Relacja – Persistence Tour 2012 (Berlin)

04.02.2012

Organizatorzy Persistence Tour 2012 promowali to wydarzenie jako „największą hardcorową trasę w Europie” i patrząc na tegoroczny skład kapel, ciężko było przytoczyć argumenty przeciw temu stwierdzeniu. Suicidal Tendencies, Biohazard, Terror, Walls Of Jericho, Lionheart, Crushing Caspars plus dodatkowe supporty zapowiadały naprawdę ekstremalną dawkę muzy. Gdy zza Odry nadeszły wici o tym szacownym wydarzeniu, w obliczu nikłej szansy dotarcia corowej hordy do Polski, ekipa Oka skrzyknęła się w kilka dusz i ruszyła szlakiem tureckich katan do Berlina na spotkanie z tegorocznym, wybuchowym zestawem. Oto nasza relacja z Persistence Tour 2012 – Berlin, 23.01.2012:

Okolica, w której znajduje się berlińska Astra Kulturhaus przypomina bardziej zapomniane składowisko złomu niż otoczenie hali koncertowej. Okoliczności i chłodna, deszczowa aura dla większości mieszkańców miasta z pewnością były mało przyjemne, ale dla nas tworzyły dobry klimat na porządne rozgrzanie intensywną muzą. Sam obiekt był raczej standardowy; sala trochę większa od warszawskiej Stodoły, czyli na ok. 2000 osób, kilka barów, przyzwoite toalety. Jedynie stoisko z koszulkami mocno się wyróżniało, gdyż wybór T-shirtów, bluz, bandan, czapek i skarpetek był naprawdę spory. Muzycznie całość rozpoczęła załoga Crushing Caspars, która powinna być znana polskiej publice np. z łódzkich koncertów z Sick Of It All i Madball w październiku 2010 roku. Ekipa z Rostock serwuje żywy, wesoły i ogólnie fajny punkcore, który jednak nie porwał do zabawy jeszcze nie rozruszanej publiczności. Pomimo wysiłków energetycznego lidera kapeli aka „Snoopy”, do wygibasów na parkiet ruszyły tylko pojedyncze ciała. Na jednym z ostatnich numerów „Eye For An Eye” do odśpiewania refrenu dołączył do zespołu tajemniczy pan w czarnym kapturku, który po bliższym przyjrzeniu okazał się zakamuflowanym Billym Graziadei z Biohazard. Na Bio jeszcze nie przyszła pora, ale na Caspars już tak i ekipa po rozesłaniu gęstych „danków” zeszła ze sceny. Nie było to jednak ich ostatecznie pożegnanie z udziałem w koncercie, gdyż wyszło na to, że przez pozostałą część wieczoru członkowie zespołu spędzili na scenie jako obsługa techniczna gitar pozostałych kapel i jak się potem okazało, mieli z tym dosyć sporo roboty.

Następnie deski przywitały skład z Kalifornii o bojowej nazwie Lionheart. Przyznam, że było to moje pierwsze zetknięcie się na żywo z tą kapelą i kontakt ten okazał się być naprawdę intensywny, albowiem Lionheart jako pierwsi tego wieczoru zaaplikowali Astrze solidne wgniatanie. Ciężki, bezkompromisowy core na dwa wściekłe głosy i szalony perkusista prawie rozrywający swój zestaw na strzępy – tak, całość zrobiła wielce pozytywne wrażenie. Chłopaki nie brali jeńców i co rusz serwując publice kombinację zwrotów grzecznościowych na „f”, próbowali poderwać ludzi do jeszcze większego zaangażowania. Pomimo że charakter muzyki i energia bijące ze sceny były mocno zaraźliwe, odzew publiki wciąż był raczej średni. Podczas występu Lionheart do roboty musieli zostać zatrudnieni nie tylko techniczni, ale i stojący cały czas z boku i jakby patronujący całości Persistance wspomniany wcześniej Billy. W pewnym momencie siadło zasilanie jednej gitary i wokół wzmacniaczy zakłębił się cały tłumek muzycznych szamanów próbujących naprawić łącza. Operacja się udała, nawet pacjent przeżył i do końca było już dobrze, czyli srogo. Bardzo dobry występ i odciśnięte mocne wrażenie. Posiłkując się tytułem jednej z piosenek kapeli – „Pure Anger”. Kto nie zna, niech sprawdzi tę załogę.

