Relacja – My Riot / Flapjack (24.10.2012, Warszawa)

29.10.2012


24 października w warszawskiej Stodole szykował się wieczór pełen energicznego grania rodem z naszej ojczystej krainy. Przywrócony do aktywności po 15 latach milczenia Flapjack, My Riot – nowa formacja byłego lidera Sweet Noise – oraz dwa supporty zapowiadały zaiste ciekawy wieczór.

Zanim przejdę do samego koncertu, na początek krótka uwaga techniczna. Fajnie, że pod względem organizacji koncertów w Polsce krok po kroku następuje coraz większa profesjonalizacja i podawanie przez warszawską Stodołę na dzień lub dwa przed koncertem dokładnej rozpiski wieczoru, i co ważniejsze, skrupulatne jej przestrzeganie jest jednym z tego przykładów. Wszystko zaczęło się więc punktualnie o 19:00 koncertem formacji Lostbone. Serwujący ostrą mieszankę corowego grania i elementów death-metalowych kwartet miał dosyć trudne zadanie rozruszania jeszcze niezbyt licznej publiczności zgromadzonej w klubie i z tego wyzwania wyszedł z pewnością z tarczą. Wielka w tym zasługa frontmana zespołu znanego również z działalności w Chain Reaction – Bartosza „Bartona” Szarka. „Barton” to naturalny „wodzirej”, o czym mieliśmy okazję przekonać się już wcześniej, kiedy CR rozgrzewali publikę przed występem Pro-Pain. Jego sceniczny luz, charyzma i poczucie humoru przyjemnie udzielają się publiczności i bardzo fajnie podbijają atmosferę koncertu. Tego wieczoru na szczególne docenienie zasługuje podjęta przez niego próba namówienia kilkudziesięcioosobowej grupki jeszcze mocno usztywnionej publiki pod sceną do zrobienia „ściany śmierci”. Choć zachęta pozostała bez oczekiwanego odzewu, „szacun” za samo podjęcie próby. Wprawdzie przy niektórych numerach jak „Severance” poszło w ruch kilka czupryn, jednak wciąż były to ilości śladowe, co nie zniechęcało „Bartona” do stałego pobudzania ludzi do zabawy. Ogólnie Lostbone dali udany występ i zespół jak najbardziej spełnilł swoją rolę generatora pierwszych podrygów i okrzyków aprobaty. Pod względem brzmieniowym trochę szkoda, że nie było wyraźnie słychać podwójnej stopy perkusisty, gdyż z tego co udało mi się wyłapać, działo się tam dużo dobrego. Co ciekawe, część publiki wyrwała się z odrętwienia na sam koniec, gdy zespół już schodził ze sceny, skandując gromkie: „Jeszcze siedem!”, jednakże w absurdzie prośby wszyscy stosownie się roześmiali i rozeszli do barów.

Jako następni na scenie pojawili się muzycy formacji Jitter Flow. Ich występ rozpoczęło bardzo ciekawe intro. Nie miałem okazji wcześniej zetknąć się z ich muzyką, tak więc intrygujące rozpoczęcie występu mocno pobudziło oczekiwanie na coś potencjalnie wyjątkowego, ale…. Ale to co nastąpiło potem mogę porównać tylko do sytuacji, w której ponad 80-letni emeryt wyrywa na podwyżkę kwoty uposażenia młodszą o 60 lat studentkę, zaprasza ją na kolację, opowiada o wojnie, imponuje odwagą i witalnością, proponuje wizytę u siebie w celu prezentacji mundurów, po dotarciu podgrzewa atmosferę winem, rozpala zmysły romantycznymi świecami, czułymi słówkami pobudza chęć zbliżenia, pochyla się nad atłasową bluzeczką, dotyka ramiączka biustonosza, a wszystko po to, by tuż przed wielkim momentem zdać sobie sprawę, że przed kolacją zamiast viagry zjadł niebieskiego M&M’sa… Tak wielkie było me rozczarowanie, gdy po bardzo obiecującym intro, zespół zaczął grać swoje kompozycje. Do dziś do końca nie wiem, czym był występ Jitter Flow. Wiem tylko, co słyszałem. Skrzek wokalisty i szarpaną młockę, przy której death-metalowe elementy Lostbone brzmiały jak melodyjka z babcinej pozytywki. Jak można określić stylistykę tef formacji? Hm, psycho-jazz-metal-awangarda? Mam wątpliwości, czy taka hybryda stosowanie oddaje miksturę hałasu i trzeszczącego krzyku serwowanego przez to trio. Publiczność była tolerancyjna i przetrwała tę sieczkę, choć odpływ ludzi z sali w trakcie występu Jitter Flow był spory. Jedynym pozytywnym elementem ich występu był bardzo sprawny technicznie i ekspresywny basista. No i oczywiście podstępny niebieski M&M’s. Pod względem muzycznym na ten wieczór był to zupełnie niezrozumiały wybór. Nie zawsze wszystko, co inne, jest dobre. Na koniec zacytuję jeszcze tylko zasłyszany po występie Jitter Flow dialog. Ona: „Starałam się doszukać w ich graniu rytmu”. On: „Rytm był, ale nieprzewidywalny”. MPP. Nie, to nie Metal Mind Productions, ale Mistrz Perfekcyjnego Podsumowania. Choć, jeśli przyjrzeć się temu z innej strony, to spójrzcie, niby taka masakra, a akapit na ich temat jest dłuższy niż ten o Lostbone. Możliwe więc, że ostatecznie dopięli swego. Skupili uwagę. Jakie to wszystko jest uroczo „nieprzewidywalne”.

