Wywiad: Arnór Dan Arnarson i Þórarinn „Toti” Guðnason / Agent Fresco

06.01.2016

Przed niektórymi rozmowami masz przeczucie. Jakiś cichy szept wewnątrz podpowiada ci, że te osoby to nie tylko świetni muzycy, ale i ciekawi ludzie. Skąd to się bierze? Z ich muzyki, tekstów, teledysków, sposobu bycia na scenie, myśli z wywiadów – z każdej formy ekspresji, która emituje to, co wewnątrz umysłu. Miałem przeczucie względem tego wywiadu. I ono się sprawdziło. Spotkanie i rozmowa z Arnórem Danem Arnarsonem (wokal) i Þórarinnem „Toti” Guðnasonem (gitara, pianino) z islandzkiego kwartetu Agent Fresco było bardzo interesująca.

Agent Fresco wywiad

Muszę przyznać, że okładka waszej najnowszej płyty „Destrier” jest absolutnie niesamowita. Możecie powiedzieć jak powstała?

Arnór: Stworzył ją Dóri Andrésson, fotografię wykonała Marino Thorlacius, a modelką jest islandzka tancerka Heba Eir Kjeld. Od początku prac na płytą zastanawialiśmy się nad jej oprawą graficzną. Odbyliśmy wiele rozmów na ten temat i to co widać na okładce, to mieszanka wszystkich elementów obecnych na płycie. Jest elegancja, piękno, destrukcja, moc, coś co może nie jest chorobą, ale łatwo się rozprzestrzenia. Chcieliśmy połączyć te wszystkie motywy i taki osiągnęliśmył rezultat. Jesteśmy z niego bardzo zadowoleni.

W warstwie muzycznej dwa najbardziej charakterystyczne elementy tej płyty to w mojej ocenie melodie oraz rytmika. Refreny urzekają magicznymi brzmieniami partii wokalnych Arnóra, choć mnie mocno zauroczyła też bardzo oryginalna struktura rytmiczna piosenek, szczególnie partii perkusji. Są one ciekawie połamane, a przy tym nie burzą podstawy rytmicznej piosenki. Toti, ty piszesz większość waszych utworów, jak powstały te nietypowe układy rytmiczne?

Toti: Wydaje mi się, że ja w dużej mierze myślę tak jak perkusista. Ten instrument zawsze mnie fascynował. Kiedy tworzę piosenki, najbardziej skupiam się na rytmice, perkusji i strukturach harmonicznych. Tworzę w domu partie gitary, perkusji, basu i wysyłam je do Arnóra. On dodaje do tego swoje melodie oraz teksty i wtedy zaczynamy je ćwiczyć we czwórkę. Czasem w sali prób coś się zmieni, ale zwykle utwory pozostają takimi, jakie są w pierwotnej wersji.

Teksty i emocje na płycie w dużej mierze dotyczą kwestii radzenia sobie z gniewem, który czułeś po tym, co ci się przydarzyło [w 2012 Arnór został zaatakowany i pobity na ulicy w Reykjavíku – przyp. red.]. Budda powiedział kiedyś: „Nie zostaniesz ukarany za swój gniew. Zostaniesz ukarany przez swój gniew”. Czy tak się stało w twoim przypadku?

Arnór: Z pewnością. To, że przez tak długi czas byłem w bardzo mrocznym miejscu mojego życia, że wypełniał mnie gniew i zmagałem się z lękami było trudne, ale te doświadczenia łagodzi świadomość faktu, że dzięki temu powstała ta płyta. To mi daje siłę, ale tak, ten cytat w moim przypadku się sprawdził. Przez długi czas zanurzałem się w gniewie i lęku próbując otworzyć nowe emocje i odczucia, które mógłbym użyć w tekstach, ale zamiast tego coraz bardziej się zamykałem. Moim zamiarem było przeżyć to wszystko jeszcze raz przy okazji tworzenia płyty i wyjść z tego procesu oczyszczonym, m.in. dlatego użyliśmy motywu ognia na okładce. To uniwersalny temat. Nie ma jednej metody radzenia sobie z gniewem lub lękiem, ale to jest sposób, który ja chciałem zastosować. W oparciu o trudne przeżycia stworzyć coś pięknego. To nam się udało, ale zaskoczyło mnie to, jak wiele czasu zajęło mi poradzenie sobie z tym wszystkim. Znacznie dłużej, niż miałem nadzieję.

