Relacja: Muse (23.11.2012, Łódź)

10.01.2013

Dotychczasowe występy Muse w naszym kraju zarówno zachwycały, zdumiewały, jak i odsłaniały nowe horyzonty muzycznych spektakli przed rzeszą fanów gitarowego grania w Polsce. Miało to miejsce zarówno podczas pierwszej wizyty zespołu w 2007 na festiwalu Opener, jak i w 2010 na Coke Live Music Festival. Biorąc pod uwagę rosnącą z każdym rokiem i popartą licznymi nagrodami (m.in. Best Live Act, Best Band In The World) renomę “najlepszego koncertowego zespołu świata” oraz przygotowywane z wręcz igrzyskowym rozmachem muzyczne widowiska formacji, z niecierpliwością oczekiwałam, co angielskie trio zaserwuje polskiej publiczności 23 listopada w Łodzi.

Czego się spodziewałam? Dobrej zabawy w stylu new prog, setlisty przeładowanej utworami z „The 2nd Law” i utraty wzroku od nadmiaru laserów. Jednak tego wieczora przekonałam się, że nie będzie tak łatwo. Otóż zapomniałam, że Muse składa się z nieokiełznanych wirtuozów wizualno-muzycznych, którzy nigdy nie pozwoliliby, aby ich występy stały się w jakikolwiek sposób przewidywalne. To “małe” przeoczenie miałam uświadomić sobie już wkrótce.

O 19:30 prawie trzynaście i pół tysiąca osób gromkimi brawami przywitało chłopaków z pełniącej tego wieczoru rolę “rozgrzewacza” formacji Everything Everything. Szczerze mówiąc, do tej pory zastanawiam się dlaczego Muse wybrał na support akurat ten zespół, który nieco zepsuł koncepcję całego show przygotowanego przez trójkę z Teignmouth. „Cough, cough” – jedyny utwór, jaki zapamiętałam z występu, był również jedynym utworem znośnym i w miarę przyjemnym dla ucha. Różnice między pozostałymi kompozycjami ograniczały się do zmiany bitu czy też akordu. Wszystko brzmiało płytko i średnio ciekawie. Ludzie męczyli się podrygiwaniem do tej muzyki, a wokal, który z początku intrygował, po pierwszych trzech kawałkach po prostu śmieszył bądź denerwował. Na szczęście występ EE zakończył się stosunkowo szybko, a jego najlepszym akcentem był moment, kiedy Jonathan Higgs stwierdził, że Muse ma najcudowniejszych fanów na świecie. Pożegnani nieco desperackimi oklaskami pozostawili scenę do dyspozycji techników.

Obserwowałam ludzi dopieszczających szalone pomysły zespołu dotyczące wyglądu sceny, takie jak ułożone w półkole ekrany LED przypominające ruletkę, czy imponującą piramidę składającą się z podobnych wyświetlaczy. Do tego dochodził oczywiście ogromny arsenał świateł, w tym trzy reflektory zawieszone na wysokości ok. 10 m, którymi przez cały koncert operowali wciągnięci tam technicy. To wszystko składało się na jakieś 50% koncertowego sukcesu Muse, czyli na SHOW. Czas dłużył się, potęgując zarazem ciekawość i napięcie. Kiedy na wielkim zegarze cyfrowym wiszącym z tyłu hali wybiła 20:45 – obiecana godzina muzycznego „Big Bang” – tłum poruszył się i zaskandował: „Muse!”, ale… nic się nie stało. Z głośników dalej leciało „My Propeller” Arctic Monkeys, a z sufitu biły wciąż niezgaszone halowe jarzeniówki. Musiał minąć kolejny kwadrans, po którym oświetlenie w końcu zgasło. Arenę wypełniły wtedy smyczki „Unsustainable”, a z reflektorów buchnęły potężne smugi czerwonego światła. Do świateł dołączyła mieszanka przenikliwego pisku i ryku tysięcy fanek i fanów. Pośród tej niesamowitej wrzawy za perkusją zasiadł Dominic Howard, z prawej strony, ze swoim świecącym basem wyłonił się uśmiechnięty Christopher Wolstenholme, a na przeciwległym krańcu sceny zamajaczyła sylwetka Matthew Bellamy’ego.

Podczas energetycznego, dubstep’owego intra koncertu nie odczuwało się jeszcze jakiegoś szczególnego poruszenia ludzi zgromadzonych na płycie, pomijając oczywiście rezonans wywołany skakaniem. Kolejny utwór z ich najnowszego albumu „The 2nd Law” przyniósł już jednak tzw. „młyn” i rozpoczęło się szaleństwo. Mocny gitarowy riff, wojskowo brzmiący werbel, nieskazitelnie czysty wokal Bellamy’ego z porywajacym falsetem – oto składowe energetycznego otwarcia „Supremacy”, które dopełnił pełen sympatii okrzyk Matt’a: „Dobhy weczór, Łuć!”. Koncert się dopiero rozpoczął, a już błysnęła gwiazda geniuszu tej formacji, gdyż wykonanie drugiego w kolejności „Map of the Problematique” było tak doskonałe, jak na słynnym wembley’owskim koncercie z 2007 roku, który zapisał się złotymi zgłoskami w historii rocka.

W trakcie następnego „Panic Station” wszyscy mieli dosłownie “fire in eyes”, ponieważ piramida LED ukazała się w pełnej okazałości, zaspokajając ciekawość dotyczącą finalnego wyglądu scenografii. W tym numerze genialnie wyreżyserowane animacje sprawiły, że tłum został porwany przez narzucony rytm i zaczął po prostu tańczyć jak na dyskotece. Po rozbujanym “boogie” publiczność przeniosła się w zupełnie odrebną rzeczywistość antyutopii Orwella, którą Muse streścili w klimatycznym „Resistance”, aby po chwili ponownie poderwać cała halę do obłąkańczych podskoków przy „Supermassive Black Hole”, wystawiając tym samym na próbę wytrzymałość fundamentów łódzkiej Areny.

Po wyczerpujących 30 minutach nastąpiło wyciszenie przy dźwiękach „Animals” i „Explorers”. W pierwszym utworze magiczny wokal idealnie komponował się z subtelną, czystą gitarą. Odrywał od ziemi, przenosił w zupełnie inny świat. Podobnie druga kompozycja – z przyjemną ścieżką fortepianu i akustycznie brzmiącym basem – skłaniała do przymknięcia oczu i kontemplowania dźwięków. Fenomen Muse pochłaniał słuchaczy z każdym zagranym tonem.

(Dominic Howard)

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
  1. Magda

    10.01.2013 o godz. 22:02

    Bardzo podoba mi się ta recenzja, dzięki niej mogłam na chwilę znowu przenieść się do tamtego pamiętnego dnia =) Było kilka małych błędzików (Wolstenholme, nie Wolstenholm), a tytuł płyty można pisać po prostu „The 2nd Law”, ale nie przeszkadza to w odbiorze samego artykułu, który bardzo przyjemnie się czyta =) Szczególnie spodobało mi się „beztroskie kicanie” Matta :)

     
  2. Magda

    11.01.2013 o godz. 19:00

    To było tak cudowne, magiczne i piękne, że nigdy nie zapomnę tego dnia! <3

     
  3. Danny Boy

    26.02.2013 o godz. 23:27

    `a na przeciwległym krańcu sceny zamajaczyła sylwetka Matthew Bellamy’ego` —>a to brat Craig`a ?

     
 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.