Relacja – Parkway Drive (17.11.2012, Londyn)

25.11.2012

Mgła, czyli zawieszone w powietrzu krople wody lub kryształy lodu, od 17 listopada 2012r. mają w moim prywatnym słowniku nową nazwę: zło. Parszywe zło. Właśnie to diabelskie zjawisko sprawiło, że o mało co nie udałoby mi się dotrzeć na londyńską metalcorową ucztę złożoną z występów Structures, The World Alive, Emmure oraz gigantów tego gatunku – Australijczyków z Parkway Drive. Pominę opis dantejskich scen, które miały miejsce na pogrążonym w zamglonym chaosie lotnisku. Wspomnę może tylko o elemencie humorystycznym, czyli momencie, w którym już odprawieni, ale z powodu pogody przerzuceni do odlotu na inne lotnisko, pasażerowie zostali „poproszeni” o oddanie wszystkich zakupów dokonanych w sklepach bezcłowych i ponowne przejście przez kontrolę paszportową. Ach, co to było za przerażenie w oczach, co za determinacja. „Że jak? Że fajki, że wódzia, że zwrot?? Po moim trupie!”. Po tych wszystkich zamieszaniach i perypetiach ostatecznie udało mi się dotrzeć do londyńskiego klubu Roundhouse. Niestety ze względu na opóźnienie samolotu nie zdążyłem na występ Kanadyjczków ze Structures, który otwierał ten wieczór. Na miejsce dotarłem 5 minut po zakończeniu ich koncertu. Szkoda, ale w tej sytuacji nie pozostało nic innego, jak skupić się na pozostałych zespołach grających tego wieczoru w…. No właśnie, londyński Roundhouse jest naprawdę okrągły! Klub wygląda tak, jakby koncert odbywał się w kopule Kaplicy Sykstyńskiej. Wysoki sufit, kulista przestrzeń, a do tego dobre zaplecze techniczne. Innymi słowy, bardzo fajne miejsce na koncerty.

Przejdźmy jednak do muzyki. Jako drudzy na scenie zamontowali się Amerykanie z The World Alive. Ich granie to dużo zduszonych, grubo ciętych riffów i melodyki w refrenach, w których wokalista Craig Mabbitt udowadniał, że dysponuje naprawdę bardzo dobrym głosem. Craig jest również dobrym wodzirejem i ochoczo zachęcał ludzi do zabawy („It’s time to wake up, London!), ale jego nawoływania miały niewielkie przełożenie na reakcje jeszcze trochę niemrawej publiczności. Wyjątkiem był zryw podczas „Entirety”, czyli numeru promującego najnowszy album zespołu – „Life Cycles”. Ogólnie Amerykanie dali dobry występ, choć brzmienie gitar pozostawiało sporo do życzenia, a publika była jeszcze na wpół-śpiąca.

Potem nastąpiło kilkanaście minut przerwy, a po niej w londyńską dzielnicę Campden, gdzie znajduje się Roundhouse, uderzył potężny młot – Emmure. Pierwszy odbiór ich występu można opisać dwoma słowami: wszystko mocniej. Muzyka, brzmienie, reakcja publiczności. Gitary wciąż charczały, ale jednocześnie uderzały bezlitośnie. Podwójna stopa robiła miazgę absolutną, a do tego wszystkiego dochodził wściekły głos Frankiego Palmeri. Ciężko, zagrali bardzo ciężko. Takie granaty jak „Solar Flare Homicide”, „Cross Over Attack” czy „When Keeping it Real Goes Wrong” mocno rozgrzały publiczność. Podczas występu Amerykanów wskaźnik intensywności zarówno występu, jak i jego odbioru poszedł w górę, tak więc można było mieć nadzieję, że w przypadku głównej gwiazdy wieczoru na wszystkich suwakach dobrniemy do końca skali.

