Relacja: Tides From Nebula (09.12.2012, Lublin)

14.12.2012

Warszawska formacja Tides From Nebula, pomimo swojej stosunkowo jeszcze krótkiej działalności, zdołała już wyrobić sobie markę jednego z najlepszych zespołów rockowych w Polsce. Na opinię tę z pewnością wpłynął również charakter ich występów na żywo, które zawsze są bardzo żywiołowe. Ponieważ złożyło się tak, że ominął mnie ich koncert w Warszawie, w grudniową niedzielę postanowiłem wybrać się do Lublina, by móc zobaczyć TFN na występie zamykającym istny maraton koncertowy zespołu. „Tajdsi” od października przemierzyli 14 krajów w Europie, a następnie zagrali jeszcze 17 koncertów Polsce. Eskapada instrumentalnych rockowców z Warszawy kończyła się w stolicy województwa lubelskiego, gdzie na ostatnim występie trasy towarzyszyły im dwa supporty, od których zaczniemy poniższą relację.

Całość rozpoczęła pochodząca z Puław formacja Servants Of Silence. Był to mój trzeci kontakt z tym zespołem na żywo. Pierwszym razem narobili sporego zamieszania jako support If These Trees Could Talk na kwietniowym koncercie w Warszawie (a propos, nasz wywiad przeprowadzony z „Drzewami” przy okazji tego koncertu można przeczytać tutaj). Porwali publiczność do tego stopnia, że ta wywołała ich na bis, co w przypadku supportu jest naprawdę sporym wyczynem. Drugi raz miał miejsce w czerwcu ponownie w Warszawie, tym razem w klubie Tygmont. Pamiętam ten koncert ze względu na wszechobecną przaśność i amatorszczyznę, która ziała z każdego kąta tego kiedyś sławnego przybytku. Wspomnę może tylko o „specu” od konsoli, który po rozpoczęciu, nomen omen, opóźnionego chyba o godzinę koncertu, podczas występu pierwszego zespołu zamiast wsłuchiwać się, czy wszystko jest w porządku z dźwiękiem, zniknął ze swojego stanowiska, zanurzając się w odmęty gierki „Angry birds”. W tym czasie oślepiony światłem i nie wiedzący o nieobecności „fachmana” wokalista pierwszego zespołu desperacko dopraszał się o dodanie wokalu na przody. Pomimo mało sprzyjających warunków zewnętrznych i wyjątkowo niskiej frekwencji, bo słuchaczy można było policzyć na palcach czterech kończyn, Servants Of Silence wypadli bardzo przyzwoicie, wzmagając mój apetyt na ponową interakcję z ich muzyką w bardziej cywilizowanych warunkach. Taka okazja nadarzyła się 9 grudnia w Lublinie. Piątka młodzian miała przed występem problemy techniczne, które opóźniły rozpoczęcie koncertu, ale kiedy w końcu przygasły światła i po sali rozlały się klimatyczne dźwięki ich klawiszy, zrobiło się naprawdę uroczo. Zespół ten jest odrobinę zbliżony stylem do Tides From Nebula, jakkolwiek nie ma mowy o bezmyślnym naśladownictwie. Servants of Silence jest formacją, która potrafi się wyróżnić na tle zlewającej się we wzajemną identyczność post-rockowej masy. Podoba mi się to, jak potrafią budować napięcie i wraz z upływem utworu wznosić w górę ściany gitarowych melodii. Mają ciekawe i bogate aranżacje. Ścieżki instrumentów umiejętnie przeplatają się i uzupełniają miedzy sobą. Klawisz daje ich muzyce dużo przestrzeni i odpowiednio intensyfikuje lub modyfikuje nastrój. Oczywiście są rzeczy, które w moim odczuciu można jeszcze skorygować. Rzeczony klawisz bywa czasem zbyt syntetyczny, rytmika miejscami jest nadmiernie powtarzalna. Jednakże mając na uwadze wiek tych chłopaków (nie znam ich metryk, ale wyglądają bardzo młodo), jeszcze wszystko przed nimi. O takich zespołach zwykle się mówi, że „mają talent”. Tak z pewnością jest w przypadku załogi z Puław, chociaż ja w ich twórczości przed wszystkim słyszę, że ten zespół ma wyobraźnię. Wyobraźnię, która pozwala kreować wyjątkowe dźwięki, takie jak np. fala gitarowych melodii, która spływa na słuchacza w „Energy of the sunlight”. Słuchając tej piosenki czy to z płyty (EP „Weightless Thoughts”), czy na koncercie, zawsze wywołuje ona u mnie dreszcz poruszenia.

