery i piece może już i wygasły, ale tego wieczoru ściany fabryki ponownie rozgrzały się do czerwoności, wtłaczając w rozpalony tłum niezapomniane wrażenia. Czuli to ludzie, czuł i zespół, którego lider, wyrzucając w powietrze zaciśnięte w podziękowaniu pięści, podsumował: „Munich, you are amazing!!!”. Tak, to było niesamowite.

Setlista:

  • I Am Hell (Sonata In C#)
  • Be Still and Know
  • Imperium
  • Beautiful Mourning
  • The Blood, The Sweat, The Tears
  • Locust
  • This Is The End
  • Aesthetics Of Hate
  • Old
  • Darkness Within
  • Bulldozer
  • Ten Ton Hammer
  • Who We Are 

Bisy:

  • Halo
  • Davidian

 

(*) Peter ze Słowacji zasłynął tym, że rok temu przybył na koncert w Wiedniu z wielkim banerem o treści: „Robb, pozwól mi zagrać na gitarze „Aesthetics of Hate”. Nie żartuję!!!”. Robb go zobaczył i postanowił dać mu szansę. Dwuktrotnie. W 2010 w Wiedniu i w tym roku w Finlandii.

Krzysztof Bienkiewicz

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Relacja – Machine Head (The Eigth Plague Tour) została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.