Relacja – Rock In Summer (Tides From Nebula, Flapjack, Kvelertak, Deftones)

21.08.2011

Gdy na podium amfiteatru zamontował się Kvelertak, na scenie pod względem rozstawionej ilości sprzętu zrobiło się już znacznie luźniej, co oznaczało, że dzielił nas już tylko jeden rząd wzmacniaczy od występu głównej gwiazdy. Najpierw jednak musieliśmy przetrwać ostre dziabnięcie z hełmu norweskich wikingów. Nie było cackania w oberży. Od początku poszli ostro, a park Sowińskiego zatrząsł się od łupnięcia skandynawskiej hordy. Moment wejścia na scenę był jedynym, w którym można było w całości ujrzeć twarz wokalisty, bo zaraz po tym kwintet odpalił swoją black’n’roll’ową młóckę, a jego brodata facjata zniknęła pod grzywą roztrzepanych włosów. W tym momencie poczułem „deja vu”, ponieważ pamiętam, że miesiąc temu na festiwalu With Full Force (dla zainteresowanych – relacja dostępna tutaj), kiedy szedłem pod namiot na kolejny występ, na moment rzuciłem okiem na scenę główną, gdzie widziałem właśnie tę samą wściekłą, włochatą kulkę. „Dobry dzik” – przeleciało mi wtedy przez myśl, a dziś miałem okazję zobaczyć go w pełnej krasie. Kvelertak to grane na bas i aż 3(!) gitary, energetyczne, żywiołowe połączenie black metalu z punk rockiem, a wszystko dodatkowo podrasowane spontanicznością rock’n’rolla. Ich wybuchowa mieszanka miała swoich fanów w polskiej publice, która mocno ruszyła w pogo-tany. Zespół dobrze wiedział jak wciągnąć publiczność do zabawy, czy to podbijając rytm do klaskania, czy łechtając wyuczonymi polskimi zwrotami. Wokalista Erlend Hjelvik nie stronił również od bezpośrednich kontaktów z tłumem, ochoczo schodząc do barierek, by w tam szaleńczym śpiewie posmyrać swoim owłosieniem rozanielonych fanów. Ostro, bezkompromisowo, spontanicznie – jak cała ich debiutancka płyta zatytułowana po prostu „Kvelertak”. W nawiązaniu do ich trzeciej już wizyty w naszym kraju i faktu, że przyjazd ten był anonsowany nawet przez Ambasadę Królestwa Norwegii w Polsce (dowód), nasunęła mi się refleksja, że fajnie byłoby, gdyby wydziały kulturalne polskich placówek dyplomatycznych za granicą brały przykład z norweskich kolegów i informowały o występach rodzimych zespołów rockowych w danym kraju. Podejście do muzyki rockowej na zasadzie niechcianej szarańczy niczego konstruktywnego nie da ani kulturze, ani krajowi, tak więc wspierajmy się nawzajem, traktując muzykę jako zjawisko kulturowe w definicji trochę szerszej niż tylko etiudy Chopina. Z drugiej strony godna pochwały postawa Ambasady Norwegii nie może aż tak dziwić. W końcu mówimy o kraju, który w celu promocji najbardziej charakterystycznych elementów rodzimej kultury prowadzi szkolenia dla swoich dyplomatów nt. norweskiego black metalu. Oczami wyobraźni już widzę Pierwszego Sekretarza Ambasady RP w Islamabadzie, jak nocami studiuje dyskografię i teksty Behemotha..