Trzymałeś te emocje tak długo w sobie, po to, żeby je dogłębnie poznać i w ostateczności się ich pozbyć?

Arnór: Tak, ale myślę, że najpierw powinienem był zrobić sobie przerwę. Poukładać to wszystko w sobie i dopiero potem o tym pisać. Tak było z naszą pierwszą płytą „A Long Time Listening”. Straciłem ojca, miałem kilka lat, żeby to w sobie poukładać, a dopiero potem poznałem chłopaków, założyliśmy zespół i pojawiła się okazja, aby stworzyć coś z tych emocji. W przypadku „Destrier” zaraz po napaści wiedziałem, że będę chciał to przeżycie wykorzystać w kreatywny sposób, ale wydaje mi się, że zacząłem zbyt szybko. Nie miałem do tego dystansu, byłem w tym jeszcze zbyt mocno zanurzony. Oczywiście wynikło z tego coś pozytywnego, ale to trwało za długo. To tak naprawdę mnie zaślepiało, a nie otwierało na nowe emocje i liryczne możliwości.

Każdy ma swój sposób na radzenie sobie z trudnymi emocjami. Kiedy one mnie nachodzą, to ja np. potrzebuję je przeżyć. Potrzebuję przez jakiś czas z nimi pobyć, żeby je zrozumieć. Żeby zrozumieć dlaczego to czuję, jak to czuję i co mogę z tym zrobić, jak zmienić w coś pozytywnego.

Arnór: A ja zamiast zrobić to co ty, od razu zacząłem tworzyć w oparciu o emocje, których wtedy jeszcze do końca nie rozumiałem. Myślę, że to był mój największy błąd. To miało także wpływ na cały proces twórczy. W zasadzie go wstrzymało, gdyż z jeden strony ze wszystkich sił starałem się tworzyć, ale tak naprawdę nie byłem w stanie. To z kolei powodowało poczucie winy, że robię za mało, więc nie robiłem nic innego oprócz pisania. W ostateczności nic nie posuwało się do przodu, ani powstawanie płyty, ani proces naprawczy moich emocji. Gdybym mógł teraz wybrać zrobiłbym to inaczej, ale taki jest rezultat, choć przynajmniej wiem, że ta płyta jest niesamowicie szczera. Słyszę to w tych piosenkach, w moim głosie, że nie byłem jeszcze gotowy i wyleczony. Słyszę w moim śpiewie ten wewnętrzny lęk, który mi wtedy towarzyszył. Kiedy jestem w studio i nagrywamy płytę to oczywiście chciałbym lepiej śpiewać. Chciałbym mieć więcej czasu, żeby zrozumieć te emocje, ale dzięki temu szybkiemu wejściu w proces twórczy przynajmniej ta płyta stała się bardzo bezpośrednia i szczera.

A jak z emocjami zawartymi w tekstach podczas koncertów? Przeżywasz na nowo to wszystko o czym opowiada piosenka?

