Relacja: Tides From Nebula – Earthsine Tour 2011

10.02.2012

Choć Nowy Rok zdążył już się trochę postarzeć, Oko chciałoby powrócić na moment do wydarzeń z poprzedniej dwunastnicy. Na jesieni odbyła się trasa promująca drugi album instrumentalnych rockowców z Tides From Nebula. Nasza skromna ekipa była jednym z patronów medialnych polskiej części trasy Earthshine Tour 2011, dlatego też dziś chcemy, czy też w zasadzie musimy przypomnieć to, co się działo pod koniec roku. Dlaczego musimy? No bo jak to, bo koronki, bo tasiemki i prześwity…. Ale od początku. Szczerze powiedziawszy, jak widać właśnie po kalendarzu, dosyć długo ociągaliśmy się ze złożeniem niniejszego sprawozdania, w duchu licząc na to, że cała sprawa rozejdzie się po cichu po przysłowiowych portkach. Były uniki, pomruki i sapanie, jednak ostatecznie nic z tego nie wyszło, albowiem pewnego styczniowego poranka, otwierając drzwi redakcji kopem w stylu Jackiego Chana, wpadł do nas Menago Tidesów. Wszyscy obecni ze śniadaniowymi bułami w ustach zamarli w bezruchu, a ów dziarski młodzieniec w krótkich, żołnierskich słowach popartych kilkoma wymachami kończyn, dosadnie przypomniał nam, iż niewywiązanie się z umowy o współpracy medialnej grozi zastosowaniem środków mobilizacji bezpośredniej oraz utratą wszystkich przywilejów partnerskich. Skutkowałoby to m.in. natychmiastowym i bezwarunkowym zwrotem szlugów, kalesonów i bielizny fanek zbieranej po koncertach przez ochronę i deponowanej w futerale na peruki zespołu. Ponieważ części z naszej ekipy przypadły już do gustu szykowne fatałaszki, wobec zaistnienia obawy utraty atłasowych diamentów oraz zastosowania groźby użycia siły śmiercionośnej pięty wcielonego zła, niespodziewanie zstąpił na nas duch weny i niepohamowanego zapału, który pobudził do zdecydowanego działania. Tak oto zainspirowani boską interwencją przystąpiliśmy do edyto/orki, w wyniku której wysyłamy w publiczny eter poniższe słowa i obrazy.

Byliśmy na trzech koncertach: w Rzeszowie, Poznaniu i Warszawie. Przed tym ostatnim, w trakcie próby zespołu przed wieczornym występem, zajrzeliśmy w ciągu dnia za, na i przed scenę, a efekt tej wizyty można obejrzeć pod tekstem. Jeśli chodzi o podsumowanie słowne tych trzech występów, to na początku trzeba powiedzieć o ciekawych supportach, które na tej trasie pojawiały się przed Tides From Nebula. W zahaczonych przez nas sztukach były to odpowiednio NAO i Rape On Mind (Rzeszów), Forma i Thesis (Poznań) oraz Licorea i New Century Classics (Warszawa). O NAO już pisaliśmy i rozmawialiśmy, w Rzeszowie ponownie można było doświadczyć ich ciekawego połączenia delikatności z żywiołem. Rape On Mind dostarczyli więcej tego drugiego, serwując dosadną, corowo-thrashową pigułę. Śpiewająca na trzy głosy Forma okazała się bytem zaiste ciekawym. Momentami lekko przypomina TEN zespół, ale „toolować” trzeba umieć, a to akurat owo trio potrafi. W tym roku mają wydać płytę, szykuje się więc ciekawy debiut. Thesis ma fajne przestrzenie i na żywo dobre partie mocnego wokalu, choć na płycie ładniej jest, kiedy głos płynie czysto. Oni już album wydali, a kto chce się z nim zapoznać może go dostać w sieci za darmo (tu). W Warszawie wczesną porą i rzadkim jeszcze tłumem wstrząsnęła dosyć walcowo-metalowa Licorea, a występująca po nich spora ekipa z New Century Classics zaserwowała publice zgoła odmienne, stonowane dźwięki, które w połączeniu z uroczą sekcją smyczkową łagodnie wprowadziły w główną część wieczoru.