W przypadku rozpoczęcia koncertu przez Flapjacka tabletka na szczęście zadziałała jak najbardziej poprawnie. Po fajnym intro poleciała fajna piosenka, czyli otwierający najnowszy album zespołu utwór „Stand Up”, który momentalnie poderwał do zabawy już trochę liczniej zgromadzoną publiczność. Po nim nastąpiło krótkie powitanie i pojechali dalej z mocno połamanym „Think Twice”. Nagłośnienie ogólnie było dobre, nie licząc brzmienia gitar, które wydawały się trochę zbyt suche, co odejmowało mocy sążnistym flapjackowym riffom. Ostatni raz widziałem ich podczas zeszłorocznego festiwalu Rock In Summer, gdzie grali przed Deftones i muszę powiedzieć, że w porównaniu z tamtym koncertem, tym razem cały zespól był bardziej aktywny na scenie. Dobrym punktem koncertu był gościnny udział Hau’a z krakowskiego Dynamind, które w latach 90-tych razem z Flapjackiem było jedną z głównych kapel grających nowoczesną jak na tamte czasy formę mocnej muzyki łączącej rap i metal. W Stodole Hau wykonał z zespołem zarówno petardy z płyty „Fairlpay” („Childlike Trust/Comic Strip”, „Activity”), jak i utwory w których udzielił się na ostatniej płycie Flapjacka – „Keep Your Heads Down”, za każdym razem dodając do wykonania wielką dawkę energii. Sporą ciekawostką było pojawienie się w repertuarze „Dead Elizabeth” z debiutu „Naleśnika”, gdyż pamiętam, że kiedyś czytałem ich deklarację, iż nigdy (więcej) nie zagrają tego utworu na żywo. Z tym że to było dosyć dawno, więc może coś się zmieniło. „Elka” zakończyła występ zespołu i kiedy większość publiczności już wysypała się z sali do barów, pozostała garstka uparcie skandująca nazwę zespołu dopięła swego i wywołała Flapjacka ponownie na scenę. Na pierwszy bis poleciało mega kowadło w postaci „Pigment”, ale niestety w tym numerze słaba moc wspomnianej wcześniej suchości gitar została całkowicie obnażona. Miażdżący na płycie główny riff tego numeru w Stodole miał siłę rażenia równą podbródkowemu wyprowadzonemu przez anemicznego komara. Ostatecznie jednak występ zakończył się pozytywnym akcentem i gdy zespół zagrał „Fairplay”, podskokom, podrygom i fikołkom nie było końca. Ten jednak musiał nastąpić i Flapjack dostał zasłużone brawa za bardzo udany koncert, a publika rozeszła się by odsapnąć przed występem ostatniej formacji.

My Riot również otworzyli swój występ epickim intro, po którym poderwali Stodołę do zabawy energetycznym wejściem z „Poison and nectar”. Przyznam się, że przed całym koncertem nie byłem do końca pewien, czy to Flapjack, czy My Riot jest główną gwiazdą wieczoru, ale reakcja publiczności jasno określiła dla kogo głównie tego dnia zebrał się tłum. My Riot bezapelacyjnie okazał się najlepiej przyjętym zespołem i w zasadzie każdy numer był witany żywiołową reakcją. Jeśli „Poison and nectar” stanowił rozgrzewające otwarcie, to następujący po nim „Botox” zaistniał ogniem w pełnej formie ujawniającym się w chóralnym wyśpiewywaniu z Glacą refrenu piosenki („Wstań! Wstań!”). Występ My Riot okraszały efekty wizualne w postaci wizualizacji i teledysków, które były wyświetlane zarówno na dużym ekranie z tyłu sceny, jak i na dwóch telewizorach plazmowych zamontowanych z przodu stanowiska DJa zespołu – Hackera. Ładny akcent wizualny miał miejsce podczas utworu „Łzy i potęga”, kiedy na ekranie pojawiały się nazwiska osób niestety już nieżyjących, ale ważnych dla świata muzycznego zarówno w Polsce, jak i za granicą. Był więc hołd dla Hendrixa, Cobaina, Dimbega, ale również dla Grzegorza Ciechowskiego czy Docenta. Glaca nie odcina się od swojej przeszłości i repertuar koncertowy My Riot zawierał również pozycje jego poprzedniej formacji – Sweet Noise, która w Stodole powróciła w takich utworach jak „Jeden taki dzień”, „Bruk”, „Dzisiaj mnie kochasz, jutro nienawidzisz” czy „Nie było”.