Począwszy od występu Walls Of Jericho w sali zrobiło się znacznie gęściej i głośniej. Podbicie decybeli w sam raz dopasowało się do pełnych zaangażowania wrzasków wokalistki zespołu – Candace Kucsulain. W tegorocznym zestawie Persistence WOF było w gronie kapel z bardziej metalowym pazurem i szpon ten miał sporo zwolenników, którzy entuzjastycznie reagowali na takie petardy jak „The New Ministry”, „Feeding Frenzy” czy „The American Dream”. Wspomniana Candace, pomimo ostrej ekspresji muzycznej, ogólnie dawała bardzo pozytywny przekaz, racząc wszystkich pomiędzy utworami nieschodzącym z twarzy uśmiechem i przyjacielskim kontaktem z publicznością. Oprócz dobrych wibracji publika miała również okazję z bliska zapoznać się ze sporą ilością dziar wokalistki, gdyż kilka razy zeszła z mikrofonem do tłumu i dała pośpiewać rozgrzanym pierwszym rzędom. Trzeba przyznać, że kobita ma kawał gardła i nie dziwię tym, którzy przy pierwszym zetknięciu się z muzyką WOJ nawet nie rozpoznają, że wokal należy do przedstawicielki płci pięknej. Walls Of Jericho spuścili solidny łomot, energia buzowała mocno, ale brzmienie zespołu nie do końca, gdyż gitary przez cały set bardziej charczały niż ciosały porządne riffy.

Po jerychońskiej kanonadzie nastąpiła ponowna zmiana wystroju i kolejne przejście. Tym razem znaczące, albowiem rozwieszono sporo dekoracji, pod sceną zrobiło już się bardzo ciasno, a w głośnikach na próbie gitar było słychać, że będzie znacznie czyściej i głośniej. W końcu technicy zniknęli, na deski wyszedł kolejny zespół. Było ich pięciu. Operator rozświetlił scenę. W snopach światła błysnęło logo Terror, a z głośników poleciał cios. Niesamowicie potężny cios. Nie było podchodów typu „pitu pitu, witaj mi tu”. Od pierwszych dźwięków publiczność po prostu dostała w mordę. Bez pytania. A w następnej chwili wielka, stalowa pięść zamaszystym ruchem wbiła wszystkich w glebę. Bez litości. Taka jest siła muzyki tego zespołu. Oprócz mocy samych dźwięków, w intensywności odbioru Terrora jest również spora zasługa frontmana Scotta Vogla, który jest świetnym liderem scenicznym. Uwalania z kapeli oraz tłumu wielką kulę energii, wyciąga ją na scenę i ciska z powrotem w ludzi. Ten facet w bardzo przekonywujący sposób najpierw wszystkich pod sceną wciąga do zabawy, a potem i na sam podest. Mniej więcej w połowie koncertu Scott wygłosił mowę chwalącą całe środowisko HC w Berlinie. Podziękował wszystkim za wsparcie, a zapowiadając kolejny numer, włączył moduł wojenny i wskazał wroga. Na przeciwnika do pokonania zostały wskazane barierki przed sceną, a żołnierzom wydano rozkaz ruszenia naprzód, włażenia sobie na ramiona, wskakiwania po głowach, robienia wszystkiego co możliwe, by przełamać zasieki i wyjść na czyste pole nieograniczonej zabawy. Pobudzonym dywizjom dwa razy nie trzeba było powtarzać. Gdy ruszyli z „Your Enemies Are Mine”,  przed, pod i na scenie zakotłowało się niemiłosiernie. Ochroniarzom, którzy do tej pory mieli raczej spokojny dzień na wachcie, oczy w sekundę zmieniły się w czerwone pingpongi, a ramiona zawirowały od przewalania dziesiątek ciał, które zalały przód sali. Ludzie skakali na scenę, ze sceny, z odsłuchów w tłum, ze środka tłumu na skrzydła. W powietrzu zmieszały się buty, koszule, włosy, tatuaże, pot. Szaleństwo, po prostu szaleństwo. Berlin został storpedowany m.in. takimi ładunkami jak „Stick Tight”, „Return To Strength”, „Always The Hard Way” czy kończącym występ „Keepers Of The Faith”. Podobnie jak na With Full Force 2011 – Terror zmiażdżył absolutnie. Ta kapela jest jak bezlitosne kowadło. Wbija w podłogę, by po chwili poderwać cię do skakania i za moment ponownie wgnieść. Schodząc ze sceny i dziękując publiczności, Scott rzucił na koniec: „That was fucking perfect!”. Kropka.

