Relacja – Pearl Jam (05.07.2012, Berlin)

12.07.2012

Początek lipca A.D. 2012, oprócz słonecznej duchoty i burzowej zawieruchy, poczęstował nas również świetnymi koncertami, z których kilka zostało zarejestrowanych przez receptory Oka. 3 lipca w Warszawie wyjątkową ucztę muzyczno-wizualną zaserwowali Australijczycy z Meniscus. Dzień później na pokrytej kwiatami scenie poznańskiej Malty załoga Faith No More zaprezentowała hity, psoty i białe galoty. A 5 lipca, na koniec naszego objazdu, zajrzeliśmy do Berlina, gdzie na dwa występy (4-5.07) zawitała ekipa Pearl Jam. Z tych wyjątkowych pozycji koncertowych właśnie trzeci wieczór – koncert PJ w stolicy Niemiec wybraliśmy jako podmiot niniejszej relacji, ponieważ ona najdobitniej zdefiniowała wszystko co najlepsze w gatunku muzycznym, którego określenie występuje w nazwie naszej strony. Było bardzo rockowo.

Ale od początku. Berlińska hala O2, w której zagrała ekipa z Seattle, robi spore wrażenie. Lśniący jeszcze nowością (zbudowany w 2008 roku), multifunkcyjny obiekt mieszczący 17 000 widzów może gościć zarówno wielkie koncerty, jak i wydarzenia sportowe. Wielofunkcyjny charakter hali na szczęście nie miał negatywnego wpływu na to, co pod względem muzycznym interesowało nas najbardziej, czyli brzmienie, gdyż pod względem nagłośnienia berlińska O2 spisała się bez zarzutu. Koncert miał się rozpocząć o 20:00, ale gdy dotarliśmy na tę godzinę do hali, okazało się, że pełniący rolę supportu na obecnej trasie PJ zespół X właśnie kończy swój występ… Grająca solidnego rocka z pazurem załoga z Los Angeles chyba dobrze rozgrzała widownię, ponieważ po występie zebrała gromkie brawa, które na pewno wzmocnił też fakt, iż w ostatnim numerze zespół wspomógł na scenie Eddie Vedder – lider głównej gwiazdy wieczoru. X pojawi się jeszcze na moment w dalszej części recenzji, a tymczasem przesuńmy czas o jakieś 40 minut do godziny 20:50, kiedy to zgasły światła, a cała hala wybuchła wielką wrzawą na widok muzyków Pearl Jam wychodzących na scenę.

Pojawili się, rozstawili się i zaczęli koncert od świetnego „Oceans”. Przyjemnie zaskakujące, łagodne otwarcie i chóralne odśpiewanie słów piosenki. Następnie ze sceny poleciały żywsze kopniaki w postaci energetycznego „Breakerfall” i jak zawsze drapieżnego „Animal”. Zespół ustami wokalisty przywitał się z publicznością po czwartej piosence. Kilka miłych zdań, parę wspominek i po raz pierwszy przekazana tego wieczoru prośba do publiczności o zadbanie o to co najważniejsze, czyli o  bezpieczeństwo. Eddie poprosił wszystkich zebranych na płycie o wykonanie trzech kroków w tył, tak by tłum nie naciskał zbyt mocno i by nikomu w przednich rzędach nie stała się przypadkowa krzywda. Działania prewencyjne były jak najbardziej uzasadnione, tym bardziej jeśli ma się w pamięci to, co się wydarzyło  podczas występu zespołu na festiwalu Rosklide w 2000 roku, kiedy to w wyniku naporu tłumu zostało stratowanych i straciło życie 9 osób. Po ogarnięciu kwestii bezpieczeństwa, która powracała jeszcze kilkukrotnie w trakcie wieczoru, Eddie zaprosił wszystkich na dalszą część koncertu, zapowiadając, że „mamy przed sobą długi, energetyczny i ekscytujący wieczór”. Trzeba przyznać, że dotrzymali słowa. „Cordroy”, „Not For You”, „Do The Evolution” „Hail Hail” czy „Go” to tylko niektóre z rockowych frykasów, które zapodali publiczności prawie w całości wypełniającej tego dnia halę (pierwszy koncert 4 lipca został wyprzedany na długo przed występem). Warto też wspomnieć o rozbudowanej solówce w „Even Flow” zagranej przez Mike’a McCreadiego bez patrzenia, na gitarze trzymanej nad głową. Podczas gdy Mike czarował na wiośle, bardzo energiczny od samego początku Eddie postanowił złapać oddech oraz…dymka, przystając na moment na tyłach sceny i łapiąc szybko kilka buszków papierosa przed powrotem na zakończenie numeru. Ślicznie było podczas „Elderly Woman Behind The Counter In A Small Town”, kiedy w momencie pojawienia się tego charakterystycznego wersu „..I just wanna say…hello….” dokładnie na „hello” rozbłysły wszystkie światła, oświetlając całą rozśpiewaną publiczność. Pod koniec pierwszej części występu pojawiła się dedykacja dla funkcjonującego w Berlinie muzeum Ramones, do którego w ciągu dnia Eddie, jak sam powiedział,  „wybrał się na godzinę, a spędził ich tam siedem“. Wizyta wokalisty zespołu została uwieczniona stosownym wpisem w księdze gości rzeczonej instytucji.