Przed wyjściem na scenę Parkway Drive można było wyczuć, że szykuje się coś dużego. Na tyłach sceny została rozsunięta kotara, zza której ukazał się wielki ekran. Napięcie rosło, publika zaczęła skandować nazwę zespołu, tym samym jasno dając do zrozumienia, do kogo będzie należał dzisiejszy wieczór. W końcu wyszli przy dźwiękach „Sparks”, czyli numeru otwierającego najnowszy album. To dwuminutowe pół-intro idealnie przygotowało grunt pod pierwszy corowy cios, który Australijczycy zadali tego wieczoru, a był nim świetny „Old Ghost / New Regrets”. W tym momencie już wszystko było na maksa. Brzmienie, światła, reakcja publiczności. Roundhouse zakotłowało się niemiłosiernie, a ciała ruszyły do szalonego tańca. Atmosferę dodatkowo podbijały wyświetlane na ekranie wizualizacje, które w tym numerze nawiązywały do okładki najnowszej płyty „Atlas”, prezentując m.in. ujęcia naszej planety z kosmosu czy krzywiznę Ziemi. Gitary wreszcie osiągnęły odpowiedni poziom ognia, ale z kolei zniknął wokal i Winstona nie było wyraźnie słychać przez cały koncert. Kto by jednak o tym myślał, skoro sunął już następny pocisk w postaci „Sleepwalker” okraszony wyświetlanymi na ekranie nocnymi zdjęciami miejskiej metropolii. Jeśli po dwóch pierwszych numerach znaczna część publiczności była na długu tlenowym, to musieli sięgnąć po najgłębsze zapasy oddechu, bo przy następnym, porywającym „Karma” po prostu ciężko było ustać w miejscu. Potańczyli? To teraz pośpiewajmy. Jak zapowiedział ze sceny wokalista: „This shit is simple”, no i co może być prostszego od chóralnego wyśpiewania „uoooo oooo”. „Wild Eyes”, trzy tysiące gardeł w Roundhouse i spływające po plecach ciarki. To jedna z przyczyn tak dużej popularności tego zespołu i świetnego odbioru ich występów na żywo. Pomimo całego ciężaru i technicznej trudności muzyki Parkway Drive, zawiera ona również mnóstwo przebojowości i prostej melodyki, która czasami wręcz zbliża się do banału, ale nigdy całkowicie nie przekracza tej cienkiej granicy. Pośpiewali? Czas powrócić do młócki i doznać dwóch najlepszych „breakdownów”, jakie kiedykolwiek słyszałem – „Boneyards”. Ten numer, obojętnie czy na żywo, czy z płyty, jest zawsze absolutnym mistrzostwem świata! Roundhouse już był rozgrzany do czerwoności, tak więc trudno mówić o podbiciu atmosfery, ale jednak przy pierwszych riffach jednego z największych faworytów publiczności – „Romance Is Dead” pośród ludzi można było wyczuć dodatkowe wrzenie. No i ten moment, na który wszyscy czekal, aby wykrzyczeć: „So cry me a fucking river bitch!”. Klasyka, w tym miejscu ciara z przedramion nigdy nie znika.

Od premiery „Atlas” minęło niewiele ponad 2 tygodnie, ale widać, że ludzie już dobrze znają nową płytę, bo wszyscy rozpoznali singlowy „Dark Days” po pierwszym dźwięku. Podczas koncertu wizualizacje nie towarzyszyły każdemu numerowi, przez większość wieczoru było wyświetlane tylko logo PD, ale przy tym utworze ponownie uruchomiły się obrazy, tym razem nawiązujące do teledysku i słów piosenki dotyczących stanu naszej cywilizacji. Na ekranie pojawiły się więc fabryki, kominy, pola naftowe. Potem nastąpił powrót do płyty „Horizons” w postaci „Dead Men’s Chest”, który od powolnego początku szybko przeszedł w tornado. W jego wirze pod sceną zakotłowało się niemal jak przed polskimi sklepami mięsnymi w latach 80-tych, gdy rzucali karkówkę. Jeńców nikt nie brał. Już drugi raz przy okazji muzycznego wydarzenia w Londynie udało mi się uczestniczyć w „największym” koncercie. Przy okazji A Day To Remember był to największy koncert w historii zespołu, a w przypadku Parkway Drive Winston przyznał, że dziś wieczór odbywa się największy samodzielny występ PD poza Australią i że wyczekiwali go od pół roku, kiedy tylko trasa została potwierdzona. Oczywiście takie wyznanie zostało przywitane wybuchem wielkiego aplauzu.

