Relacja: Spoiwo (Łódź, 13.03.2016)

15.03.2016

Niedziele są najgorsze. Najbardziej leniwe, zawieszone i jakby rozciągnięte. W taki dzień człowiek potrzebuje pewnego rodzaju natchnienia i wewnętrznego impulsu żeby podjąć decyzję o wyruszeniu gdziekolwiek, a już na pewno tyczy się to decyzji o porzuceniu laptopa i koca na rzecz występu formacji, którą – zgodnie z koncertowym rozkładem jazdy – ma zobaczyć kilka dni później w Warszawie jako support Maybeshewill. Oczywiście człowiekiem jestem ja (dla niedoinformowanych – kobiety też ludzie :), natomiast kapela, która w brutalny sposób wyrwała mnie ze świątobliwego marazmu to rzecz jasna Spoiwo.

W przejmującym chłodzie dotarłam pod szyld głoszący… Żarty Żartami. Pierwszy uśmiech tego wieczoru. Lubię te przewrotne nazwy klubów. Ich dziwne lokacje, często w klaustrofobicznie małych przestrzeniach, które zdają się potęgować ilość doznań. Z tym miejscem było jednak inaczej. Zaskakująco przestronne i kolorowe pomieszczenie z barem, stolikami, kanapami i krzesłami. Przestrzeń. Mnóstwo przestrzeni. Sceny jednak nie było widać. Był za to tajemniczy, oświetlony korytarz, z którego dobiegały odgłosy soundchecku. Kolejny lekki uśmiech. Moje emocje zostały delikatnie objęte ramionami ekscytacji.

Koncert zaczął się ze spodziewaną obsuwą czasową, ponieważ zespół wydawał się być pochłonięty witaniem się z Łodzianami, śmiechem, rozmowami, tworzeniem wręcz rodzinnej atmosfery. Kwintet z Gdańska czuł się w Mieście Włókniarzy jak u siebie. To był kolejny fajny element tego wieczoru. Zero ciężaru. Pełna swoboda i przepływ, która uzewnętrzniła się w silny sposób także w samej postawie muzyków podczas występu – opowiadanie anegdot z innych koncertów, wspominanie wcześniejszych pobytów w Łodzi, a nawet rzucanie dowcipami zarówno przez muzyków, jak i samych fanów (również ze sceny). W ten sposób swoistym hasłem wieczoru stało się już słynne „Bieda walczy!”, natomiast gwoździem programu była odpowiedź na pytanie „Co mówi obcy schodzący ze szczytu?” – „Nostromo”. Frywolny nastrój i ogólna radość były też spowodowane faktem, że Spoiwo obchodziło właśnie rocznicę wydania swojego debiutanckiego albumu „Salute Solitude”, który przygotowywali niemal 6 lat (zapowiedzieli, że w tym tempie kolejny wydadzą około 2021 roku… dzięki czemu wciąż będą młodym, początkującym zespołem). Ale żarty żartami. Trzeba przejść do mniej przyjemnej części wieczoru i przyjąć otrzeźwiający cios z liścia w twarz.

Generalnie kompozycje gdańskiego zespołu są ciekawe, złożone i bardzo klimatyczne. Wyciszone, lekko rozlane motywy miękko otulają, a uderzenia naprawdę walą po kościach i szarpią rytmicznie mięśnie. Jednak brak osobistego dźwiękowca, który rozumiałby tę muzykę i umiałby ją odpowiednio „ukręcić” na sprzęcie, dało się silnie we znaki zarówno muzykom, jak i publiczności. Ukryta w głębi łódzkiego klubu sala koncertowa była fajna, ale mała. Jak mówił miejscowy realizator, wszystkie instrumenty musiały być dogrywane pod robiącą najwięcej zamieszania perkusję, więc leżała regulacja wysokich tonów (przez które podczas jednego z tremolo granego powyżej 12. progu po prostu uciekłam do sali obok) czy choćby wypuszczanie w odpowiednich momentach klawiszy na front.

Ramiona ekscytacji cofnęły się. Koszmarnie się krzywiłam na to wszystko, bo zdawałam sobie sprawę, że dobrze wyciągnięte brzmienie stworzyłoby w tym miejscu prawdziwy emocjonalny kosmos. I tego bardzo mi brakowało. Noszących dźwięków, przenikających całe ciało, a nie wgnitających głowę w tułów. Jednak mimo tych akustycznych niedogodności i kilku problemów technicznych, przekaz Spoiwa był silny i niekiedy przez niejasne poczucie kakofonii przebijała się ta nieziemska przestrzeń, której wyobrażenie podsycało zaangażowanie samych muzyków. Sposób w jaki oni odczuwali swoje kompozycje pozwalał oderwać się choć trochę od rzeczywistości i zrekompensował wszystko to, co niezależnie od nich poszło nie tak.

1fot. Sebastian Nowakowski

To był mój drugi koncert Spoiwa. Na pierwszym, w warszawskiej Progresji, też był problem z akustyką. A za chwilę usłyszę ich na żywo po raz trzeci w płaskim i mrocznym wnętrzu stołecznego klubu Hydrozagadka. Pozostaje mi tylko ufać, że tym razem wielki potencjał tego zespołu i fascynująca atmosfera ich kompozycji ujrzy światło dzienne nie tylko na studyjnych nagraniach, ale też na deskach sceny.

Aleksandra Tychmanowicz

Setlista:
Untitled/unreleased
Flare
Call me home
Skin
Untitled/unreleased
No kingdom
YOS

4fot. Sebastian Nowakowski

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Relacja: Spoiwo (Łódź, 13.03.2016) została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.