Po zakończeniu pierwszej części kapela zniknęła na kilka minut, ale nie było mowy o końcu koncertu, przecież minęła dopiero godzina…. Po chwili oklasków i wywoływania powrócili na scenę i to z jakim prezentem. Eddie zapowiedział tę piosenkę, mówiąc o niej „you may like this” i tak, zdecydowanie wszystkim się spodobało, kiedy z głośników popłynęło „…Mother do you think they’ll drop the bomb? Mother do you think they’ll like this song?…“ (tak tak, to „Mother” z repertuaru Pink Floyd). Spokojny klimat przepływał również w następnych pozycjach, czyli w subtelnym „Just Breathe” i w pięknym „Nothingman”. W tej części koncertu berlińska O2 wypełniła się ciepłą miękkością i stworzenie takiego nastoju było kolejnym argumentem potwierdzającym wielką klasę tego zespołu. Znacznie łatwiej jest rozkręcić gitary i na potężnych przodach przysadzić rockowym uderzeniem, niż stworzyć powiew intymności w wielkim, kilkunastotysięcznym obiekcie.Następnie   po wykonanym „Better man” jeszcze raz pojawił się wspomniany wcześniej zespół X, z tym że nie osobiście na scenie, ale we wspomnieniu Eddiego, który opowiedział, jak to będąc nastolatkiem chodził na ich koncerty i z wypiekami na twarzy oglądał ich występy. A teraz proszę, jak to się wszystko odwróciło. Przy okazji tej retrospekcji wszyscy zgromadzeni na koncercie, którzy w jakikolwiek sposób parają się muzyką, dostali od wokalisty poradę i zachętę by się nie poddawać, by cały czas grać i próbować, a kto wie, „może pewnego dnia to ja zagram przed którymś z was”. W trakcie ozdobionego kolejną rozbudowaną solówką i kończącego drugą część koncertu „Porch”, Eddie znów zrobił sobie małą przerwę, tym razem poświęcając ją na częstowanie publiczności trunkiem, który był jego towarzyszem przez cały występ. Sądząc po rozmiarze butelki było to wino, które wokalista rozlewał wszystkim chętnym w pierwszych rzędach, ochoczo nadstawiającym swoje kubki.

Następnie zespół znów na chwilę zniknął ze sceny, a na jednej z trybun fani rozwiesili wielki, długi na kilkanaście metrów transparent o treści „Keep on rockin‘ in the free world”. Nie wiadomo, czy była to prośba o zagranie słynnego utworu Neila Younga czy może po prostu pozytywne hasło koncertowe W każdym razie tego dnia niestety zabrakło tej pozycji w zestawie. Był za to mocny „Blood”, którym zespół uderzył po powrocie na scenę. A potem już powoli miało się ku końcowi, choć jeszcze przed nim PJ uraczyli wszystkich nieśmiertelnym „Alive“, podczas którego kilkanaście tysięcy gardeł od początku do końca wyśpiewało wraz z zespołem ten jeden z najważniejszych, rockowych hymnów lat 90-tych. Po najsłynniejszym utworze zespołu pojawił się kolejny cover, tym razem „Baba O‘Riley“ autorstwa The Who, a całość zamknął odegrany przy zapalonych światłach i ponownie przez wszystkich odśpiewany „Yellow Ledbetter“. Prosty zabieg, a jak fajnie umożliwił zgromadzonej publiczności bawic sie podczas tego występu , zarówno wszystkim razem, jak i  każdemu z osobna .

5 lipca 2012 roku w Berlinie wyjątkowy zespół zagrał wyjątkowy koncert. 2 godziny 15 minut, 29 piosenek. Rozmiar i jakość tej uczty muzycznej dopełniły główne wrażenie, jakie  przez cały koncert było wyraźnie czuć ze sceny – wielki szacunek dla fanów. Wielki szacunek i chęć odwdzięczenia się tym, którzy są z tym zespołem już -naście lat. Którzy podążają na ich koncerty ze wszelkich możliwych zakątków. Oceniając tylko na podstawie flag widocznych w Berlinie, obecni byli Hiszpanie, Portugalczycy, Brazylijczycy, Węgrzy, no i oczywiście Polacy. Tak jest, polskich flag było najwięcej, w tym mocno aktywny Sieradz (piona!). To był po prostu wielki koncert rockowy i to „po prostu“ jest tu bardzo ważne. Bez niepotrzebnych fajerwerków, bez bizancjum, bez gwiazdorskiego patosu. Zespół nawet nie zajął całej, ogromnej sceny hali O2. Rozstawili na środku tylko to, co było im potrzebne na takiej powierzchni, ile zajmował sprzęt i po prostu grali. Dzielili się dobrym czasem i pozytywnymi emocjami z ludźmi, którzy są dla nich ważni i dla których ten zespół jest wyjątkowy. Szacunek, bliskość, przyjaźń, radość. swoboda. Po prostu – rock w najczystszej postaci.

Autor: Krzysztof Bienkiewicz

Zdjęcia z koncertu w Berlinie (05.07.2012) do obejrzenia TUTAJ

Setlista (5.07.2012, O2 World, Berlin, Niemcy) :

CZĘŚĆ GŁÓWNA

Oceans
Breakerfall
Animal
Save You
In Hiding
Elderly Woman Behind The Counter In A Small Town
Corduroy
Amongst The Waves
Even Flow
Eruption
Sad
Not For You
Present Tense
Down
Do The Evolution
Go
Hail, Hail
Come Back

BIS 1
Mother
Just Breathe
Nothingman
Better Man
Wasted Reprise
Life Wasted
Porch

BIS 2
Blood
Alive
Baba O’Riley
Yellow Ledbetter

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
  1. Danny Boy

    21.07.2012 o godz. 12:36

    a i ja tam bylem, i piwo pilem, a ze bylo niedobre, se koszulke kupilem

    keep on rocking !

     
 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.