Servants of Silence live (Lublin, Graffiti, 09.12.2012)

YouTube Preview Image
(autor filmu: ToolKarol77)

Możliwe, że z uwagi na wciąż skromne doświadczenie koncertowe, jeśli chodzi o ekspresję sceniczną, Servants of Silence byli podczas występu raczej zachowawczy w przeciwieństwie do kolejnej formacji, która pojawiła się na scenie w Lublinie. Warszawskie trio Forma, bo o nich mowa, zaprezentowało znacznie większą pewność siebie. W zasadzie nie ma się czemu dziwić. Forma dopiero w tym roku wydała debiutancką płytę, ale ten zespół funkcjonuje już od 8 lat, więc tak naprawdę to są już starzy wyjadacze. A jak jest z ich muzyką? Jest trochę progresywnie, odrobinę onirycznie, miejscami „toolowo”. Od czasu do czasu z głośników buchnie ciekawy przester basu. Forma serwuje rozbudowane, można powiedzieć, że nietuzinkowe kompozycje, ale ich muzyce brakuje pasma energii, które spinałoby to wszystko w spójną całość. Jest trochę za dużo szarpania. Na płycie i koncertach śpiewają wszyscy trzej członkowie zespołu i ta wielogłosowość jest bardzo oryginalna w zamyśle, ale w Lublinie nie za bardzo zaistniała w odpowiednim wykonaniu. Tak jak bas podczas koncertu miewał ciekawe pasma, tak jego operator w partiach wokalnych często brzmiał odwrotnie. Głos Macieja Wróbla był za głośny, za ostry, wręcz inwazyjny. Wokalista jakby zupełnie nie czuł odpowiedniej odległości do mikrofonu. Widziałem ten zespół w październiku podczas występu akustycznego. Tam Maciej brzmiał bardzo przyjemnie, w Lublinie zaś bardzo pospolicie i zdecydowanie zbyt donośnie. Ekspresyjnie Forma pozostawiła po sobie dobre wrażenie. Muzycznie, jak w opisie wyżej. W odbiorze miałem odczucie, że część publiczności z lekką ulgą przyjęła moment wybrzmienia ich ostatniego utworu.

Forma live (Lublin, Graffiti, 09.12.2012)

YouTube Preview Image
(autor filmu: ToolKarol77)


W końcu nadszedł i czas na główną atrakcję wieczoru – Tides From Nebula. Warszawska formacja kończyła tym koncertem naprawdę imponujący ciąg występów. Od początku października zespół zagrał łącznie 45 koncertów, a występ w Lublinie był ich ostatnim w tym roku. Zespół wyszedł na spowitą mrokiem scenę ok. 21. Przywitały ich podekscytowane okrzyki oraz oklaski, a chwilę później z głośników popłynął początek spokojnego otwarcia „White gardens”. Wtedy zdarzyło się coś fajnego. Stojąca na scenie dwójka gitarzystów ustawiła się po bokach. Ja stałem naprzeciw środkowego punktu sceny, a tuż przede mną stała para, której sylwetki wpasowały się w przestrzeń pomiędzy konturami muzyków. I kiedy delikatność dźwięków otwierających „White gardens” popłynęła w stronę publiczności, sylwetki stojących przede mną dwóch postaci zbliżyły się do siebie i połączyły w subtelnym pocałunku. Ładne. Kiedy wykonanie pierwszego utworu wieczoru doszło do miejsca, w którym jest przerwa, gitarzysta Maciej Karbowski przywitał się krótkim „dobry wieczór”, a w następnym takcie lubelskie Graffiti zadrżało od uderzenia mocy. To była po prostu napierająca z impetem fala niesamowicie potężnego brzmienia. Widziałem ten zespół na żywo już kilka razy, ale takiej siły ich muzyki jeszcze nie doświadczyłem. I nie chodzi o głośność. Ta moc nie płynie z natężenia decybeli. Ta siła bije z głębii źródła porywającej eksplozji. I ta klarowność dźwięków. Wielkie wrażenie. Od początku koncertu dało się zauważyć, iż w zespole brakuje jednego członka. Zajmujący zwykle miejsce po prawej stronie sceny gitarzysta Adam Waleszyński od pewnego momentu trasy w Polsce zaczął zmagać się z problemami zdrowotnymi, które zmusiły go do zrezygnowania z końcowych występów. Pomimo tego zespół zdecydował się dokończyć trasę w trójkę, a na koncertach partie Adama były odtwarzane z taśmy. „Tajdsi” nic na tym nie stracili brzmieniowo, choć z pewnością na scenie brakowało ognistej ekspresji Adama, który w swoim szaleńczym tańcu z instrumentem na każdym koncercie ociera się o złamanie bądź to gryfu gitary bądź własnego kręgosłupa. Pozostali członkowie formacji podczas występów również na scenie nie szydełkują. Maciej Karbowski – podobnie jak Adam, intensywne czucie grania, a do tego duża sceniczna pewność siebie. Swojej gry, instrumentu, wykonania. Basista Przemek Węgłowski – jego raz po raz unoszony w przestworza bas stał się już jednym ze znaków rozpoznawalnych zespołu. Dość powiedzieć, że zarys sylwetki Przemka wkomponowany w słynne logo koszykarskiej ligi NBA widnieje na koszulkach ekipy technicznej TFN. No i w końcu perkusista Tomasz Stołowski, w którego grze widać największą zmianę. Wcześniej zawsze miałem wrażenie, że „Stołek” gra mocno usztywniony. Jakby był zestresowany tym, że się pomyli lub ominie jakąś frazę. A teraz? Na twarzy luz, w nadgarstkach miękka guma, no i te świeżo zapuszczone teksańskie wąsy…