Biohazard. Dużo się działo w obozie tego zespołu od czasu powrotu kapeli do oryginalnego składu. Światowa trasa, nagranie płyty, nagłe odejście Evana, niepewna przyszłość, jej wyjaśnienie poprzez przyjęcie na stałe do składu Scotta Robertsa, wydanie w zeszłym miesiącu najnowszego albumu. W ostatnim czasie wydawało się, że sytuacja jest już ustabilizowana, a zespół przyleci na Persistance w nowym składzie. Jednak tuż po starcie trasy ich udział w całym przedsięwzięciu stanął pod znakiem zapytania z uwagi na tajemniczą dolegliwość, która dopadła właśnie Scotta i uwięziła go na 3 dni w szpitalu. Chłop był jednak twardy, wypisywał się na żądanie, grał koncert i zaraz po jego zakończeniu wracał pod rurki. Do Berlina przyjechał już uzdrowiony, ale od początku koncertu wszyscy zwrócili uwagę, że znów coś się chyba stało, gdyż za bębnami nie było Dannego Schulera. Wiedząc, że jego żona jest w zaawansowanej ciąży, można było przypuszczać, że pewnie poleciał do Stanów, żeby być przy małżonce, szkoda jednak, że nikt z zespołu tego nie potwierdził czy też nie wyjaśnił zaistniałej zmiany. Tyle sapania, przejdźmy do grania, bo tu było bardzo dobrze. Podobnie jak podczas występu Terroru, świetna jakość dźwięku wręcz rozrywała głośniki. Muzycznie kwartet z Nowego Jorku zaprezentował przelot przez swoje najmocniejsze numery, czyli m.in. „Shades Of Grey”, „Urban Discipline”, „Punishment”, „What Makes Us Tick” czy „Down For Life”. Utwory z nowej płyty pojawiły się dosyć późno, dopiero pod koniec setu i były to m.in. „Vengenance Is Mine” i „Come Alive”. Ten drugi niestety z problemami technicznymi, gdyż ponownie zgasło zasilanie, tym razem po prawej stronie sceny, tak więc początkowo Bobby Hambel mógł w tym numerze uczestniczyć tylko śpiewając chórki. Na szczęście techniczni ogarnęli sprawę i zdążyli go podpiąć w sam raz tuż przed jego solówką. Widać zmiany w tym zespole i są one dostrzegalne nawet na scenie. Billy przejął dowództwo w całej ekipie, co obrazowało nawet rozstawienie mikrofonów. Ze stałej pozycji na lewej flance przesunął się na środek podestu i stamtąd dyrygował zarówno swoją brygadą instrumentalną, jak i publicznością. Scott Roberts, ku memu pozytywnemu zaskoczeniu, bardzo dobrze zastępował Evana. Obawiałem się, czy to był dobry wybór na nowego, śpiewającego basistę, ale wygląda na to, że najlepszy z możliwych. Nie tylko przez to, że jest to człowiek od zawsze związany z Bio, ale głównie dlatego, że jego głos po prostu bardzo dobrze pasuje do partii poprzednika. Scott wypełniał w zastępstwie już wszystkie gitarowe pozycje w zespole, został mu jeszcze tylko Danny na perkusji, choć będąc już basistą, może tego nie ogarnąć. W końcu człowiek ma tylko 4 kończyny… Widziałem go wcześniej kilka lat temu podczas występu zespołu na festiwalu Eko Union of Rock w Węgorzewie. Wtedy z kolei Billemu urodziło się dziecko i musiał wrócić do Stanów, tak więc w jego miejsce wskoczył pan Roberts i szczerze powiedziawszy oryginalne partie położył na całej linii. Scott ma prostu inny głos, śpiewa w niższych rejestrach i wysokiego śpiewu Billego raczej nie zastąpi, ale gdy w gardle jest bardziej basowo, to jego wkład pasuje jak ulał. Bio wciąż ma ogień. Bobby wycinał swoje młynki, Billy lądował w tłumie z gitarą, Scott pomimo sporego wzrostu sadził sążniste susy, a zastępca Dannego (jak się potem dowiedzieliśmy był to Danny Lamagna ze Sworn Enemy) wykonał swoją robotę pierwszorzędnie.