Wszystkie koncerty tego dnia ze szwajcarską punktualnością rozpoczynały się o ustalonej godzinie i nie inaczej było z główną gwiazdą wieczoru – Deftones. Dokładnie o 20:45 na scenie pojawiły się cienie wchodzących muzyków, a tłum wzniósł wielką wrzawę, nie mogąc już doczekać się rozpoczęcia. Buchnęło. Na pierwszy ogień tytułowy numer z ostatniej płyty „Diamond Eyes”. Od razu było wyczuwalne, jak długo ludzie na nich czekali i jak bardzo zespół z Sacramento jest w Polsce uwielbiany. Chóralne wyśpiewywanie refrenu tego numeru przez cały amfiteatr było pierwszym momentem wieczoru, który przyprawił o gęsią skórkę. Zaraz po nim na linię strzału poszedł pierwszy singiel z rzeczonej płyty „Rocket skates”, który płynnie przeszedł w „Birthmark” z debiutanckiego albumu. Przerw pomiędzy utworami było mało i w zasadzie były dosyć krótkie, co zaowocowało zagraniem 17 numerów, z tymże trzeba zaznaczyć, iż niektóre były w skróconej formie, jak np. „Be Quiet and Drive (Far Away)”. Główną rzeczą, która rzucała się w oczy tego wieczoru, była energia i ruchliwość frontmana – Chino Moreno, na którym z oczywistych względów były skupione wszystkie oczy. Wokalista miał swoje problemy w przeszłości, m.in. z alkoholem i nadwagą, co naprawdę przekładało się na jakość koncertów. Chino A.D. 2011 i Chino z 2003 roku, kiedy to widziałem Deftones po raz pierwszy (koncert z A Perfect Circle w Berlinie – przyp. KB) to dwie inne osoby i zdecydowanie wolę wersję obecną. Widać w nim radość grania/śpiewania, odczuwa się energię i lekkość, no i nie można nie zauważyć może banalnej, ale jednak bardzo ważnej kwestii wręcz wyśmienitej formy fizycznej. Były wyskoki, wygięcia, rzucanie mikrofonem o scenę, wskakiwanie na podest, wręcz przebieżki po scenie! Chino miał niepohamowaną energię, która rzucała nim po całej arenie koncertu. Cokolwiek by nie powiedzieć, ciało ma wpływ na wewnętrzną energię i widać, że Moreno w końcu odnalazł jej niespożyte pokłady, które pozwalają mu na tak intensywne bycie i czucie na scenie. Intensywność ruchów i spazmatycznych śpiewów wokalisty połączone ze ścianami potężnych gitar Stephena Carpentera to urok mocnej strony zespołu, ale jedną z najbardziej charakterystycznych cech ich muzyki są również wolniejsze, pełne przestrzeni i melancholii pasma, w których wokalista subtelnym głosem na pół szepce, na pół śpiewa teksty z pogranicza snu i rzeczywistości. Zdolność oddania tych wartości również na żywo była kolejnym punktem potwierdzającym klasę tego zespołu i iskierką łechtającą naskórek. Gdy scena i publiczność zanurzały się w przygaszonym świetle i subtelnych dźwiękach, kilkutysięczny amfiteatr klimatem zmieniał się w intymny klubik. Odczucie takie pojawiało się głównie w numerach, w których Chino chwytał za drugą gitarę i tkał delikatne melodie do „Digital Bath”, „Sextape” czy „Minerva”. Ostatni numer został zapowiedziany z dedykacją („this one is for Chi”), a postać wciąż będącego w ciężkim stanie po wypadku samochodowym oryginalnego basisty zespołu cały czas była obecna podczas koncertu. Było to widoczne nie tylko po stronie jego kolegów z kapeli, ale również i fanów, którzy przekazali na scenę napis z krótkim, lecz wszystko mówiącym „Come back, Chi”. Trzeba jednak docenić, że jego zastępca Sergio Vega to świetny basista, którego ekspresja na scenie może nie jest tak częsta, ale z pewnością równie intensywna, co pląsy pana z mikrofonem w ręku. W mocnych wejściach zrywał się nagle ze swojego miejsca po prawej stronie sceny i testował wytrzymałość zarówno gryfu swojego basu, jak i podeszw butów, z impetem atakując przestrzeń wymachiwaniem gitary i żarliwymi podskokami. Przy okazji warto zwrócić uwagę na selektywny dźwięk jego instrumentu, choć tą cechę miało w zasadzie brzmienie całego zespołu. Ok, niektóre krzyki Chino sprzęgały i zlewały się. Czasem też, gdy pędził w amoku przez scenę, jego głos był rwany, a i człowiek od sampli i klawiszy, czyli Frank Delgado też może nie był bardzo mocno słyszalny. Nie były jednak to aż tak duże wpadki i całościowo wszystko brzmiało bardzo dobrze.

