Relacja – Rock In Summer (Tides From Nebula, Flapjack, Kvelertak, Deftones)

21.08.2011

Najpierw wybuchł granat, a potem posypało się confetti. Wiadomość, że w końcu po tylu latach oczekiwania do Polski zawita Deftones, gruchnęła w okolicach wiosny i już tylko ta wieść była bardzo ekscytująca sama w sobie. A gdy do tego zaczęły pojawiać się informacje, że na koncercie wesprą ich: nowy brylant polskiej sceny rockowej – Tides From Nebula, stary, lecz wciąż jak najbardziej jary, Flapjack i zagraniczne intryganty w postaci zespołów Kvelertak i Kylesa – ostatnia z trzech odsłon festiwalu Rock In Summer zapowiadała się bardzo ciekawie.

Przed imprezą okazało się, że Kylesa niestety musiała odwołać swój występ (szkoda), choć w następstwie tego organizatorzy ogłosili, że każda kapela zagra dłużej (tak!). Wczesna pora rozpoczęcia całości imprezy postawiła przed otwierającym festiwal zespołem Tides From Nebula nie lada wyzwanie – rozruszać jeszcze niezbyt liczną publikę i to w pełni popołudniowego słońca, które do ich muzyki pasuje jak abstynencja do rosyjskiego wesela. Na szczęście chłopaki totalnie nie przejęli się okolicznościami przyrody i ich występ niewiele stracił z charakterystycznej dla ich dokonań klimatyczności. Zaczęli od potrójnego zestawu z debiutanckiej płyty „Aura”, czyli transowego „Higgs boson”, mocnego „Sleepmonster” i uroczego „Purr”. Brzmienie było dobrej jakości, momentami w intensywnych partiach wręcz uderzało potęgą. Set obejmował głównie numery z pierwszej płyty zespołu. Obecnie promowany, najnowszy album „Earthshine” pojawił się w postaci „The fall of the Leviathan” oraz „White gardens”. TFN zagrali wybór raczej mocniejszych numerów, które do rozbujanej pod sceną garstki przyciągnęły nawet basistę Deftones. Sergio Vega chyba dosyć optymistycznie założył, że nierozpoznany posłucha sobie koncertu tuż spod głośników, ale najpierw pojedyncze osobniki, a chwilę później już całe sznurki fanów zbiegały z trybun po autograf, tym samym szybko weryfikując jego poglądy na popularność zespołu w Polsce. W końcu musiał się ewakuować, a szkoda, bo nie miał okazji przyjrzeć się i posłuchać świetnego „Tragedy of Joseph Merrick”, który zakończył bardzo udany występ zespołu. TFN na żywo brzmią znaczniej potężniej niż na płytach, a efekt mocy dodatkowo wzmacnia ekspresja gry samych muzyków. Z gniewem i naporem całego ciała uderzane struny, unoszone do góry gitary, w ferworze zatracenia w dźwiękach wypadające z ucha odsłuchy. Patrząc na ich sceniczne czucie i łącząc je z płynącą muzyką zespołu, mnie jako odbiorcę całość fajnie rozgrzewa od środka. Na pożegnanie był miły akcent prywatny. Jak przyznał na koniec ze sceny gitarzysta Adam Waleszyński, kilkanaście lat temu sami jako fani słuchali Deftones, może leżąc gdzieś na łóżku w pokoju, wertując wkładkę już zdezelowanej od nadmiernego słuchania kasety, a teraz mieli okazję zagrać na tej samej scenie i dzielić z nimi „backstage”. Marzenia czasem naprawdę się spełniają.

