Relacja: Papa Roach (Kraków, 10.06.2013)

17.06.2013

Od czasu słynnego już występu na Woodstocku w 2010 roku Papa Roach często podkreślają wyjątkowość publiczności w Polsce i odpłacają się fanom regularnymi wizytami w naszym kraju. Kolejna trasa koncertowa zaowocowała dwoma występami – w Poznaniu i w Krakowie, i to właśnie do stolicy Małopolski udałem się, by poobcować ze  synantropijnymi owadami z rodziny karczanowatych.

Występ w krakowskim klubie Studio otworzył Damian Ukeje ze swoim zespołem. Przed konfrontacją na żywo miałem okazję zapoznać się z jego singlowym „Bezkrólewiem”, a pozostały repertuar zaprezentowany na koncercie w Krakowie potwierdził wrażenie, które miałem po przesłuchaniu pierwszej piosenki. Płasko. Płasko, ostrożnie, przystępnie. Trochę jak Linkin Park – „uwaga, teraz walniemy, ale nie bójcie się, nie będzie za mocno”. I właśnie szkoda, że nie mocno, bo głos i sceniczna osobowość Damiana są znacznie bardziej wyraziste, niż mdła muzyka, którą wykonuje jego zespół. Ba, kiedy wokalista krzyknie, to naprawdę mogą po plecach przelecieć ciary, ale są to tylko chwilowe przebłyski. Całościowo treść muzyczna tej formacji jest mierżąco-przystępna i ostrożna. Jeśli chodzi o interakcję z ludźmi to frontman ruszał się na scenie i wciągał publiczność do zabawy, ale przybetonowana do swoich pozycji reszta zespołu skutecznie studziła jakiekolwiek momenty iskier. Poza tym dlaczego stopa była tak absurdalnie mocno nagłośniona? Papa Roach nie są może reprezentantami odłamu jakiegoś ekstremalnego rocka, ale taki support nawet jak dla nich był zdecydowanie zbyt „radiowy”.

Znacie to uczucie, kiedy zespół, na który czekacie, wychodzi w mroku na scenę? Kiedy tłum ożywia się hałasem, gdy w ciemności majaczą kontury sylwetek. Kiedy gitarzyści zakładają instrumenty, kiedy wszyscy czekają na lidera lub wokalistę i gdy on się w końcu pojawia aplauz sięga zenitu, bo wszyscy już wiedzą, że za kilka sekund nastąpi eksplozja? Z pewnością dokładnie tak było w Krakowie w momencie wychodzenia zespołu na scenę, a nie mogę tego potwierdzić na 100%, gdyż to wszystko mnie ominęło, kiedy otoczony bielą ceramicznych płytek we wiadomym miejscu usłyszałem wielką wrzawę dobiegającą z górnej sali. Cholera, wyszli 5 minut wcześniej! Biegiem na górę, pędem na salę, wprost w kulę buchającej energii. Papa Roach zaczęli od „Still Swinging” i od pierwszych dźwięków w Studio się zakotłowało. Ręce w górze, gardła w śpiewie, ciała w wyskokach i tańcu. Świetne wejście i wybuchowy początek, a intensywna reakcja publiczności zapowiadała bombowy wieczór. Kolejne, iście krwiste muzyczne danie rozpaliło wszystkich do czerwoności, gdyż zabrzmiało „Blood Brothers”. Ludzie śpiewali, skakali, podbijali rytm piosenki klaszcząc, cała sala wypełnia się wyjątkową energią. Choć trzeci w kolejności „Give Me Back My Life” na moment zwolnił młynki (przynajmniej w zwrotkach), pełna moc energotwórcza powróciła w następnym „Between Angels and Insects”. Ten rozpoczynający piosenkę gitarowy motyw… To w zasadzie prosta melodia, ale jej lekkie przybrudzenie i świadomość wchodzącego za moment uderzenia rytmu zawsze zapowiada coś wyjątkowego. I rzeczywiście, kiedy perkusja z gitarami uderzyła pierwszy takt numeru cała masa ciał odpaliła w ekstazie w górę. W środku numeru nastąpiło zwolnienie, podczas którego Jacoby ściągnął wszystkich na ziemię, kazał przykucnąć po to, by w następującym po przerwie wejściu muzyki efekt wyskoku był jeszcze bardziej efektowny. Jakie to znane, jakie to proste, jakie to zawsze porywające! Tego wieczoru bardzo wiele kończyn paliło się do skakania, a zespół odpowiednio podgrzewał pięty i atmosferę wieczoru. Przed „Where Did The Angels Go” Jacoby dodatkowo nakręcił publikę, namawiając do skakania, tak więc kiedy numer ruszył w jego charakterystycznym tempie, krakowskie Studio w wyskoku prawie wyrwało się z fundamentów. Dziewczyny na wysokich obcasach, metale na wysokich podeszwach, nieopierzone nastolatki i brodaci wyjadacze, ściśnięte rzędy pod sceną i oddalone ciała na schodach oraz balkonach – koncertowa moc tego numeru wystrzeliła pod sufit dosłownie wszystkich.