Po Biohazard naród ruszył na ostatnie przed finałem hausty piany i dymów. Ekipa techniczna uwijała się z ogarnianiem sprzętu, a na tyłach zawisł „backdrop” z charakterystycznym logo Suicidal Tendencies. Ten zespół jest wyjątkowy. Na ich unikalność składa się: po pierwsze staż (rok założenia 1981), po drugie muzyka – oryginalne połączenie punku/metalu/thrashu – i po trzecie społeczność. ST stworzyli swoją własną kulturę, bazę „cyco” fanów manifestujących przynależność do wspólnoty m.in. ubiorem. Słynne już czapeczki z zadartym do góry daszkiem czy też wysokie podkolanówki, których nie powstydziliby się Gadocha z Szarmachem w ‘74. Podobnie jak na koncercie w warszawskiej Stodole w 2010, z racji samego stażu zespołu pod sceną zainstalowało się trochę inne, bardziej „dojrzałe” pokolenie fanów. To absolutnie nie zmieniło temperatury centrum młyna i kiedy zespół zaczął set hiciorem „You Can’t Bring Me Down”, mosh-pit zakręcił się w pogo żwawiej niż zmutowana pralka „Frania”. Suicidals są w mega formie, zarówno fizycznej, jak i muzycznej. Po linii dźwięków czystość i siła brzmienia była porywająca, a zdolności techniczne muzyków powalały kunsztem wykonania piosenek. Na perkusji Eric Moore – kawał chłopa, pałki w jego piekarskich łapach wyglądają jak pałeczki do sushi, ale w jego grze nie ma ani krzty surowizny. Czysta wirtuozeria, totalny luz i fantastyczne zdolności techniczne dostarczyły wrażeń dźwiękowo-wizualnych najwyższych lotów. Na jego bębnach ze swoimi partiami basowymi podwieszał się kosmita w pidżamie, szarlatan w gumakach, szaleniec z karabinowym karczochem – wszelkie określenia niesamowitości Steva Brunera są jak najbardziej adekwatne. Tak jak KGHM ma licencję na wydobywanie miedzi, tak Suicidals mają patent na wynajdywanie niesamowitych basistów i po magiku Trujillo ten pan jest godnym i jak najbardziej zasłużonym kontynuatorem basowych czarów ekipy z Kalifornii. Na przodach szalały silniki gitarowe Mike’a Clarka i Dean’a Pleasantsa, którzy wycinali punkowo-thrashowe riffy, kładąc ogniste podwaliny dla deklamacyjnego śpiewu Naczelnego Narciarza Galatyki – pana Mike’a Muira. Jeśli ktoś nie widział nigdy frontmana ST na koncercie i nie do końca rozumie aluzję do szusowania, to mogę wspomóc wyobraźnię czytelników dodając, że jego taniec sceniczny to połączenie sylwetki i ruchów Justyny Kowalczyk z Mariuszem Pudzianowskim po spożyciu dziesięciu wiader espresso. Facet ma po prostu w dupie wulkan. Jakie tam trzy operacje kręgosłupa, jakie prawie 50 dych na karku. Odpał, szaleństwo i szusowanie z jednego krańca sceny na drugi od początku do samego końca występu. Nie zabrakło również typowych dla Mike’a gadek, które wypluwał z siebie z prędkością kałasznikowa. Jedna z nich, licząca jakieś 31 463 słów, przedstawiała historię z jego młodości, kiedy to wówczas 16-letniego wokalistę zatrzymała, a następnie pobiła policja tylko za to, że jeździł na deskorolce. Nie było to ładne zachowanie, panowie nie byli dla dzieciaka uprzejmi, więc smarkacz napisał o nich następującą po rzeczonej inwokacji piosenkę o niewinnym tytule „Facist Pig”. Z innych klasyków pojawiły się jeszcze „Possesd To Skate”, „War Inside My Head” czy „How Will I Laugh Tomorrow”. Oczywiście na koniec nie mogło zabraknąć już stałego punktu koncertów ST: „il grande finale”, czyli wpuszczenia na scenę maksymalnej ilości fanów do wspólnego wykonania „Pledge Your Allegiance”. Grane zawsze jako ostatnie „Pledge…” tym razem nie kończyło występu, gdyż po nim zespół płynnie przeszedł jeszcze w „Memories of Tomorrow”. Ostatnia pozycja koncertu był wyśpiewana przez Mike’a gdzieś tam hen zza rzędów rozentuzjazmowanych ciał, które w amoku chóralnych śpiewów i „suicidalowego” szaleństwa wieńczyły wraz z zespołem to wyjątkowe dzieło. Nie ma się co rozpisywać, po prostu było tak!