Na bisy poszły „Home Is For The Heartless” i nieśmiertelny „Carrion”, choć do tego ostatniego podeszli dwukrotnie. Ci co znają, wiedzą. Tym, którzy nie wiedzą, wytłumaczmy, że numer ten zaczyna się samą gitarą, po której następuję cisza, wykrzyczenie tytułu numeru i dopiero wtedy piosenka wybucha z całą mocą. Na koncertach moment krzyczenia zwykle wykonuje publiczność. Nie inaczej było w Londynie, ale Winston nie był zadowolony z pierwszej próby, przerwał numer i poinformował, że to ich ostatni koncert w Anglii przez co najmniej pół roku, tak więc poprosił fanów, żeby na koniec cała sala dała z siebie wszystko. Zaczęli więc jeszcze raz, intro gitary, przerwa, CARRION!!!, o tak, tym razem publiczność ryknęła tak srogo, że jeśli to naprawdę byłaby kopuła Kaplicy Sykstyńskiej, to po takim wrzasku ze słynnego fresku Michała Anioła, w którym Bóg wyciąga do Adama palec, Adamowi urwałoby nie tylko palec, ale całe ramię i możliwe, że w ogóle spadłby z nieboskłonu na glebę. A tak spadali w fosę nurkowie, których cała chmara ruszyła na głowy pobratymców, by po raz ostatni tego wieczoru dać się porwać fali szaleńczej zabawy. Ten klimat udzielił się i wokaliście, który skoczył ze sceny w tłum i dołączył do wspólnej zabawy. Głos i sylwetka Winstona zniknęły w morzu ludzi, ale po chwili ochrona wyłowiła go z tłumu i wyciągnęła z powrotem na scenę, by mógł dokończyć numer i zarazem cały koncert. A potem był już koniec, podziękowania, światła, rozrzucone pałki, kostki i tradycyjny „see you soon”.

Czas na podsumowanie. Minusy: techniczne niedociągnięcie ze słabo słyszalnym głosem i nie do końca wykorzystany potencjał ekranu, który przez większość koncertu wyświetlał tylko logo zespołu. Plusy: w zasadzie cała reszta, czyli płynąca ze sceny energia, setlista, publiczność, światła, intensywność zabawy. Jej natężenie dobrze obrazował widok, który można było zaobserwować, wychodząc z sali. W kilku miejscach klubu na podłodze leżały ciała, wokół których krzątały się służby ratownicze, udzielając pomocy omdlałym lub osłabionym uczestnikom koncertu. Czy z nóg ścięła ich siła muzyki PD, czy może dostępne w barze płyny, to już pozostanie tajemnicą zainteresowanych oraz ekipy ambulansu. Mam tylko nadzieję, że udało im się coś zobaczyć i zapamiętać z tego wyjątkowego wieczoru w Londynie.

Doświadczył: Krzysztof Bienkiewicz

Parkway Drive – setlista:

Sparks
Old Ghosts/New Regrets
Sleepwalker
Karma
Wild Eyes
Boneyards
Romance Is Dead
Deliver Me
Dark Days
Dead Man’s Chest
Swing
Idols & Anchors
Blue & The Grey

Bisy:
Home Is For The Heartless
Carrion

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Relacja – Parkway Drive (17.11.2012, Londyn) została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.