Było o muzykach, powróćmy do samych dźwięków. Czy zauważyliście, że jesteśmy dopiero po pierwszym utworze? Na drugi atak poszedł „Sleepmonster” z fantastycznym brzmieniem basu. Podczas tego numeru, jak i całego koncertu, na uwagę zasługiwała oprawa świetlna, która była bardzo dobrze zsynchronizowana z muzyką, zarówno pod względem rytmicznym, jak i nastrojowym. Ciekawe było to, że w najostrzejszej części tego utworu, ci tak wcześniej chwaleni za ekspresyjność muzycy stali na scenie, jakby Castorama zainstalowała między ich pośladkami hurtownię szpadli i mioteł. Miałem wrażenie, że celowo. Dobra, kontrastowa zmyłka. Po atakach mocy efemeryczny urok powrócił w utworze „Purr”. Jak do tej pory przy każdej interakcji z tą piosenką na żywo w jego początkowej części brakowało mi odtworzenia tej charakterystycznej drżącej poświaty, którą można poczuć słuchając utworu z płyty. Tym razem wykonanie tego fragmentu pod względem klimatu wypadło znaczniej lepiej i jak do tej pory było najbliżej odczucia wywoływanego przez wersję studyjną. I podczas tego numeru stojąca przede mną para poczuła potrzebę bliskości, a pocałunek tym razem miał znacznie bardziej „dogłębny” charakter. Ich ponowne zanurzenie było bardziej zabawne niż romantyczne, gdyż nie mogłem powstrzymać się od myśli, że przy takiej pracy obydwu przepon, języki zauroczonych „papużek” musiały spotkać się i opleść gdzieś na głębokości dwunastnicy…

Na początku „It takes more than one kind of telescope to see the light” znów mieliśmy śliczną koegzystencję muzyki i świateł, kiedy to cały klub zalał urokliwy błękit. A w dalszej utworu riffy niezmiennie z niepohamowaną mocą atakowały rozanieloną błonę bębenkową. Gdy muzycy zrobili małą przerwę, by nawilżyć spragnione usta, małżowinowe organy publiczności dostały chwilę na przegrupowanie przed kolejnym ciosem. On nastąpił w postaci realizacji niespodzianki zapowiedzianej przez zespół przed ostatnimi koncertami na trasie. Był nią nowy numer o bliżej jeszcze nieznanym tytule i bazując na nim oraz wydanym jesienią nowym singlu pt. „Hollow lights”, można przypuszczać, że kolejna płyta TFN może być jak światła towarzyszące obydwu numerom, czyli kolorowa, jasna, lżejsza i bardziej radosna. Po tęczowych przebłyskach z nowego materiału kwartet, a tego dnia trio, powróciło do podróży po bardziej nocnych meandrach swojej twórczości, zapodając wyraźnie poruszonej publiczności takie utwory jak „These days”, „Fall of leviathan” czy zagrany na koniec podstawowego setu jeden z faworytów słuchaczy – „Tragedy of Joseph Merrick”. Pomimo nieobecności Adama zespół nie zrezygnował ze swojego sztandarowego pożegnania z publicznością, które zwykle odbywa się w postaci zejścia obydwu gitarzystów na parkiet i dokończenia utworu pośród publiczności. Tym razem zrobił to tylko Maciek, a końcowe riffy Merricka, a tym samym główna część koncertu, zakończyły się dźwiękowym powbijaniem publiczności w dechy lubelskiego Graffiti. To nie mogło się tak skończyć, ludzie byli zbyt spragnieni większej ilości muzyki, tak więc na ostateczne pożegnanie wszyscy mogli się zanurzyć w przestrzenną tajemnicę „Syberii”.