Arnór: Nie podczas naszych normalnych, w pełni rockowych koncertów, ale w trakcie występów akustycznych. Na koncercie z pełnym nagłośnieniem dominuje energia, agresja i celebracja chwili, jest to bardzo fizyczne doświadczenie, ale kiedy gramy akustycznie, kiedy piosenki są przearanżowane i znacznie prostsze, czuję się niesamowicie nagi. Szczególnie kiedy gramy „Eyes of a cloud catcher”. Ten utwór opowiada o chwilach, w których żegnaliśmy się z moim umierającym na raka ojcem. Każde zdanie tekstu tej piosenki mówi o naszych rozmowach z nim, o tym, co się wtedy naprawdę działo, kiedy więc wykonujemy tą piosenkę, wszystko to ponownie przeżywam i jestem wtedy kompletnie rozbity. To się nie zdarza podczas normalnych koncertów, ponieważ na nich dominuje energia, wręcz pewien triumf, to jest zupełnie inny klimat. Występy akustyczne zaś są bardziej kruche i emocjonalne. To nie jest złe lub dobre, to po prostu inny rodzaj doświadczenia.

Czy można kontrolować zakres tego odsłaniania się?

Arnór: Nie, podczas występów akustycznych nie panuję nad tymi emocjami.

A chciałbyś?

Arnór: Uwierz mi, próbowałem wielu metod. „Eyes of a cloud catcher” wykonujemy tylko we dwóch z Totim i będąc wtedy na scenie powtarzam sobie w głowie „ziemniaki, ziemniaki, ściana, krzesło, stół”. Staram się myśleć o możliwie najbardziej neutralnych, bezuczuciowych rzeczach, żeby nie skupiać się na treści słów, ale to i tak nie pomaga.

Można też zapytać dlaczego w zasadzie gracie tę piosenkę, bo tak naprawdę w momencie jej wykonywania skazujesz siebie na cierpienie

Arnór: To prawda, ale o tym opowiada nasza pierwsza płyta i cykl emocji na niej zawartych nie jest zamknięty. To trwa. Ja zawsze będę tęsknił za moim ojcem, jego odejście na zawsze pozostanie trudnym doświadczeniem, ale takie jest życie. To nie powinno być tematem tabu. Wolę o tym często rozmawiać i przeżywać miłość lub smutek, niż tego unikać. Tak też podchodzimy do naszej muzyki.

Myślę, że to właśnie dlatego ludzie bardzo emocjonalnie odbierają waszą muzykę, ponieważ czują tą intensywność waszych emocji i ich szczerości. Przypuszczam, że część z nich dzieli się z wami tymi przeżyciami podczas rozmów po koncercie.

Arnór: To niesamowite. Na każdym koncercie tej europejskiej trasy znalazły się co najmniej jedna lub dwie osoby, które przyszły do mnie z naprawdę smutną historią o przemocy albo utracie kogoś bliskiego z powodu raka.

Jak sobie z tym radzisz?

Arnór: To trudne. Ja jestem jak otwarta książka. Naprawdę lubię być towarzyski i uwielbiam rozmawiać z ludźmi po koncertach. To jest cudowne i dodaje nam energii, zwłaszcza na tak długiej trasie jak ta obecna, ale zawsze pojawia się również moment, w którym myślisz: „O rany, co mogę powiedzieć?”. W zasadzie mogę tylko wesprzeć tę osobę mówiąc, że naprawdę mi przykro z powodu utraty ważnej osoby, podziękować za obecność dzisiejszego wieczoru i przekazać nadzieję, że nasz koncert był dla tej osoby radosnym doświadczeniem, jednoczącym ją z innymi ludzi w klubie.

Jesteście zespołem, który jest bardzo świadomy tego, w jaki sposób chce prezentować swoją twórczość i to podejście pojawia się m.in. w waszych teledyskach. Wszystkie wasze klipy mi się podobają, te najnowsze z „Destirer” także, jednak pamiętam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem klip do „Implosions”. Jego prostota, a zarazem wzruszająca emocjonalność bardzo mnie poruszyła.

Toti: To zabawna historia. Robiliśmy sesję zdjęciową z islandzkim fotografem i w trakcie zdjęć on nagle zapytał: „Chcecie spróbować zrobić teledysk?”. Ustawił kamerę pod takim kątem, żeby obiektyw ujął nas wszystkich w kadrze i spontanicznie to nagrał.