Wszystkie koncerty, na których byliśmy, miały jeden wspólny mianownik. Kiedy skończyła się przerwa po występach supportów, a z głośników poleciało najpierw wciągające intro, a potem pierwsze dźwięki „Higgs boson” – za każdym razem czuło się, że Tides From Nebula to jednak inna klasa. Różnica po części wynikała oczywiście z odmienności samej muzyki, ale również i intensywności bijącej ze sceny mocy, która od samego początku występu wgniatała wszystkich w podłogę. Wyrazistość odczucia przejścia na wyższy/głębszy poziom jednak nie opierała się tylko na wzmocnionej głośności głównego zespołu wieczoru. Zakres emisji siły TFN obejmował wszystkie elementy bytu scenicznego: od budowania napięcia intrem i światłami, poprzez przestrzeń, głębię i moc dźwięków setu zasadniczego, aż po ekspresję muzyków i bardzo dobre zaplecze techniczne w postaci świetnego nagłośnienia oraz oświetlenia, szczególnie w Warszawie. Widzieliśmy Tidesów kilka razy przy różnych okazjach, ale nawet na posiadającym teoretycznie większą moc dźwiękową festiwalu Rock In Summer nie brzmieli tak epicko. Potęga masywnych ścian gitar i sekcji rytmicznej robiła wielkie wrażenie, lecz oprócz nich w odbiorze równie mocno poruszała czystość i delikatność wszystkich eterycznych dźwięków idealnie odegranych przez zespół na żywo. Były one zagrane tak subtelnie, że prawie można było usłyszeć ledwie muskające struny opuszki palców. Wiele załóg potrafi bez ogródek zasadzić potężny cios w mordę, jednak z wywołaniem czystego drżenia już nie jest tak prosto i podczas koncertu nie zawsze udaje się odpowiednio przekazać dźwiękową czułość. Pamiętam moje rozczarowanie, gdy na tym polu całkowicie polegli The Cinematic Orchestra, którzy na żywo zgubili i rozmazali całe piękno delikatności numerów z „Ma Fleur”. Pamiętam także zachwyt, kiedy Dredg, pomimo ulokowania w tego dnia mało przyjaznych warunkach zimnej i na pół-pustej warszawskiej Stodoły, wciąż potrafili wyczarować absolut subtelności. TFN jest właśnie w tej drugiej kategorii zespołów, które w spokojnych momentach potrafią wyemitować ze sceny magiczną mgiełkę.

Rzeczą, którą warto również podkreślić, jest długość koncertów na tej trasie. Półtoragodzinne występy obejmowały zaprezentowane praktycznie w całości dwie wydane dotychczas płyty zespołu (bez ostatnich numerów z obydwu krążków). Była to naprawdę solidna i zaspokajająca dawka muzyki, a tym samym bardzo dobra forma podziękowania dla publiczności za przyjście, za obecność i za wsparcie.

Ten zespół rośnie w siłę. Rośnie nie tylko zapleczem technicznym, ale przede wszystkim intensywnością tworzenia i przekazywania na żywo czucia energii, przestrzeni, ciszy. Będąc na ich występach podczas samodzielnej trasy, nie mogłem oprzeć się chęci życzenia powodzenia dowolnemu „dużemu” zespołowi, który odważy zaprosić się TFN na tournee lub wspólne występy. Warszawski kwartet naprawdę wysoko stawia poprzeczkę każdemu, kto spotka się z nimi na jednej scenie i jakakolwiek główna „gwiazda” będzie musiała konkretnie się spiąć, by przebić dobitne wrażenie, jakie chłopaki pozostawiają po sobie, schodząc ze sceny jeszcze parującej rozpaleniem. Tak się składa, że w najbliższych dniach Tides From Nebula na kilku sztukach rozgrzeją publiczność przed Heyem. Szykuje się wstrząs? Zobaczymy.

Tekst: Krzysztof Bienkiewicz

Specjalne podziękowania dla Wojciecha Hanusa za relację z koncertu w Rzeszowie.

 

Tides From Nebula – Warszawa, klub Progresja, 12.11.2011

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Relacja: Tides From Nebula – Earthsine Tour 2011 została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.