Chwila przerwy na ostygnięcie skłoniła do wizyty w punktach gastronomicznych, które owego dnia mogły służyć za podręcznik „jak nie organizować festiwalowej przestrzeni”. Ściśnięcie całości gastronomii w wąskim pasie o szerokości kilku metrów i do tego postawienie trzech, dosłownie trzech pip do piwa na ponad 2 tysiące rozgrzanych letnim słońcem gardeł, jak najbardziej słusznie zostało ostro ocenione przez wszystkich uczestników koncertu wszelkimi odmianami słów nie do końca przeznaczonych do wakacyjnego wydania domowego przedszkola. Jeśli ktoś nie chciał stać 45 minut po piwo, zawsze mógł skorzystać z sąsiednich kramów i przekąsić popcorn ewentualnie posmakować paczki fajek, tam kolejek nie było…

Powróćmy jednak do pozytywnego przekazu, na który wszyscy mieli nadzieję, gdy na scenie instalował się Flapjack. Ślimak jak zawsze zamontował się przy ustawionym bokiem do publiczności zestawie, Jahnz jak zawsze po prawej, Guzik jak zawsze wysoki. Zaczęli specyficznie – od numerów z kategorii ambitniejszych, czytaj mniej skoczno-zabawowywch. Najpierw był przearanżowany na gitary „Croock”, potem „Think Twice” i jeszcze „Onion tears”. Doceniając siłę i kopa zarówno debiutu, jak i drugiej płyty „Fairplay”, osobiście uważam takie kawałki jak rzeczone „cebulowe łzy” za jedne z najciekawszych w twórczości Flapjacka. Jakkolwiek tego dnia, w tym wykonaniu oraz przy tak, a nie inaczej nastawionej publiczności brzmiało to wszystko niezbyt porywczo i przekonywająco. Nie można odmówić zespołowi zaangażowania, choć ekspresja sceniczna, może oprócz Guzika, nie buchała ogniem, ale przede wszystkim nad całością górował jakiś charczący, psychodeliczny klimat, na który z pewnością miało wpływ poważnie nawalające zaplecze techniczne. Gitary były na pół skrzeczące, jakieś bez mocy. Guzik z przodu dawał czadu, co chwilę gubiąc bejsbolówkę, ale ciężko było nie zauważyć totalnego zniknięcia gry Ślimaka na perkusji, której słyszalność była mocno ograniczona. Po stronie publiczności natomiast dało się wyczuć wyraźną chęć otrzymania kopniaka od mocniejszej strony zespołu, tak więc dopiero zaserwowane w drugiej części setu „Ready to die”, „Fairplay”, „Throw this shit away” czy „Who’s next” wywołały większe i żywsze poruszenie pod sceną. Ogólnie był to trochę dziwny występ, lekko psychodeliczny, zgrzytliwy. Ze względu na niedociągnięcia techniczne na razie powstrzymuję się od oceny nowych numerów, których pojawiło się dosyć sporo. Czekamy na tę nowa płytę już tak długo, poczekamy jeszcze trochę. Przyjmuję postawę publiki na tym koncercie – pozytywny kredyt zaufania. Przez sentyment, przez znaczenie tego zespołu dla polskiego rocka. Kilka fragmentów zaprezentowanych nowych numerów brzmiało dobrze, w studio pojawił się Hau z Dynamind, tak więc ziarnko do ziarnka…

Kolejna przerwa i kolejna batalia o pianę. Intensyfikacja ocen zdolności przewidywania obecnego w procesie myślowym organizatorów osiągnęła werbalne apogeum. Na płaszczyźnie fizycznej temperatura i wilgotność w kolejce wzbiły się ponad wszelkie, oznaczone czerwoną kreską poziomy. Wskutek rosnącej desperacji zaczęła się kolejkowa partyzantka, a atmosfera gęstniała w duchu podejrzliwości z kategorii „Pan tu nie stał!”. Jedynie stoisko z „kiełbą” było puste i oswobodzone, jakkolwiek koncertowa wiara w obliczu rozpalonego pragnienia niezbyt w głowie miała zainteresowanie jakąkolwiek strawą. Zresztą pamiętamy, jakby co zawsze można było wziąć fajki i popcorn. Było fajnie.

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
  1. Kow

    21.08.2011 o godz. 13:57

    Zajebista recka!

     
  2. jerzy

    22.08.2011 o godz. 09:41

    osobiście nie byłem na koncercie,ale po recenzji mozna sie domyśleć że koncert był tym „granatem” !!
    Pozdrawiam!

     
 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.