Arnór: To jedyne wideo, w realizację którego nie mieliśmy niemal żadnego wkładu. On po prostu nas ustawił, włączył nagrywanie, a my zaśpiewaliśmy. To wszystko.

Toti: Wciąż bardzo lubimy ten klip.

YouTube Preview Image

Wydaje mi się, że gdy ktoś jest kreatywną osobą, to proces twórczy trwa cały czas, a jego wyobraźnia pracuje nieustannie. Czy zdarzyły wam się jakieś przypadkowe, zabawne lub dziwne sytuacje, w których wpadły wam do głowy pomysły na utwór?

Arnór: To dobre pytanie. Chcę usłyszeć twoją odpowiedź (Arnór zwraca się ze śmiechem w stronę Totiego).

Toti: Ja zawsze zapisuję notatki z pomysłami w telefonie. One są przeróżne. Mam setki pomysłów, których jeszcze nie zdążyłem nawet przejrzeć. Myślę, że starczyłoby ich na następny album. Pomysły często mi wpadają, kiedy jestem na koncercie. Słyszę jakiś motyw, który mi się podoba i potem go przerabiam na swój sposób. Oczywiście nie jest tak, że kradnę (śmiech). Chodzi bardziej o inspirację.

Arnór, a ty?

Arnór: Z tekstami jest podobnie. Gdy usłyszę zdanie, przeczytam coś w książce albo natknę się na tekst czy słowa, których wcześniej nie słyszałem, to wtedy rodzi się inspiracja. Tak było z „destrier” [typ konia używanego przez rycerstwo w średniowieczu do bitew – przyp.red.], gdy pierwszy raz natrafiłem na to słowo. Już nawet nie pamiętam gdzie to było, ale od razu się w nim zakochałem się i je zapisałem. Rozbawiłbyś się, gdybyś przejrzał notatki głosowe w moim telefonie, szczególnie z okresu pracy nad nasz pierwszym albumem. Pracowałem wtedy w hotelu i wiele melodii pojawiało się w mojej głowie podczas pracy. Zazwyczaj chodziłem po korytarzach hotelowych starając się śpiewać jak najciszej do telefonu i czasami na nagraniach można usłyszeć jak nagle mówię: „Dzień dobry panu”, ponieważ w tym momencie korytarzem przechodził któryś z gości hotelowych, a ja nie chcąc stracić melodii cały czas wszystko nagrywałem (śmiech).

Toti: Czasami pomysły przychodzą do mnie we śnie i jeśli tylko po przebudzeniu je pamiętam, to zawsze próbuję zapisać. Większość z nich jest nieciekawa, ale pamiętam, że raz obudziłem się z płaczem, ponieważ muzyka, którą usłyszałem we śnie tak bardzo mnie poruszyła. Niestety, gdy się obudziłem nie potrafiłem jej sobie przypomnieć.

Arnór: O kurwa, to okropne.

Toti: Tak i to zdarzyło mi się dwukrotnie.

Arnór: Gdzieś tam w twojej głowie jest naprawdę piękna piosenka (śmiech).

Ostatnio czytałem wywiad z polską aktorką [Sandra Korzeniak – przyp.red], która powiedziała ciekawą rzecz o graniu, szczególnie w teatrze. Według niej granie w teatrze to „ocieranie się o nieistnienie”, ponieważ występ nie jest nagrywany i każdy spektakl dzieje się tylko raz. To była ciekawa myśl, którą odniosłem do koncertów, ale kiedy myślałem o tym w kontekście muzyki, to poczułem, że to nie jest do końca tak, ponieważ koncerty bardzo często są „nagrywane” w ludziach. Publiczność pamięta emocje związane z piosenką, na którą czekali czy też coś, co wydarzyło się podczas występu, a było nowe i zaskakujące. Czy wy macie jakieś konkretne podejście do występów na żywo?