Ciekawy moment miał miejsce, kiedy w trakcie trwania „Elite” Chino nagle przechylił się w stronę publiczności i….spadł do fosy przed sceną. W zasadzie sam się tam zrzucił, ale widok jego ciała bezwładnie opadającego przed barierki był dosyć intrygujący. Zaraz szybko wstał i nie było już żadnej niemocy w sposobie, w jaki wyśpiewał kolejną zwrotkę numeru, praktycznie leżąc połową ciała na rękach fanów z pierwszych rzędów i wywrzaskując im tekst wprost do uszu. Po powrocie frontmana na scenę poleciał singlowy hicior z „White Pony” – „Change (In the house of flies)”, a potem łyczek “..polish vodka..” i zagrali ”„Passenger”. Z pewnością odnośnie tego numeru wiele osób w duchu żachnęło się myślą w stylu „ach, szkoda, że nie ma Maynarda z Toola, jak na płycie”, ale nie ma i raczej nie będzie. I nie ma też takiej potrzeby, naprawdę. Numer został świetnie wykonany również w partiach Keenana, a swoją drogą nie śpiewali go we dwójkę na scenie nawet wtedy, kiedy byli razem w trasie w rzeczonym 2003 r. Pod koniec koncertu fantastyczna i przez cały wieczór bardzo żywiołowo reagująca publiczność oprócz bardzo dobrego występu dostała jeszcze jedną nagrodę. Po wykonaniu „Pasażera” Chino zniknął ze sceny, a po chwili wybiegł przebrany w koszulkę przygotowaną specjalnie na ten koncert przez polski fan klub zespołu (www.deftones.pl). Po pojawieniu się na scenie wokalista bez słowa po prostu stanął w koszulce na podeście, a cały amfiteatr dosłownie eksplodował aplauzem. Taka mała rzecz, a jak cieszy. Chłonięcie tego niesamowitego entuzjazmu pomimo braku choćby jednej nuty było kolejnym muśnięciem magii, które tego wieczora wypełniło powietrze. W ostatnim akcencie występu zespół zaatakował mocnym zestawem z pokaźnie reprezentowanej tego dnia debiutanckiej płyty „Adrenaline”. Trójpak „Root”, „Nosebleed” i „7 Words” dopełniły dzieła ekstazy i choć rzadko się zdarza, żeby zespół nie wyszedł na tak dosadne i głośne przywoływanie publiczności, gdy na scenie pojawili się techniczni i zapaliły się światła, wiadomo było, że to już naprawdę koniec.

Nie było ich długo, ale przeprosili. Mieli grać więcej niż w pierwotnym planie, ale nie zagrali. Chino mógł zakładać koszulkę fan klubu, ale nie musiał. Mogło pojawić się „Back to school”, ale nie było. Czy oceny tego występu mogą być spolaryzowane? Pozytywów było mnóstwo. Po przeciwnej stronie zawsze można się czegoś doszukać, ale skrawki niedosytu nie miały większego znaczenia. Ostatnim numerem Deftones było „7 words”, tak więc i ja na na koniec tej recenzji mam do przekazania tylko siedem słów podsumowania – to był piękny wieczór pełen ekscytujących emocji.

Tekst: Krzysztof Bienkiewicz

Zdjęcia: Tomasz Pulsakowski

Pełna galeria zdjęć z festiwalu jest dostępna tutaj

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
  1. Kow

    21.08.2011 o godz. 13:57

    Zajebista recka!

     
  2. jerzy

    22.08.2011 o godz. 09:41

    osobiście nie byłem na koncercie,ale po recenzji mozna sie domyśleć że koncert był tym „granatem” !!
    Pozdrawiam!

     
 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.