Nie można pisać o My Riot bez pominięcia jego lidera, założyciela i serca zespołu – Piotra „Glacy” Mohameda. Glaca to istny sceniczny szatan, który jak już wejdzie w energetyczny rytm koncertu, to nie potrafi ustać w miejscu nawet na wolnych fragmentach piosenek. Skacze, biega, śpiewa, krzyczy, rzuca się w tłum, śpiewa z ludźmi, jest z ludźmi. Ten człowiek na scenie to jedno wielkie niepohamowanie, dla którego nie ma barier, dosłownie i w przenośni. W Stodole udowodnił to, wdrapując się podczas wykonywania „Dzisiaj mnie kochasz, jutro nienawidzisz” na klubowy balkon, skąd skoczył na ręce tłumu, na których przepłynął z powrotem na scenę. Zwieńczeniem zaś całości jego szaleństw było zakończenie koncertu w samych bokserkach, choć i tak przez większość występu biegał po scenie pół-nago.

Kilka refleksji odnośnie całości występu My Riot. Tak naprawdę ja nie do końca czuję ich muzykę. Doceniam oryginalność takiego projektu w Polsce oraz sposób powstania płyty, w tworzenie której były zaangażowane bardzo uznane postaci z najwyższej producenckiej półki, ale nie postrzegam twórczości My Riot jako czegoś przełomowego. W moim odbiorze gitary są zbyt płaskie, ich tekstura jest za bardzo papierowa, jakby tworzyły tylko cienkie tło pod elektronikę. Rytm utworów My Riot jest często powtarzalny, bity mają czasem „kwadratowy” charakter i gdyby nie charyzmatyczny głos Glacy, energia ich piosenek byłaby znacznie mniejsza. Tak naprawdę to tylko moja subiektywna opinia i w kontekście istoty funkcjonowania tego zespołu to nie jest najważniejsze. Zawsze i wszędzie najważniejsi są ludzie, emocje i interakcje pomiędzy nimi, dlatego też, mimo że nie za bardzo znajduję odniesienie do warstwy muzycznej My Riot, jak najbardziej znajduję odniesienie do poziomu emocjonalnego tej formacji, gdyż w bezpośredniej konfrontacji z muzyką na żywo, poczułem ogień serca tego zespołu, którym jest Glaca. Czy energia może zaistnieć bez większego zaangażowania w dźwięki? Jak najbardziej tak.

Odrębną sprawą pozostaje zagadka, dlaczego na zespół kasujący konkurencję w głosowaniu na faworyta publiczności festiwalu Woodstock, który gromadzi kilkuset tysięczną widownię, w największym mieście naszego kraju przychodzi liczba osób wypełniająca salę klubu zaledwie w połowie. Ceny biletów na poziomie 40 zł za 4 zespoły, w tym 2 z wysokiej rodzimej półki, nie mogą stanowić argumentu uzasadniającego przeszkodę w udziale. To już jest jednak bardziej złożona kwestia wychodząca poza sprawy muzyczne, ale trzymając się aspektu artystycznego, ci którzy się zjawili tego dnia w warszawskiej Stodole, otrzymali od My Riot ponad półtoragodzinną dawkę emocjonalnego grania i energetycznej wymiany pasji i oddania. Tego październikowego wieczora wszyscy byli bardzo intensywnie zaangażowani w muzykę, tym samym potwierdzając, że w życiu i sztuce od „ile” zawsze ważniejsze jest „jak”.

Krzysztof Bienkiewicz

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
  1. Łukasz

    08.11.2012 o godz. 13:00

    Sformułowanie „na tarczy” (drugi akapit) oznacza, że poniosło się porażkę. Wydaje się, że autorowi chodziło jednak o coś odwrotnego.

     
    • RockOko - Admin

      08.11.2012 o godz. 13:19

      W rzeczy samej. W głowie było „z”, w słowie wyszło „na”. Korekta dokonana, dziękuję za celną uwagę. Krzysztof

       
 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.