Arnór: To jest głęboka myśl i jeśli mam być z tobą szczery nie myślałem o tym aż tak bardzo (śmiech). Wydaje mi się, że w naszym przypadku wszystko przebiega w bardzo naturalny sposób. Nie reżyserujemy naszych koncertów. To co ja po prostu uwielbiam w przypadku naszego zespołu to fakt, że jestem członkiem kapeli złożonej z muzyków, którzy są szczerzy i ekspresyjni.

Toti: My popełniamy wiele błędów podczas występów na żywo. Ja zrywam mnóstwo strun, mylę partie klawisza, ale to wszystko nie jest istotne. Najważniejsze jest to, że każdy z nas jest żywą istotą i nasze partie są grane przez człowieka, a nie odtwarzane z urządzenia.

Arnór: Nagrywanie utworów, a granie ich na żywo to dwa różne światy. Kiedy nagrywasz płytę w studio, jest w tym pewne dążenie do perfekcji, nawet jeśli nie chcesz tego przyznać. Natomiast kiedy grasz na scenie, to nie może być idealnie, ponieważ wtedy zatracasz człowieczeństwo. Aspekt ludzki znajdujesz właśnie w błędach. Jeśli wokalista porusza się na scenie czując swoją muzykę, to nie jest istotne, jeśli zgubi kilka linijek tekstu. To nie błąd. To sposób jego odczuwania i my zawsze uwielbialiśmy zespoły, które dawały z siebie wszystko na scenie, nawet jeśli ich wokalista gubił fragment swojej partii. Osobiście wolę bardziej fizyczne występy. Nie mówię, że ludzie powinni skakać dookoła sali czy wskakiwać na wzmacniacze. Chodzi mi raczej o ekspresję i zaistniałe, żywe emocje. Tak więc w naszym przypadku podejście do koncertów jest proste. Na scenie wykonujemy nasz naturalny taniec, który ukształtował się poprzez wielokrotne granie. W tym momencie w zasadzie tylko tyle byłbym w stanie powiedzieć o naszych występach na żywo, ale to była naprawdę inspirująca myśl.

Wywiad Agent Fresco WarszawaAgent Fresco na żywo w Warszawie (Hydrozagadka, 29.11.2015)

fot. „Lazzaroni”

Jeśli z dwóch słów, które teraz wymienię, musiałbyś wybrać jedno jako opis tego kim jesteś, twojego podejścia do życia czy sztuki, które byś wybrał: „zawsze” czy „nigdy”?

Arnór: Czuję, że „zawsze” ma w sobie więcej nadziei, a „nigdy” jest bardziej negatywne. Chciałbym powiedzieć „zawsze”, by brzmieć bardziej pozytywnie, ale z drugiej strony chcę też wybrać „nigdy”.

Dlaczego?

Arnór: Ponieważ chcę być buntownikiem (śmiech). „Nigdy” również może być czymś pozytywnym.

Kiedy to się dzieje?

Arnór: (chwila ciszy) Nie, „nigdy” nie powinno być odpowiedzią. To cię ogranicza. To nie jest dobre. Powinno być „zawsze”. Odpowiedzią może być tylko „zawsze”. Jednak jako słowo bardziej podoba mi się „nigdy”. Widzę je przed oczami i ono wygląda lepiej, ale na poziomie znaczenia definitywnie wybieram „zawsze”.

Toti: Ja również.

O czym najczęściej dziś myśleliście?

(obaj na chwilę zamilkli)

Toti: W sumie to przez całą drogę spałem… (wszyscy wybuchają śmiechem)

Nie było żadnych snów?

Toti: Niestety, żadnych pięknych melodii (śmiech)

Arnór: Ja myślałem o mojej dziewczynie. Rozmawiałem z nią, gdy zatrzymaliśmy się w McDonaldzie, a potem jeszcze była w moich myślach.