YouTube Preview Image

Autor filmu: Coldmany

Ciężko nazwać ten wieczór w berlińskiej Astrze zwykłym koncertem. Sześć godzin wybuchowej muzyki było w zasadzie mini-festiwalem w doborowej obsadzie. Organizacja ogólnie nie nawalała, choć zaskakujące było, że w kraju wszechobecnego „ordnungu” zakaz palenia w sali wszyscy mieli głęboko w mało nasłonecznionym miejscu, tak więc Astra była gęsto wypełniona dymem rozmaitych substancji. Gdyby wewnątrz była choćby odrobina wentylacji, to może by się to jeszcze jakoś rozeszło, a tak, z powodu raczej puszkowej konstrukcji pomieszczenia, atmosfera miejscami miała konsystencję powietrza z Donieckiego Zagłębia Węglowego. Ochrona w fosie była w porządku, choć Bobby z Biohazard schodząc ze sceny, był na nich wściekły, rzucił im kilka „faków” i cisnął mikrofonem o podłogę. Nie wiem, o co dokładnie poszło, ale ogólnie duzi panowie wykonali kawał dobrej roboty. Nie każdy byłby w stanie okazać profesjonalną cierpliwość w obliczu permanentnego ostrzału ze wszystkich stron wszystkimi rodzajami broni koncertowej typu: kończyny, trepy, łańcuchy, kolczyki i strugi potu. Nie będę pisał: ”szkoda, że nie ma takich wydarzeń w Polsce”, gdyż to oczywiste. Na pocieszenie zawsze można sobie pomyśleć o fanach HC np. z Rzymu czy Madrytu, w pobliże których ten tour nawet się nie zbliżył. Ba, a co ma powiedzieć Londyn… Tak więc Berlin czy Drezno jeszcze nie są tak daleko, choć to nie powinno zniechęcać polskich organizatorów do podejmowania starań mających na celu ściągnięcie kiedyś Persistence do Polski. No dobra, zamykam już ten wywód. Jest taka jedna piosenka jednego zespołu, która zawiera jedną linijkę idealnie pasującą na podsumowanie całości. „Hardcore! Still lives!”.

Tekst: Krzysztof Bienkiewicz

Zdjęcia: Daniel Piękny

Galeria zdjęć z Persistence Tour 2012 w Berlinie >>> klik

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
  1. Danny Boy

    04.02.2012 o godz. 22:11

    I ja tam bylem, i skakalem i piwo pilem,
    HC still lives!

     
  2. wyjec

    25.02.2012 o godz. 15:41

    mnie też nie zabrakło, choć fanem czarniejszych brzmień mi przyszło być :D

     
 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.