Jak pewnie zauważyliście w tej relacji dosyć często pojawiły się pochwały brzmienia Tides From Nebula, zatem na koniec artykułu oddajmy może co należne osobie, która jest współtwórcą koncertowej mocy zespołu. Nie wiem jak się nazywa dźwiękowiec Tidesów, ale z zasłyszanego w kuluarach wiem, że ma ksywę „Kurczak” i że to on to jest odpowiedzialny za pracę konsoli, zarówno podczas polskich, jak i zagranicznych występów grupy. W Lublinie „Kurczak” nie tylko kręcił gałkami, ale musiał się też sporo nabiegać i nawspinać. Tak tak, to było jak weekendowe szkolenie rezerwistów. Układ konstrukcyjny lubelskiego Graffiti jest taki, że stanowisko operatora świateł znajduje się na poziomie parkietu, a konsola dźwiękowa jest umieszczona na antresoli, na którą wchodzi się po drabinie. Dlatego też „Kurczak” przez cały czas trwania koncert, niczym zawodowy ogniomistrz w akcji, raz po raz wędrował w górę i w dół po drabinie, na każdym numerze schodząc na parkiet, by sprawdzić, czy brzmienie instrumentów było na odpowiednim poziomie. Chwilowy rekonesans i huzia z powrotem na górę. I tak od pierwszego, do ostatniego numeru, zero odpuszczania.

Byłem w tym roku na koncertach w miastach większych niż Lublin (m.in. Londyn, Berlin), w klubach większych niż Graffiti (Roundhouse, SO38), gdzie grały zespoły znacznie bardziej znane niż Tides From Nebula (Parkway Drive, Helmet). Jednak 9 grudnia 2012r., stojąc w lokalu przy Alei Józefa Piłsudskiego 13 w Lublinie i doświadczając koncertu TFN, miałem jedno odczucie: oni już tam są. Oni już są tam, gdzie wymienione wcześniej zespoły, czyli na poziomie muzycznej wartości i profesjonalizmu, które powodują, że niektóre koncerty wybrzmiewają w pamięci słuchacza jeszcze długo po występie. Oczywiście zawsze można coś poprawić lub rozbudować, ale to będzie tylko ulepszanie bazy, która już jest zawieszona na wysokim poziomie. A drugą myśl miałem taką, że nazywanie takich zespołów jak TFN, Riverside czy Behemoth polskimi zespołami „eksportowymi”, tak naprawdę wyraża trochę nasze polskie kompleksy. „Eksportowe” to może być lubelskie piwo Perła czy makaron Lubella, które swoją drogą są produktami zacnej jakości. Ale stałe odnoszenie, porównywanie i przekonanie, że tam „na zachodzie” jest lepiej i oni potrafią, a my nie, wciąż głęboko pokutuje w naszej świadomości. Nie bądźmy tacy nadmiernie skromni. Nie bójmy stwierdzić, że jesteśmy w czymś dobrzy. To nie jest pycha, to jest pozytywne przekonanie o własnej wartości. I takim przykładem jest zespół Tides From Nebula. Polski zespół na światowym poziomie, ale przede wszystkim grupa, która tworzy poruszającą muzykę i dostarcza na koncertach wyjątkowych emocji.

Krzysztof Bienkiewicz

 

Setlista:

White gardens
Sleepmonster
When there were no connections
Purr
It takes more than one kind of telescope to see the light
Nowy (bez tytułu)
Shall we?
Hollow lights
These days
The fall of Leviathan
Tragedy of Joseph Merrick
Siberia

Tides From Nebula – Shall we? (live – Lublin, Graffiti, 09.12.2012 )

YouTube Preview Image

(autor filmu: 666decapitaed666)

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
  1. krzesło

    15.12.2012 o godz. 14:46

    nudne. zero klimatu

     
 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.