Toti: Ja dostałem dziś wiadomość, że moja babcia złamała nogę, więc myślałem o niej. Na szczęście wszystko z nią dobrze.

Arnór: Co się dzieje z naszymi dziadkami, kiedy jesteśmy w trasie?

Czy to nie jest jedno z największych wyzwań dla muzyka? Kiedy wy jesteście w trasie, życie w domu się nie zatrzymuje. Rzeczy się dzieją, ludzie łamią nogi, problemy nie znikają. Podobnie z wami. W trasie chorujecie, odczuwacie zmęczenie, macie dni gorszego nastroju, ale publiczność o tym nie wie. Co więcej, nie sądzę by ludzie się tym przejmowali. Graliście wczoraj w Dreźnie. Ludzi w Warszawie nie obchodzi, co było w Dreźnie, tak jak ci, którzy przyjdą na wasz jutrzejszy koncert nie będą myśleć o dzisiejszym występie.

Arnór: O tak, dużo o tym myślałem. Jako fan masz bardzo duże oczekiwania wobec zespołu. Pamiętam, że kiedy byłem młodym, pełnym marzeń i uzależnionym od muzyki nastolatkiem, na koncertach zawsze byłem pod samą sceną i miałem szalone oczekiwania względem zespołu. Nie wiedziałem co ci ludzie przeżywają i nie przejmowałem się tym, co zrobią jutro albo co robili wczoraj. Ale kiedy sam stajesz się koncertującym muzykiem i widzisz to wszystko od środka to myślisz sobie: „Cholera, powinienem mieć o wiele niższe wymagania i nie oczekiwać za każdym razem perfekcji i bezustannego szaleństwa przez 2 godziny koncertu ”. To tak po prostu nie działa.

Myślę, że powielanie tej koncertowej intensywności każdego wieczoru jest bardzo wymagające, ponieważ jesteście tylko ludźmi z kruchymi ciałami.

Arnór: To prawda, ale my staramy się dbać o nasze ciała. Żaden z nas praktycznie nie pije na trasie. Staramy się też spać i wypoczywać tak dużo, jak to możliwe, więc myślę, że nasza publiczność dostaje to, czego oczekuje.

Toti: Występowanie jest tak prawdę najłatwiejszą częścią trasy. Cały czas pomiędzy koncertami jest trudny, szczególnie przemieszczanie się z miejsca na miejsce.

Arnór: Dla mnie najważniejszy jest mój głos. Jeśli mam głos, wtedy jest świetnie i zapowiada się dobry koncert. Jeśli stracę głos, to wtedy występ może nie być już tak dobry (śmiech). To główna rzecz, o którą się martwię.

Chronisz jakoś swoje gardło?

Arnór: Podczas poranków i przed próbą dźwięku staram się jak najmniej mówić. Szczerze powiedziawszy nieszczególnie rozgrzewam moje gardło, choć powinienem to robić.

Imbir?

Arnór: O tak, dużo imbiru, uwielbiam go, ale nie każdy klub może go zapewnić, kiedy o niego prosimy w naszym „riderze”. Nasze wymagania żywieniowe względem organizatora koncertu są ogólnie dosyć zdrowe. Tak mi się przynajmniej wydaje (śmiech). Więc podsumowując ja po prostu śpię, relaksuję się i nie nadużywam głosu. Nie upijam się. Nie biorę narkotyków, nie wdaję się w bójki, nie przebywam zbyt długo na zewnątrz, gdy jest zimno. Staram się dbać o te podstawy.

Rozmawiał: Krzysztof Bienkiewicz

 
 
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • email
Możliwość komentowania Wywiad: Arnór Dan Arnarson i Þórarinn „Toti” Guðnason / Agent Fresco została wyłączona
 

Komentowanie wyłączone.

 

Rock Oko © Wszystkie prawa zastrzeżone. Serwis zaprojektowany przez www.fingerprintweb.pl. Projektowanie serwisów i pozycjonowanie stron.