Relacja: Sorry Boys (25.05.2013, Warszawa)

29.05.2013

To był jeden z tych dni, w których wszystko raczej zniechęcało do pójścia na koncert. Padał deszcz, wiał wiatr, występ miał rozpocząć się wcześnie, bo przed godziną 18, kiedy jest jeszcze jasno, czyli zapowiadało się raczej bez klimatu. Dodatkowo miał być to koncert w ramach Juwenaliów, tak więc najprawdopodobniej w scenerii plastikowych kufli, drewnianych ław i wszędobylskiego zapachu smażonej kiełbasy. Pomimo tych teoretycznie mało ekscytujących uwarunkowań zdecydowałem się wybrać na zaplanowany w warszawskim parku Agrykola występ zespołu Sorry Boys. Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie kilkanaście zdań poniżej.

Po przybyciu na miejsce koncertu sceneria, którą zastałem, była dokładnie taka, jak przypuszczałem. Chłodnawo, pustawo, pojedyncze ciała pod sceną, pojedyncze wąsy w pianie i siwy, kiełbasiany dym gęsto owiewający scenę. Nie to jednak było najważniejsze, tak więc spokojnie czekałem na występ zespołu, który chciałem zobaczyć. Sorry Boys na estradzie pojawili się przed 18. Z głośników popłynęły pierwsze dźwięki „Caeser on fire”, na scenę wyszła wokalista Izabela Komoszyńska, wzięła do ręki mikrofon, zaczęła śpiewać i w tym samym momencie po moim ciele spłynęła smuga dreszczy. Pamiętam, że kiedy widziałem ten zespół na żywo po raz ostatni, czyli jesienią 2012 na Free Form Festival, minęła chwila, zanim impuls odbioru dźwięków przelał się przeze mnie, ale tym razem iskry przepłynęły natychmiast. O wyjątkowości głosu Izy rozmawialiśmy już w naszym wywiadzie, ale każde spotkanie z jej śpiewem na żywo potwierdza jego unikalność. Jeśli chodzi o wykonanie utworów, tym razem ciekawostką była ich bardziej drapieżna natura. Zarówno następne w kolejności „Trains go everywhere” i „Salty river”, jak i pozostałe utwory z debiutanckiej płyty „Hard working classes” miały w sobie odrobinę większego pazura w porównaniu do wersji studyjnej, co na koncercie jak najbardziej się sprawdziło. Szczególnie kiedy wykonują je tacy instrumentaliści. Już na poprzednim występie moją uwagę zwrócił „szyjący” na czterech strunach imponujące linie basowe Bartek Mielczarek. W sekcji rytmicznej bardzo przyjemnym, miękkim brzmieniem perkusji wspiera go Maciej Gołyźniak, którego gra charakteryzuje się  dobrym wyczuciem akcentowania i gęstości rytmu. Maciej gra niesztampowo, ale bez przekombinowania, raz subtelnie wspiera delikatność dźwięków („Cancer sign love”), a w kolejnym utworze odpowiednim rytmem np. hi-hatu podkręca energię piosenki („Chance”). Warto wspomnieć, że basowo-perkusyjny tandem dzieli swoje umiejętności między Sorry Boys i zespół Moniki Brodki. Po bokach sceny operowało zaś dwóch panów, którzy odpowiadali za wszystkie kolory i przestrzenie muzyki zespołu. Tomasz Dąbrowski na gitarze i Piotr Blak  (gitara, instrumenty klawiszowe) wypełniali formy zapodawane przez sekcję rytmiczną paletą melodyjności i niedosłownej przebojowości, tak znamiennej dla stylu muzycznego Sorry Boys. No i wspominania już wcześniej Iza. Intensywna. Intymna. Intensywna w intymności śpiewu, kiedy w wolniejszych fragmentach jej pół-szept czujesz tak blisko, jakby śpiewała ci wprost do ucha. A wykonany solo przy akompaniamencie tylko klawiszy cover piosenki Jeffa Buckleya „All flowers in time bend towards the sun” za każdym razem porusza ładunkiem emocjonalnym zawartym w minimalistycznej formie muzycznej. Oprócz nominalnej roli wokalistki Iza pełni na koncertach również rolę łącznika z publicznością, nie tylko dziękując pomiędzy utworami publiczności za przyjęcie piosenki, ale i wkręcając drobne żarty, jak ten na Agrykoli o swoim scenicznym ubiorze, który ktoś za sceną określił jako strój kibica Borusii Dortmund.

(fot. Łukasz Nowierski)

Wydaje mi się, że napisałem więcej niż kilkanaście zdań, ale wciąż nie odpowiedziałem na pytanie , dlaczego pomimo mało zachęcających okoliczności wybrałem się na koncert. Odpowiedź jest taka sama, jak wtedy, kiedy ktoś mnie pyta, czy chce mi się jechać 10 godzin na koncert do Niemiec lub po co wybieram się na jakąś “podrzędną imprezę” organizowaną w Miejskim Domu Kultury w Wołominie. Robię to dlatego, że staram się wystawiać na potencjalne zaistnienie magii. I w zeszłą sobotę na warszawskiej Agrykoli ta magia zaistniała. Rozkwitła w pełnej krasie, kiedy podczas wykonywania najnowszego utworu zespołu pt. „Sun”, gęsta i trwająca przez cały koncert szarość nieba nagle się rozsunęła, a publiczność i muzyków zalały promienie ciepłego słońca.

To był jeden z tych koncertów, podczas których w zwykłych okolicznościach dzieją się  niezwykłe rzeczy. W otoczeniu kebabów, pajdy chleba i browara, skromna publiczność zgromadzona przed sceną doświadczyła kontaktu z wyrafinowaną muzyką unikatowego zespołu. I błyskiem magii.

(fot. Łukasz Nowierski)

Tekst: Krzysztof Bienkiewicz

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Relacja: Sorry Boys (25.05.2013, Warszawa) została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.