YouTube Preview Image

W krótkich przerwach między utworami nie zabrakło również ponownego docenienia polskiej publiczności. Wokalista wspominał o tym, że zespół był podekscytowany faktem ponownego przyjazdu do Polski, ponieważ „you motherfuckers know how to rock!”. Publiczność tego wieczora rzeczywiście była iście płomienna, ale i sam zespół pokazał, że pomimo 20 lat na scenie wciąż ma w sobie pasję i ogień, którą rozsiewał pośród krakowskiej publiczności. Dosłownie. Podczas wykonywania „Silence Is The Enemy” wokalista znalazł się w tłumie i zaczął się przez niego przedzierać, nie przerywając śpiewu. Jacoby był pod sceną, na balkonie, przez chwilę nawet przy barze, a wszędzie za nim podążała zaskoczona, ale i wielce podeskcytowana grupa fanów oraz osłaniająca wokalistę ekipa klubowych ochroniarzy. Jedna z dziewczyn, którą frontman spotkał w drodze powrotnej na scenę dostała prezent chyba na całe życie, bo z głośników można było usłyszeć jak Jacoby prosi ją o słodkiego przytulasa, tak więc serce dziewczyny, choć pewnie w stanie przedzawałowym, musiało aż podskoczyć z radości.

YouTube Preview Image

(tak od 1:00, bo  podobnie jak większość publiczności operator początkowo nie mógł namierzyć lokalizacji źródła głosu)

Po powrocie na scenie zespół złapał krótki oddech, publiczność zalała ich kolejną falą aplauzu, po której Jacoby zrobił „żółwika” z gitarzystą Jerrym i ruszyli z chóralnie odśpiewanym „Scars”. W zasadzie nie było piosenki, której fani by nie śpiewali z zespołem, a każdy gest muzyków zachęcający do klaskania był natychmiast podchwytywany przez publiczność. Nikt nikogo do niczego nie zmuszał i nikt nie musiał sztucznie podbijać atmosfery. Pobudzający prąd przetaczał się ze sceny na publiczność i odwrotnie w naturalny sposób i wszyscy idealnie łączyli się w energetycznym porozumieniu. Przebojowy „Lifeline” znów poderwał cały klub do skakania, a mocny „Dead Cell” pozamiatał tych, którym pozostały resztki oddechu. Jednakże nawet najbardziej omdlałe ciała zmartwychwstały w sekundę, kiedy po lekko zmyłkowym wejściu nastąpiło charakterystyczne ścięcie riffu z perkusją, a gdy Jacoby rozpoczął linijkę „Cut my life into pieces”, kilkaset oszalałych gardeł momentalnie podłapało resztę tekstu oczekiwanego przez wszystkich „Last Resort”. Absolutne szaleństwo, które wybuchło podczas tej piosenki rozpaliło ludzi do białości, tak więc choć muzycy żegnali się z tłumem po wykonaniu tego utworu, nikt nie przypuszczał, że nie wyjdą ponownie na scenę. Ale jednak nie wyszli. Numer, który rozpoczął wielką karierę Papa Roach był ostatnią piosenką zagraną tego wieczoru i bisów niestety nie było. Przyznaję, to było dziwne zakończenie i dawno nie widziałem tak mocno rozpalonej publiki, która została pozostawiona bez kontynuacji ognia, ale pomimo długiego nawoływania bezlitosne światła nie chciały zgasnąć, a bezduszni techniczni zwijali zalany potem sprzęt.

Oprócz końcowego niedosytu krakowski koncert był świetny. Papa Roach nie jest może zespołem, którego twórczość wyznacza nowe, przełomowe kanony muzyki rockowej, jednakże nie każdy zespół musi być przełomowy, ponieważ nie każdy zespół, szczególnie na żywo, jest tak rock’n’rollowy. A rock’n’roll to zabawa, radość, spontaniczność, ogień oraz intensywność i 10 czerwca dzięki Papa Roach oraz wspaniałej publiczności przybyłej do krakowskiego Studia to wszystko zaistniało w pełnej, hiper-energetycznej formie.

Tekst: Krzysztof Bienkiewicz

YouTube Preview Image

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
  1. Damian ; D

    17.06.2013 o godz. 12:06

    4 h jazdy, później powrót do domu o 4 rano ; o Ale było warto, na następny koncert również się wybiorę ; ))

     
  2. Monia

    17.06.2013 o godz. 18:25

    co to jest 4 godz, ja na popzredni koncert do wawy jechalam 8, gdyby bylo tzreba to i bym dluzej jechala :d

     
 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.